Ludzie i style

TV Beka

Patostreamerzy – nowe „gwiazdy” internetu

Jaca Jaca materiały prasowe
Biją się, wrzeszczą, przeklinają i piją na umór, a widownia w sieci jeszcze im za to płaci. Internet ma nowe gwiazdy: patostreamerów.
Scenariusza zwykle nie ma, ale są schematy: upijanie się, obrażanie nieznajomych, bójki.Polityka Scenariusza zwykle nie ma, ale są schematy: upijanie się, obrażanie nieznajomych, bójki.
Marlenka i Rafatusmateriały prasowe Marlenka i Rafatus
Guralmateriały prasowe Gural
Krzysztof Kononowiczmateriały prasowe Krzysztof Kononowicz

„Ile masz lat?” – zagaja Gural (ok. 250 tys. subskrybentów na YouTube) młodą dziewczynę. Gdy wychodzi na jaw, że tylko 14, nakłania ją, żeby zbliżyła się nieco do ekranu. Po czym puszcza bąka. W innym filmie do 12-latki: „Dawaj, rozkręcamy imprezę. Obróć się, chcę dupcię zobaczyć. Mogą też być cycki”. Dziewczyna jest zapewniana, że to prywatna pogawędka. Relację na żywo śledzi tymczasem 30 tys. osób. Nie wszystkim się podoba. Wspólnym wysiłkiem użytkowników portalu Wykop.pl i uznanych youtuberów (jak Sylwester Wardęga) kanał Gurala udało się zablokować. Sam bohater został zaś zatrzymany przez policję w Poznaniu. Zarzut: namawianie nieletnich do rozbierania się przed kamerą internetową. „Wykopki, jesteście kurwami jebanymi bez mózgu” – nie zgodził się z tym Gural. Dodając, że to konkurenci chcieli się go pozbyć, atakując z każdej strony „jak najgorszego gnoja”.

Brzmi jak incydent, ale to rosnące zjawisko. Wyciek danych z sieci staje się zaś tak samo trudnym do okiełznania problemem jak to, co do tej sieci trafia: przekleństwa, akty przemocy, sceny bijatyk, gwałtów, nieskrępowanych libacji i ich dotkliwych konsekwencji (niektórzy chętnie na wizji wymiotują). Stąd nazwa: patostreaming, relacjonowane w czasie rzeczywistym zachowania i praktyki uznawane za patologiczne, nieco zawstydzające, wykraczające poza normy rozsądku, przyzwoitości, a czasem i prawa. Jak to trafnie ujął bloger Azzir: „Są to streamy, w których najważniejszą rzeczą jest robienie z siebie idioty, wyzywanie innych, picie alkoholu (najlepiej wiadrami) i takie tam podobne rzeczy”. Publikowane dla hecy.

Konkretna patologia

Twórcy popularnych kanałów patostreamingowych zaczynają tam, gdzie kończą bohaterowie telewizyjnych reality show pokroju „Warsaw Shore” – też bezpruderyjni, niepoprawni i niegrzeczni, ale oddani w ręce reżyserów i scenarzystów na planie. Pikantne fragmenty dla potrzeb telewizji można sprytnie zmontować, wycinając to, co nie mieści się w ramach publicznego nadajnika. A u patostreamerów właśnie wtedy włącza się kamera albo byle smartfon z aparatem.

Scenariusza zwykle nie ma, ale są schematy: upijanie się, obrażanie nieznajomych, bójki. Youtuberzy przez wiele godzin nadają na żywo, więc nie wiadomo, co się zdarzy, czy nie zasną z wyczerpania (zdarza się), ile alkoholu w siebie wleją i czy w międzyczasie „policja nie uderzy im na chatę”. Dopingowani przez widzów, „robią zadymę” (alias „bekę”) i mają tym wyższą oglądalność, im więcej granic przekroczą, im brutalniej się nawzajem potraktują i im bardziej upiją. „Świat schodzi na konkretną patologię” – obrusza się jeden z internautów. Ale wielu innych przyklaskuje, doceniając autentyzm, odwagę i skłonność do ryzyka.

Patostreamerzy znaleźli sobie niszę między graczami, vlogerkami modowymi i amatorami wirtualnych wyzwań. Dawniej za przesadny ekshibicjonizm można było uznać prezentowanie w sieci zawartości swej garderoby czy torebki, a za szczyt odwagi – wciągnięcie prezerwatywy nosem przed kamerą. Patostreamerzy poszli krok dalej i nie bawią się w takie subtelności. Z wiązanki przekleństw, które są nieodłącznym elementem tych klipów, trudno wyłuskać sens, ale czego się nie zrozumie, to się na własne oczy zobaczy. A – jak powiadają internauci – odzobaczyć się tego już nie da.

„Jestem Daniel, mam 23 lata i pochodzę z Torunia. Swoją przygodę ze streamowaniem zacząłem w lipcu 2014 roku, początkowo przyciągając zaledwie wąskie grono odbiorców i streamując głównie kapitalną grę, jaką jest »Tibia«” – przedstawia się na YouTube DanielMagical (ok. 280 tys. subskrybentów), uznawany za protoplastę zjawiska. Życie okazało się ciekawsze niż gra. Daniel pokazuje więc swoją codzienność i ochoczo się upija. Często towarzyszą mu znajomi, np. pani Gosia (zwana Gohą, Gochą albo Margaret, prywatnie mama Daniela), która na jednym z nagrań – ku uciesze reszty ekipy – spada z krzesła. W tle słychać „Barkę”. Innym razem, do dźwięków „My Heart Will Go On” Céline Dion, Gocha całuje Jacę, ojczyma Daniela. Chyba na zgodę, bo zaraz dodaje: „Gdybym cię nie kochała, tobyś tu nie mieszkał. Ale muszę cię czasem zjebać, tak trzeba”.

Czasem dochodzą przemoc i rękoczyny, jak u pary znanej w sieci jako Marlenka i Rafatus. Ta pierwsza regularnie słyszy od Rafała, gospodarza kanału: „Wypierdalaj”. Czasem jest bita. Rafatus wygraża też widzom, jeśli nie pasują mu komentarze. „Rozpierdolę ci rodzinę” – mówi do jednego z internautów i pluje na ekran. Złość wyładowuje też, demolując wszystko wkoło. Wtedy przybywa subskrypcji – internauci mają ubaw.

Streamerem z ciut starszego pokolenia jest z kolei Krzysztof Kononowicz – ten sam, który przed laty chciał być prezydentem Polski (kanał o nazwie „Kononowicz Orginal kononowicz”, ok. 18 tys. subskrybentów). Kononowicz uchodzi w sieci za komentatora bieżących wydarzeń politycznych, choć nie tylko. „K2 to jest góra śmierci” – powiadał o wyprawie polskich himalaistów. – „Zimową porą nikt nie zdobędzie góry tej, ale wiosną można iść, powolutku, drogami, śmiało. Wiosną i ja się tam wybiorę nawet, razem zdobędziemy K2”.

Wódki i igrzysk

Patostreaming – tak jak streaming bez przedrostka – konkuruje z telewizją, w tym przypadku z formatami naśladującymi życie: wspomnianymi już reality show i paradokumentami (pokroju „Trudnych spraw”). Mówi się o tym zjawisku, że to wirtualny odpowiednik programu „Big Brother”, z tą różnicą, że uczestnicy są na okrągło pijani. O ich być albo nie być decydują zaś nie esemesujący widzowie, lecz wierni subskrybenci, skłonni płacić za ekstremalne wyczyny celebrytów-degeneratów. W języku patostreamerów wpłaty te nazywa się donejtami. Fani zrzucają się na swoich ulubieńców (by tak rzec: dotują ich twórczość), przelewając na ich konta od paru złotych wzwyż. Dodają bohaterom otuchy, komentują na bieżąco, a czasem pomagają zdecydować, co się znajdzie w „kotle” z alkoholem: wódka, whisky czy coś innego i jakiej objętości. Bez widowni i środków kanał traci rację bytu i upada. – Wielu twórcom przynosi to korzyści. A dla większości widzów to przaśna, rozluźniająca rozrywka – uważa youtuber Piotr Marszałkowski, autor popularnonaukowego kanału psychologicznego.

Udział widza w tej patologicznej zabawie jest dużo większy niż w przypadku programów TV. Odbiorca nie tylko ogląda, ale i współreżyseruje. A jako darczyńca jest w jakimś sensie producentem tych osobliwych klipów, czasem nie do końca świadomym, do czego się dokłada. To rodzaj interaktywnej gry, jeszcze bardzo świeżej w internecie. Pytanie, po co brać w niej udział, dlaczego ktoś chciałby to oglądać i za to płacić, skoro podobne sceny mógłby zobaczyć za darmo poza siecią, w plenerze? Piotr Marszałkowski w filmie „Dlaczego patologia ma taką popularność na YouTube?” przekonuje, że za fenomenem stoi ciekawość, naturalna potrzeba podglądactwa. Lubimy się porównywać i sprawdzać, jak wypadamy na czyimś tle, lepiej czy gorzej. W przypadku patostreamingu łatwo wypaść na plus. „Lubimy oglądać realne problemy, w których ludzie się piorą, rzygają i uprawiają seks” – twierdzi Marszałkowski. Patostreaming – dodaje – jest jak symulator doznań, których widz może na co dzień nie doświadczać albo wręcz unikać. Jak igrzyska, które obserwuje się z bezpiecznego dystansu.

Uczestniczą w tym także młodzi. Choć z badań organizacji Royal Society for Public Health i Young Health Movement, prowadzonych na grupie 1500 Brytyjczyków, wynika, że YouTube to najmniej szkodliwe medium społecznościowe, a sam serwis jest też kopalnią wiedzy i rozrywki, to zagrożenia trudno lekceważyć. Gural ma swoją „armię”, DanielMagical – swoich „magicali”, wirtualnych kibiców. To z tego powodu – w trosce o najmłodszych widzów – reżyser, producent i prawicowy publicysta Paweł Zastrzeżyński postulował niedawno, by internet poddać większej kontroli. O streamerach mówił zaś, że „zbudowali strukturę całkowicie odbiegającą od norm społecznych, zwłaszcza w formie językowej, pełnej wulgaryzmów i łamania wszelkiego tabu, które do niedawna funkcjonowało wyłącznie w ukrytej przestrzeni środowisk przestępczych czy patologicznych”.

Pudrowanie problemu

Skoro jest popyt, to jest i podaż. Analitycy sieci zastanawiają się, co też skłania internautów do obnażania swych ciemnych stron przed anonimową masą widzów. „Odpowiedź jest prosta: są głupi” – podsumowuje krótko psycholog N.G. Berrill z New York Center for Neuropsychology&Forensic Behavioral Science w rozmowie z magazynem „The Atlantic”. Berrill odnosił się tak do incydentu z Chicago, gdzie czwórka znajomych porwała przypadkowego mężczyznę i znęcała się nad nim przed kamerą (transmitując całe zdarzenie na Facebooku). Ofiara była spętana i okaleczana, a sprawcy żądni uwagi i niezadowoleni ze statystyk. Operująca smartfonem kobieta zwróciła się nawet do internautów: „Nikt z was nie komentuje tego gówna. Czy ktokolwiek to gówno w ogóle ogląda?”. I widownia natychmiast się zebrała.

Zdaniem ekspertów przemoc stanowi atrakcję od zarania dziejów. A współcześnie po prostu świetnie się klika. Przemoc się w sieci banalizuje, a odbiorca się na nią uodparnia i znieczula – podobnie jak sprawca. Stąd potrzeba, żeby poprzeczka była coraz wyżej, a granice rozciągały się jak guma. – Nazywanie tego sztuką czy performance’em to próba pudrowania problemu i racjonalizowania go – twierdzi Marszałkowski.

Streamerzy rywalizują na pomysły i walczą o widzów. Dlatego od czasu do czasu robią sobie rajdy na relacje live, czyli wzajemnie komentują swoje wyczyny (i/lub obrażają). Łatka „patostreamerów” rzecz jasna im się nie podoba. Wolą podkreślać, że dobrze się bawią. Ale to oni – co zaznacza w swoim filmie Marszałkowski – są ostatecznie przegrani, bo wystawiają się na osąd, działając publicznie i pod nazwiskiem. Niektórym z czasem ochota na patologiczny stream przechodzi. Na przykład Marcin Krasucki, znany jako Rafonix, podkreśla, że przeszedł przemianę. Już nie pije do ekranu i nie bije matki.

„W tym momencie mój klient nie spożywa alkoholu nawet w najmniejszej ilości, ponieważ dostał drugą szansę oraz poświęcił się dla sportu, co daje bardzo dobry przykład w internecie” – oświadczył jego menedżer Szymon Listwoń. „Skoro wulgaryzmy tak wszystkich szokują, to czemu rodzice sami ułatwiają dzieciom dostęp do takiego kontentu?” – zapytał retorycznie, podając za przykład popularną grę „Wiedźmin” i zapewniając, że jego klient „nikogo nie posadził przed komputerem i nie zmusił do oglądania jego streamów/filmów. Każdy robi to dobrowolnie i albo mu się podoba coś takiego, albo nie”. Co nie zmienia faktu, że Rafonix znów został na YouTube zbanowany i w chwili publikacji tego tekstu niczego nie publikuje.

Strefa mroku

Transmisje live w mediach społecznościowych dużo trudniej skontrolować niż dowolne inne treści, mimo że armia „sprzątających” internet wykwalifikowanych moderatorów systematycznie rośnie. Patostreamerzy bardzo sprytnie omijają zapory i regulaminy, wykorzystując luki w działaniu YouTube i innych serwisów społecznościowych. Relacje nadawane na żywo można zachować i opublikować dla potomnych albo natychmiast usunąć, wedle uznania. Patostreamerzy na ogół swoje klipy kasują, dzięki czemu materiał przepada tuż po emisji. Takiego filmu nikt już nie zgłosi – da się zgłosić co najwyżej cały kanał, jeśli zawczasu zbierze się dowody. Poza tym w sieci nie obowiązuje (jeszcze?) „zakaz picia alkoholu w miejscach publicznych” ani nadużywania wulgaryzmów, więc trzeba się mocno nagimnastykować, żeby znaleźć paragraf na taki proceder. A wyrzucani z YouTube i Facebooka streamerzy przenoszą się do innych serwisów.

Na nieszczęście dla nich fani rejestrują te klipy i publikują co smakowitsze fragmenty (zwane shotami). To osobne zjawisko, bo o ile patostreamy można przeoczyć i potraktować jak margines, a ślady po nich zatrzeć, o tyle shoty są gromadzone, zyskują na popularności i zanieczyszczają internet jak smog powietrze. Nawet konsekwentnie banowane, wracają na bliźniaczych kanałach. Co znów świadczy o tym, że nowe funkcje w sieci powstają ze szlachetnych pobudek, ale są przewrotnie wykorzystywane. „Opcja Facebook Live [streaming na Facebooku – red.] zmienia świat – ale nie tak, jak sobie wymarzyliśmy” – podsumował niedawno „The Guardian”. Początki faktycznie były niewinne. Kiedy w 2015 r. oddano do użytku aplikację Periscope (natychmiast wykupioną przez Twittera), jedną z pionierskich na rynku streamingowym dla przeciętnego użytkownika, ludzie transmitowali i oglądali bardzo prozaiczne wydarzenia. 20 tys. osób obserwowało na przykład, jak mieszkańcy Newcastle w Australii lawirowali, próbując ominąć olbrzymią kałużę. Wodę ze słynnej kałuży, już zamkniętą w butelce, można było kupić na eBayu.

I takie trudno wytłumaczalne, sympatyczne fenomeny nadal się zdarzają. Choć zarazem rośnie strefa mroku. Z pomocą streamingu ludzie zwracają uwagę na jakieś problemy (drastyczne sceny strzelanin, w rolach głównych zwykle Afroamerykanie i brutalna policja), filmują ataki w Syrii, zamieszki w Katalonii, sceny gwałtu i innych przestępstw, testują narkotyki, a nawet popełniają samobójstwa. Albo, jak w Polsce, upijają się do nieprzytomności. Czasem trudno się rozeznać, co dzieje się naprawdę, a co jest zmanipulowane. I wychodzi na to, że przezorność to jedyna broń. Gdzie moderator w porę nie dotrze – a dociera i po paru godzinach – tam mogą coś zdziałać sami użytkownicy, tak jak w przypadku Gurala i innych schwarzcharakterów sieci. Twórcom tego rodzaju klipów można by zaś zadedykować myśl klasyka Krzysztofa Kononowicza: „żeby nie było bandyctwa, żeby nie było złodziejstwa, żeby nie było niczego”. Ale na taki umiar w internecie nie ma co liczyć.

Polityka 19.2018 (3159) z dnia 08.05.2018; Ludzie i style; s. 70
Oryginalny tytuł tekstu: "TV Beka"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Na północ od Madrytu – kastylijskim szlakiem zamków i wina

Niecałe trzy godziny lotu do hiszpańskiej stolicy i krótka jazda samochodem przenoszą nas w samo serce Krainy Zamków. Teraz jest najlepszy moment, bo tłumy turystów zniknęły, a winiarze z La Rioja czekają z poczęstunkiem.

Paweł Moskalewicz
25.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną