Ocean zieleni
Madera: ocean zieleni. Polecamy się wybrać. Deszcz pada tu nie z chmur, ale z drzew
Widzicie jakieś eukaliptusy? Albo sosny? – pyta nasz przewodnik Paulo. Prowadzi nas szlakiem PR16 wzdłuż lewady Fajã do Rodrigues, czyli jednego z kanałów transportujących wodę z północy na południe wyspy. Na początku eukaliptusów i sosen było sporo, ale potem zniknęły. – To znaczy, że wchodzimy w laurissilvę – cieszy się Paulo. Przy ścieżce pojawiają się typowe dla lasu wawrzynolistnego wierzby Salix canariensis, potężne drzewa wawrzynowate, orszelina drzewiasta, której kwiaty przypominają nieco konwalie, i uczepione stromego zbocza drzewiaste jałowce. Razem tworzą gęsty zielony kożuch pokrywający zbocza doliny São Vicente. Konary mają pokręcone, liście – grube i skórzaste.
Pytanie o eukaliptusy i sosny nie było jednak niewinne. Zdaniem naszego przewodnika są one intruzami, które odbierają przestrzeń rdzennym, często endemicznym gatunkom. Pierwotnie utrzymujące wilgoć lasy wawrzynolistne porastały niemal całą wyspę. To od nich pochodzi nazwa Madeira; oznacza ona drewno – gdy portugalscy żeglarze trafili na początku XV w. na bezludny dotąd ląd, poraziła ich wszechobecna zieleń. W miarę jak kolonizowali Maderę, zaczęli wypalać i karczować ją pod uprawy.
– Dziś laurissilva porasta ok. 16 proc. powierzchni wyspy – mówi Lino, inny przewodnik. Chwilę się zastanawia, nim poda dokładną liczbę, bo latem 2024 r. Maderę nękały pożary. Rozprzestrzenieniu ognia sprzyjały wysokie temperatury i wiatr, ale według obu przewodników winę ponoszą również eukaliptusy – ze względu na zawarte w liściach olejki eteryczne płoną znacznie łatwiej niż gatunki wawrzynowate. Eukaliptusy sprowadzono na przełomie XVIII i XIX w. z Australii. Zdawały się uprawą doskonałą: szybko rosły i przynosiły zysk, bo z ich drewna produkuje się papier.