Ja. Ty. My. Wy. Nieważne, jaka osoba czy liczba, byle wcześniej był właściwie zdeklinowany przymiotnik „lepsza”. Luty i marzec, a nie kwiecień, jak pisał T.S. Eliot, to najokrutniejsze miesiące. Ledwo się wygrzebaliśmy ze świątecznych dramatów (także tych modowych!) i prób upilnowania postanowień noworocznych (czy idą właściwym torem, czy też złapały zająca po Blue Monday), a tu już przednówek i wiosna za pasem. Korzystniejszy wygląd od lat utrzymuje się czołówce tych postanowień, ale – i tu wreszcie dobra wiadomość – w tym roku moda miłosiernie postanowiła iść temu na przekór i dać nam odsapnąć. Także w sensie ścisłym.
Odkładamy więc na dno szafy przylegające do ciała rurki, spodnie marchewki i wszystko to, co wygląda jak ciut za małe. Z koszyków z zakupami wyrzucamy też dzwony – zresztą kto miałby ochotę zamiatać chodniki i topniejące resztki śniegu swoją dzianiną? A już na pewno na lepsze, o ironio, czasy muszą poczekać hitowe w zeszłym roku „horseshoe” – czyli te z nogawkami przypominającymi podkowę. Zresztą nie ma co się dziwić krótkiemu żywotowi tego trendu. Wszak nie każdy ma ochotę idąc ulicą, korytarzem biura czy chodnikiem wyglądać jak kowboj – niezależnie od tego, ile maratonów z serialem „Yellowstone” ma za sobą.
Teraz wchodzą one – całe na niebiesko, chociaż kolorem 2026 r. jest biel – dżinsy Goldilocks. Jeśli nie wiecie, co to za jedne, to najłatwiej pomyśleć o nich tak: są proste. Nie za wąskie, nie za szerokie, takie po prostu w sam raz. Jak ja, ty, my, wy. Jednym z najbardziej znanych modeli tego typu są 501 firmy Levi’s, ale można je znaleźć i na wybiegu stylowej marki Khaite. Zaś nazwę Goldilocks jeans wymyślił krytyk modowy Leon Hedgepeth. Skąd to skojarzenie?