Siwy mężczyzna, mistrz ceremonii, wyciąga przed siebie obie ręce i w niemal mistycznym skupieniu dotyka karków kolejnych kandydatów, po dwóch naraz. Ci stoją w długich rzędach – jedni wewnątrz kościoła, inni przed wejściem. Odsłaniają szyje, żeby capataz mógł wyczuć siódmy kręg, kluczowy przy niesieniu ogromnego ciężaru. Ktoś rozpina koszulę, a między jej połami błyska wisior z Jezusem dźwigającym krzyż. Na pomiar czekają sami mężczyźni: wyżsi i niżsi, starsi i młodsi. Wszyscy chcą zostać costaleros – niewidocznymi bohaterami Wielkiego Tygodnia.
Choć sewilska Semana Santa kojarzy się przede wszystkim z pokutnikami w habitach ze spiczastymi kapturami, to costaleros odgrywają w tym spektaklu nie mniej ważną rolę. To właśnie oni, ukryci pod zwałami materiału, noszą pasos – ciężkie platformy ze świętymi figurami podczas procesji. – W Sewilli nie ma chyba kobiet costaleras – mówi młody chłopak, który miętosi w rękach plastikową reklamówkę z butami na zmianę. Na igualá, czyli mierzenie i dobieranie kandydatów do noszenia paso, przyszedł po raz pierwszy. Igualá ma wymiar praktyczny, ale też duchowy – widać to po nabożnych minach kandydatów i atmosferze, choć wydarzenie jest również okazją do spotkań i plotek. To kwintesencja tradycyjnego sewilskiego świata męskiej religijności, do którego kobiety wciąż nie mają wstępu – w każdym razie nie w roli uczestniczek.
Ale nie znaczy to, że nigdzie nie ma pań costaleras – niektóre miejscowości na prowincji są znacznie bardziej otwarte na przyjmowanie kobiet, które też pragną wziąć na barki ciężar świętych figur. Konserwatywna Sewilla pozostaje jak dotąd przy swoim: w procesjach biorą udział wyłącznie mężczyźni, w większości niewysocy i odpowiednio zbudowani.