Gdy sensor traci sens
Gdy sensor traci sens. Monitorowanie organizmu ma też ciemne strony
Jeszcze dekadę temu biały krążek na ramieniu był czytelnym sygnałem: „Choruję na cukrzycę”. Dziś już niekoniecznie. Krążek na ramieniu u osób spotykanych w kawiarni czy na siłowni coraz częściej zdradza miłośnika biohackingu, który chce wiedzieć o swoim organizmie wszystko, od razu i najlepiej w formie kolorowego wykresu w smartfonie. Moda na CGM (Continuous Glucose Monitoring), czyli systemy ciągłego monitorowania glikemii, z hukiem przetoczyła się przez social media. Spory udział ma w tym Jessie Inchauspé, autorka słynnej „Glukozowej rewolucji”. Tak oto pojawiły się firmy oferujące osobom zdrowym dostęp do sensorów, które pozwolą „zrozumieć własny metabolizm” i „wyjść z glukozowego rollercoastera”. Rzecz w tym, że nasz organizm to nie wesołe miasteczko, a większość z nas wcale nie potrzebuje alertów o każdym skoku cukru.
Na logikę wszystko wydaje się spójne: cukier jest paliwem, a jego nadmiar szkodzi. Jeśli więc będziemy widzieć, jak po zjedzeniu banana słupek na ekranie gwałtownie rośnie, możemy podjąć „lepszą” decyzję i bananów unikać. Tu jednak dochodzimy do sedna wielkiego nieporozumienia medycznego: u zdrowego człowieka skoki poziomu glukozy po posiłku są zjawiskiem całkowicie naturalnym, wręcz pożądanym, jeśli tylko mieszczą się w fizjologicznym zakresie i szybko wracają do normy. To dowód na to, że układ trawienny i hormonalny działają jak należy.
Mechanizm jest prosty: jemy, cukier we krwi rośnie, trzustka wyrzuca insulinę, która niczym sprawny magazynier upycha energię do komórek, a poziom glukozy wraca do normy. To element naszej fizjologii, tak samo jak przyspieszone tętno podczas biegu czy głębszy oddech przy wchodzeniu po schodach. Nikomu przecież nie przychodzi do głowy, by panikować, gdy serce bije szybciej w trakcie treningu – wiemy, że to adaptacja do wysiłku.