Targowisko próżności
Pozdrawiam z Werony, czyli dlaczego warto się wybrać na targi winiarskie
Pozdrawiam państwa z Werony, gdzie tydzień temu zakończyły się największe targi włoskiego wina – Vinitaly. Ja wciąż leżę w moim Airbnb, wyczerpany po niesamowitym maratonie: w ciągu czterech dni spróbowałem 500 win. Ostatnie – o drugiej w nocy pod kultową winiarnią Bottega Vini, gdzie wśród miliona ludzi, na stojąco, osusza się półtoralitrowe butelki magnum najlepszych szampanów. Całe miasto pulsuje niesamowitą winiarską atmosferą, w zależności od energii i koneksji każdego wieczoru do wyboru mamy lans nowych roczników Brunello di Montalcino w galerii sztuki, specjalnie dobrane dania do primitivo w restauracji z gwiazdką Michelina albo picie prosecco pod gwiazdami w pięknej winnicy za miastem (bezpłatne busiki odjeżdżają co pół godziny).
Wedle informacji organizatorów Vinitaly odwiedziło w tym roku blisko 90 tys. gości, co daje imprezie światową palmę pierwszeństwa. Winiarską branżę od dwóch lat rozpala rywalizacja dwóch innych imprez: ProWeinu w Düsseldorfie oraz Wine Paris. Do niedawna światowym hubem wymiany handlowej, gdzie po prostu trzeba było się wystawiać, była ta pierwsza, odbywająca się marcu, przed Wielkanocą. Ale od covidu branża jest w kryzysie, konsumpcja niemal na całym świecie spada, koszty rosną i winiarze – jak o tym nieraz pisałem – są w nie lada kłopotach. Zwłaszcza ci, którzy są na musiku, czyli eksportują lwią część swojej produkcji i często konkurować mogą jedynie ceną (Australia, Chile, RPA, Hiszpania, Mołdawia…).
Producenci, zwłaszcza narodowe i regionalne agencje promocji, które są największymi klientami targów, znalazły się w paradoksalnym położeniu. Przy rosnącej konkurencji o coraz mniejsze kawałki tortu powinni zwiększać nakłady na marketing, ale jednocześnie mają na to coraz mniej pieniędzy.