„Srebrna fala. Dlaczego przestałam się farbować i zaczęłam zadawać pytania”, tak podkasterka Katarzyna Barczyk-Matkowska zatytułowała książkę, w której dobrze oddaje współczesne emocje wokół siwienia, oscylujące między akceptacją a oporem, naturalnością a potrzebą kontroli. Autorka pokazuje „srebrną falę” jako znak zmiany pokoleniowej, efekt starzejących się społeczeństw i rosnącej widoczności ruchów takich jak body positivity. Bo siwizna nie jest doświadczeniem czysto biologicznym, a jej znaczenie zmieniało się wraz z wiekiem, epoką i kontekstem społecznym.
W starożytnym Rzymie siwe włosy mogły być oznaką doświadczenia i autorytetu – senex to nie tylko starzec, ale też ktoś godny szacunku (od tego słowa pochodzi senat). Z tym że nie dotyczyło to kobiet, dla których siwizna oznaczała raczej utratę atrakcyjności. Antidotum upatrywano w wywarach z łupin orzecha, w hennie lub toksycznych „maskach” na bazie ołowiu, siarki albo popiołów roślinnych. Dojrzałe kobiety i mężczyźni nosili także bardziej rozbudowane nakrycia głowy. A kłopot z siwymi pasmami wynikał nie tylko z koloru, lecz również ze zmiany struktury włosa, który wraz z wiekiem stawał się sztywniejszy, bardziej suchy i trudniejszy do układania.
W XVIII w. siwizna, choć sztucznie wytwarzana, stała się pożądana, i to u obu płci. Chodzi o pudrowane na biało peruki noszone przez europejskie elity. Skalę zjawiska uświadamia fakt, że w Anglii wprowadzono nawet podatek od pudru do włosów, a posiadanie wielu peruk uważano za zbytek. Z bielą pasm w parze szły imponujące fryzury: bujne loki u mężczyzn oraz statki i klatki z martwymi ptakami wśród splotów i koków u kobiet.
Czytaj też: