Igłą w wino
Czy da się nalać wino bez otwierania butelki? Tak, to już jest możliwe
Wszystko wydarzyło się przypadkiem. Absolwent politechniki MIT Greg Lambrecht robił karierę w branży technologii medycznych, opatentował kilkanaście wynalazków, takich jak igły do chemioterapii i implanty ortopedyczne. Wieczorami i w weekendy, jak większość jego kumpli, rozkoszował się atłasowymi supercabernetami z Kalifornii i liczył dolary na koncie. Potem jednak żona Lambrechta zaszła w ciążę i już nie towarzyszyła mu w konsumpcji tychże cabernetów, przez co Greg ze smutkiem obserwował ich powolną śmierć w ciągu trzech–czterech dni od otwarcia butelki. Utleniały się, jak każde wino, ale tych drogich proporcjonalnie bardziej szkoda.
Wykorzystując więc swoje doświadczenie z aparaturą medyczną i podawaniem płynów pod ciśnieniem, skonstruował prototyp maszyny, która miała zrewolucjonizować świat wina. Przebijając się przez korek, wprowadził do butelki cieniutką, pustą w środku igłę chirurgiczną, odlał sobie przez nią kieliszek wina, a potem tą samą drogą wtłoczył do flaszki obojętny gaz, wypychając groźne dla wina powietrze. Po wyjęciu igły korek naturalnie się rozprężył i chronił wino przed dostępem tlenu tak samo skutecznie, jak przed całą operacją.
Genialny w swojej prostocie pomysł zrodził się na początku naszego stulecia, ale przez dobrą dekadę Lambrecht swój prototyp – a właściwie jego kolejne, udoskonalone wersje – zachowywał dla siebie. Rozkoszował się winami ze swojej ogromnej kolekcji, nie otwierając ani jednej butelki! Jednak winomani goszczący w domu wynalazcy byli pod wrażeniem i prosili go o skonstruowanie dla nich podobnych maszynek. Wreszcie jeden z nich sutym czekiem namówił Lambrechta, by założył start-up; nazwał go Coravin.
Czytaj też: