Uro albo dziny
Uro albo dziny. Tak się teraz świętuje. Raz w roku to za rzadko i za krótko
Celebracja codzienności – za dużo i za mało intensywnie. Urodziny raz w roku – za rzadko i za krótko. Imieniny? Większość ludzkości ich nie obchodzi, wielu kojarzą się z dawnymi czasami, z domowymi przyjątkami ze śledzikiem, sałatką jarzynową i pokojami szarymi od dymu papierosowego. Dlatego trend na świętowanie połówki urodzin (czyli „uro” albo „dzin”) staje się coraz popularniejszy u dorosłych. Takie rauty dla dzieci, szczególnie w pierwszym roku ich życia, to nic nowego. Od dawna stanowią dobrą wymówkę, żeby się obkupić w kolejne śliczne kaftaniki, bluzki czy buciki, udając przez chwilę, że moda przeciwstawna – na ograniczenie kupowania tekstyliów, przynajmniej w przypadku najmłodszych – nie istnieje.
Jak donosi brytyjski „The Guardian”, „dziny” przeżywają wzmożenie, i to w każdej grupie wiekowej. Autorka tekstu Paula Cocozza dopatruje się w tym kolejnego pokłosia pandemii – odbijamy sobie wszystkie zawieszone i przeniesione celebracje. Ale powodów jest więcej. Można się w tym zjawisku doszukiwać także pretekstu, żeby zwołać wiecznie zabieganych bliskich („No co, na moje dziny nie wpadniesz?!”). Ale też – potrzeby trwałości w epoce mikrotrendów (data święta nigdy się nie zmieni) czy emanacji próżności (na tort dajemy połowę świeczek, znacząco się odmładzając). Odrabiamy przy tym straty z dzieciństwa – jak przykre jest świętowanie w czasie wakacji, gdy wszyscy z klasy są wyjechani, wiedzą zodiakalne Raki, Lwy i część Panien. Gorzej mają chyba tylko urodzeni w święta Bożego Narodzenia.
Czytaj też: I cóż, że ze Stanów.