Moje miasto

Na straganie w dzień nietargowy

Tak się handluje w niehandlowe niedziele!

Bazar przy Bakalarskiej w Warszawie. Bazar przy Bakalarskiej w Warszawie. Chris Benson
Zmuszeni do spędzania czasu z rodziną w niehandlowy dzień tygodnia Polacy wyszli na bazary.
Niedzielny handel na bazarze na warszawskim Ursynowie.Tomasz Hamrat /Gazeta Polska/Forum Niedzielny handel na bazarze na warszawskim Ursynowie.
Targowisko na Starym Kleparzu w Krakowie.Filip Radwański/Agencja Gazeta Targowisko na Starym Kleparzu w Krakowie.

Artykuł w wersji audio

Co począć? – otwierają na forach wątki znerwicowani dniem wolnym od galerii konsumenci, którzy nie doświadczyli tego nigdy w życiu. „Zagraj pan z dziećmi w warcaby” – padają zgryźliwe propozycje dorastających w poprzednim ustroju. „A jak pan nie wiesz, co to warcaby, zagraj pan w bierki. Rozmoczonym makaronem” – dodają będący za niedzielą z kościołem, świeżym powietrzem i rodziną.

Tymczasem niewiedzący, co ze sobą począć, odgłosy przyrody mają w telefonach. Przyzwyczajeni całodobowo kupować, znaleźli wyjście z tej sytuacji. Odkryli bazary, na których można dostać absolutnie wszystko, choć ustawodawca wyszczególnia jedynie kwiaty, wiązanki, pamiątki, dewocjonalia, płody rolne, lody, znicze, chleb, bilety, tytoń, prasę oraz lotto. Można, pod warunkiem że za leżakiem stoi właściciel towaru, będący osobą fizyczną, który sprzedaje wyłącznie we własnym imieniu.

W pierwsze niehandlowe niedziele zakorkowały się ścieżki między wiatami z brezentu.

O wolności

W wietnamskim pasażu kosmetycznym przy ul. Bakalarskiej w Warszawie panie oczekują na swoją kolej, tocząc rozmowy o polskiej wolności w obcych scenografiach. – Szkoda, że nie nasi, ale niech tam idzie im koniunktura. – W całej Biblii, począwszy od stworzenia świata po Apokalipsę, nie ma ani wersetu potwierdzającego świętość niedzieli. Biblia mówi o sobocie, kiedy Pan Bóg odpoczął. – Ale w niedzielę zmartwychwstał. – To jest kwestia symboliczna. – W krótkim czasie takich miejsc powstaną setki, będzie bazarowa rewolucja. – Trudno się dziwić, że po tylu latach wolnoamerykanki naród jest uzależniony od zakupów. – Dopiero podniosą ceny złodzieje. – Byleby nie zjechali tu obcy kupcy z całego świata. – Co się porobiło: religia w szkole za państwowe pieniądze, do tego państwowy nakaz siedzenia w domu w niedzielę. – Co nierodzinnego jest w wyjściu z synem do budowlanego dyskontu, by wspólnie kupić deski na budę dla ukochanego psiaka? – Były czasy, że wybijano zęby za zjedzenie mięsa w wielkim poście. – Każdy dzień jest taki sam od świtu do zmierzchu. Tak się toczy ta debata.

Sprzedająca z mobilnym wózeczkiem oferuje gorącą Mokate. Na krzesłach powiewają suszące się kolorowe ręczniki frotté. Jest prawie tak jak w domu na balkonie.

Niepolskojęzyczni Wietnamczycy, osłonięci maskami od opyłów z paznokci, przekrzykują się, zapraszając ładne panie pod swoją wiatę. Pasaż jest długi. Do ładnych pań mrugają szyldy świetlne: Lam Toc, Tao Mau Toc, Nam – Nu, Hania Phan Beauty Salon, Tamara Salon.

Oczekującym obojętne, czy to nazwiska czy nazwy usług. W pierwszą niehandlową niedzielę odkryły, że w porównaniu z cenami galeryjnymi te wietnamskie są niebywale przystępne. Filip Nails oferuje manicure za 20 zł (plus 2 zł za dodatkowe kwiatki). Fryzjer Chuyen strzyże za minus 50 proc., u fryzjerki Phuong Anh damskie krótkie po 30 zł (w promocji prostowanie włosów na stałe). U Anny Nails masaż twarzy po 30 zł. Permanentne brwi za jedyne 250 zł, usta – 400.

Po odświeżeniu się najtaniej, jak to możliwe, ładne panie kupują w warzywniaku Chau A Zra My naszą kiszonkę. W cukierni Tien Hoa pączki na deser. Mogą także przekartkować rozłożone tuż obok katalogi z meblościankami robionymi na miarę. Jeśli w następną niehandlową niedzielę przyprowadzą małżonków, zapewne zainteresuje ich stoisko z akcesoriami do golenia i pastowania obuwia.

A wszystko otwarte do ostatniego klienta. Obsługujący ładne panie estetycznie, tekstylnie oraz spożywczo zapamiętają 11 marca jako bardzo długą niedzielę.

O pysznościach

Na zmartwychwstałych straganach całej Polski schodzi towar nieprzewidywalnie różnorodny. Lokalni reporterzy relacjonują, co konkretnie. Przy wrocławskim Dworcu Świebodzkim powodzeniem cieszą się kwiaty, bielizna, odzież, krzyżówki, dewocjonalia oraz gofry, rzekomo najsmaczniejsze w całym mieście. Na giełdzie samochodowej w Słomczynie koło Grójca interesowano się absolutnie wszystkim, od mercedesów po kable i obrazy stylizowane na antyk. Komuś udało się kupić dwa zabytkowe rowery za cenę niższą o dwie trzecie od wywoławczej. Ktoś dostał koła, identyczne jak mu uprzednio skradziono.

Na targu w Sławnie schodziły żywe kury po 23 zł, kaczki, gołębie, króliki, bażanty oraz przepiórki. W Kielcach emocje wzbudzały bluzki po 15 zł, przymierzane bez skrępowania. Ponadto przystawano przy maskotkach, kosmetykach, durszlakach i skóropodobnych paskach. Przybyli z braku alternatywy na Szczeciński Bazar Smakoszy zjedli wyśmienite racuchy, zakupili do domów przepyszne miody, wędliny i sery, emocjonując się, że odkryli ekologię. W centrum ogrodniczym w Wawrze szły pelargonie, bratki, rękawiczki i torf. W Koszalinie spacerowicz z rodziną zjadł pyszne szaszłyki. W Zabrzu zachwycano się skarpetami Crazy socks dobrej jakości.

Wracający z kościołów zachwalali także niewypolerowane ziemniaki. Widać było po ziemniakach, że nie przebyły tysiąca kilometrów w kontenerze. Oglądaczy cieszyły negocjacje. W żadnym bezdusznym sklepie wielkopowierzchniowym nie nawiązywali tak spontanicznego kontaktu ze sprzedawcą. (Cena nieważna, musi się podobać). Wielkopowierzchniowi wciskają tylko karty konsumenckie, by pozyskać dane osobowe. Atmosfera przypominała im młodość przypadającą na lata 70.

Absolutnie wszystkiego ubywało szybciej niż zwykle. Po niebie sunęły reklamówki, a po ziemi walały się opróżnione z towarów tektury i nagie manekiny. Zważywszy, że niedzielny utarg na jarmarkach i bez zakazu był większy o 80 proc. w porównaniu z dniem powszednim, kupcy liczą na spektakularny pieniądz. Jednak frekwencja na bazarach wyklaruje się do końca roku. Nakazów spędzenia czasu z rodziną będzie łącznie 39.

O dyskomfortach

Przed brezentem z odzieżą chińską na warszawskim targu Olimpia obie płcie rozbierają się do majtek. Mierzą letni asortyment, zupełnie ignorując się erotycznie. Popularnością wśród panów cieszy się T-shirt z napisem „Lubię zapierdalać”, wśród pań spodnie XXL typu rybaczki za 5 zł. – W tych nogawkach ciut zmieniłabym kieszenie. Pani poda adres producenta, to na miejscu dopytam. – Ale fason jest uszyty w Bangladeszu. – Nie szkodzi, podjadę. – Babciu chodź, już nie mogę! – Jestem na to za nerwowa – poszturchiwana przez przechodniów mierząca klapki z plastiku nie może ustać na jednej nodze.

Jednak większość nawykła do niedzielnego przechadzania się po galeriach ze szkła. Mimo że niejednokrotnie nabija sobie guzy (wyczyszczone szkło tak lśni, że myli się z powietrzem). Wolałaby kupować intymniej i w zadaszeniach. Poza tym nie ma tu markowych ciuchów. Wielu powracających w niedzielę z bazarów całej Polski było zdegustowanych nieeuropejskim poziomem.

Giełda w Słomczynie powinna nazywać się w błocie. Ślizgał się człowiek pomiędzy asortymentem. Dział mięsny w Piasecznie mógłby być tłem do horroru klasy B. Wokół targu świebodzkiego zniszczone trawniki, a rozłożeni z towarem tworzą jakby średniowiecze. Wstyd dla miasta, które było Europejską Stolicą Kultury. Nikt, kto dotychczas zaopatrywał się w galeriach, nie kupi tam dżinsów za 20 zł, zawierających składniki rakotwórcze. W dodatku od kogoś, kto chodzi po kątach za potrzebą. Natomiast na rynku w Oliwie kombinują z ekologią. Kupują jajka z fermy, następnie domestosem ścierają z nich pieczątki.

Ogólnie oglądający byli obsługiwani przez mało schludne ekspedientki w podeszłym wieku. Ponadto zabrakło im wózków odciążających kręgosłupy, do których można wpakować kupowane artykuły, a już nadźwigali się dość w życiu. I terminali do bezgotówkowych operacji (już w życiu okradzeni). I parkingów (choćby tych nadziemnych, nagrzewających wnętrza samochodów).

Jeśli taki emeryt przyjedzie autobusem, już dwie siatki mogą być dla niego wyzwaniem. Towar rozsypuje się przy większym hamowaniu na zakrętach, poza tym brak mu ręki do naciśnięcia przycisku otwierania drzwi. Nadto jest wiele osób nieposiadających w domu klimatyzacji i przebywanie w pomieszczeniach chłodzonych jest dla nich ulgą w czasie upałów.

Poza tym brak dobywających się ze sklepów zapachów, dających poczucie jakby komfortu. Oraz relaksującej muzyki, przy której kupowało się z rodziną towary trwałe typu meblościanki. Był czas spokojnie je obejrzeć, wspólnie pokawkować, naradzając się, co także zwiększało więzi. Przy czym uczyło się dzieci wydawać pieniądze. Tymczasem rodzinie pozostaje oglądanie w syfie buraków i cebuli. W dodatku, jak za komuny, asortyment warzywny ustrojony z góry, a od dołu zgniłki. Nie można wybrać sobie najładniejszego, jak w markecie.

Wniosek omijających pierwsze nakazy spędzania czasu z rodziną jest taki, że kupcem to był Wokulski, a ci to ogorzali na twarzach pospolici straganiarze. Obawiają się, że znowu staniemy się państwem bazarowym, ze szczękami. Tylko czekać, aż powrócą babki z cielęciną. Nawet nie chcą myśleć, co zrobią ze sobą zimą. Zostanie tylko alkohol i telewizor. Ale przynajmniej jest TVN.

O łażeniu

Ośmieleni frekwencją gdyńscy kupcy już zaczęli napominać o ewentualności uruchomienia hal na czas zakazów. Może – żywią nadzieję – część osób zetknęłaby się z bazarem po raz pierwszy, doceniając jego ponadczasową wartość. A przy okazji ożywiłoby się śródmieście. Na razie robią sondaże, a temat podchwycili także straganiarze piaseczyńscy. Może faktycznie samemu stanąć w niedzielę i zarobić na pracownika, który z kolei stanie w tygodniu?

Tymczasem zwolennicy świeżego powietrza i rosołu z rodziną wdali się z będącymi za targiem w pyskówkę na Facebooku. – Nie można być katolikiem w co drugą niedzielę. Nawet sam Cejrowski w każde święto zamyka swój internetowy sklep. – Już w sobotę o godz. 22 wasze telewizory psują się, a lodówki świecą pustką? – Przecież nie ma na świecie produktów, które należy nabywać tuż przed spożyciem. – Idźcie ludzie do kin, muzeów, kawiarni, siłowni, na basen, mecz piłkarski, kursy salsy, koncert, lody, plener. – Wstąpcie do cukierni, parku, pomóżcie ojcu przy samochodzie w garażu, odwiedźcie na działce dziadków, własny wypiek im zanieście. Czy to taki radykalny wypoczynek? – Co z nami zrobili? Udowodnił to już naukowo Iwan Pawłow. Uczony ten udokumentował, że nawet piąte pokolenie trzymanego w klatce lisa polarnego po jej otwarciu nie ma odwagi uciekać. – A co by było, gdyby zakazać durniom ajfonów? Nie wiedzieliby, jak trafić do domu i jakich konkretnie mają przyjaciół.

Tu będący za rosołem mają jednak hamletowski dylemat. Skoro ci, których przekonują, pójdą masowo na lody oraz do kin, trzeba będzie zwiększyć zatrudnienie w tym segmencie. W sumie może wyjść na to samo niewolnictwo.

Będącym za rosołem odpyskują gimnazjalistki. Dla nich spędzane w galeriach wolne od szkoły soboty stały się uciążliwe. Tłumy chcące się zaopatrzyć na niedzielę sprawiły, że padający ze zmęczenia sprzedawcy zrobili się niemili. Gdzie teraz mają iść? Na rolkach wolą przejechać się w tygodniu, bo w weekendy na ścieżkach za duże masy, a teraz doszły kolejne. W muzeach już były. Kontestując łażenie po bazarach, współczują sobie, że niczego już nie przywiozą na pamiątkę podczas zwiedzania dużych miast. Kogo zapozna się na targu prócz emeryta z torbą na kółkach?

O jakby-Paryżu

Abstrahując od niedzieli, od kilku lat zrobił się trend na bazar. Można powiedzieć światowy. O renesansie niech świadczy fakt, że ledwie co 50. kupiec na niemal 100 tys. mających w rejestrze wpis „handel na targowiskach” posiada jakieś długi. Jeszcze większej świetności powinien przysporzyć im przymus spędzania czasu z rodziną. Dlatego bazar stał się pieszczochem lokalnych władz. Masowo rewitalizują swoje bazary, przekształcając je z wiat na pawilony za unijne pieniądze. Dofinansowanie operacji nazywa się Przebudowa targowiska przeznaczonego na cele promocji lokalnych produktów.

Stragan XXI w. ma być zgodnie z wymogami kompleksem podłączonym do prądu, wodociągu i kanalizacji. Stać na utwardzonej powierzchni płaskiej, by konsumenci, także ci z wózeczkiem, nie potykali się na nierównościach. Asortyment oświetli oszczędne LED. Zadaszona powinna być minimum połowa. Zbliżeniu konsumenta ze sprzedawcą ma pomóc wysoki standard sanitarny oraz elementy zieleni typu skwery i ławki.

Jednolita estetycznie konstrukcja stalowo-drewniana niech nawiązuje do wsi spokojnej, wsi wesołej. Żadnej przypadkowej blachy, układanej nad leżakami własnym kosztem ani handlu z żuka. Współczesny bazar nie może klientowi kojarzyć się na smutno, kiedy zmuszony był kombinować. Nagłośnienie zaś ma wspierać rekreację i kulturę, gdy wieczorową porą zwiną się stoiska.

Samorządowe gazety drukują wizualizacje uwspółcześnionych straganów, z przyjemnością donosząc, że będzie u nich jak w Paryżu. Z pomocą Unii modernizuje się jarmarki w Jaśle, Skierniewicach, Rzeszowie (aż 2 ha pod bazar), Kartuzach, okolicach Włocławka, Tłuszcza, Magnuszewie, Radzyminie, Łodzi, Kotuniu, Jedliczu, Elblągu, Dubnie, Boćkach, Knyszynie, Biłgoraju, Gryficach, Mikołajkach, Bielawie, Gościeradowie, Rykach itd.

Ów lifting podchwyciły już supermarkety. Próbując wzbudzać w konsumencie nostalgię, małpują staropolskie stylizacje na swoich stoiskach z włoszczyzną. O ile PiS zastał po jaśniepańskim PO Polskę nieludzko murowaną, ma szansę zostawić ją przystępnie drewnianą.

Polityka 21.2018 (3161) z dnia 22.05.2018; Społeczeństwo; s. 32
Oryginalny tytuł tekstu: "Na straganie w dzień nietargowy"
Więcej na ten temat


Partnerzy Moje Miasto

Kraków Szczecin Warszawa Sopot
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Dr Joanna Wardzała o pokoleniu 20-latków odrzucających konsumpcyjny styl życia rodziców

Rozmowa z dr Joanną Wardzałą, socjolożką i badaczką zachowań konsumpcyjnych, o tym, dlaczego dzisiaj młodzi ludzie nie chcą kupować i gromadzić dóbr.

Joanna Podgórska
12.11.2019
Reklama