Solenie na życzenie

Ktoś przesolił
Opinie naukowców na temat naszej diety zmieniają się jak w kalejdoskopie. Czym nas jeszcze zaskoczą?
Ludzie dzielą się na sodowrażliwców i osoby niewrażliwe na sód. Tych pierwszych jest więcej.
BEW

Ludzie dzielą się na sodowrażliwców i osoby niewrażliwe na sód. Tych pierwszych jest więcej.

Dziennie nie należy spożywać więcej niż pół płaskiej łyżeczki soli
Kevindooley/Wikipedia

Dziennie nie należy spożywać więcej niż pół płaskiej łyżeczki soli

Sól nie podnosi ciśnienia! To najnowsza rewelacja, którą niedawno umieściły na swoich czołówkach niemal wszystkie portale internetowe. Sensacyjną wiadomość podchwyciły kolorowe magazyny telewizyjno-plotkarskie, bo nic tak nie przykuwa uwagi dbających o zdrowie czytelników tych pism, jak tytuł kompromitujący dotychczasowe zalecenia lekarzy.

Belgijscy naukowcy, autorzy zaskakujących badań, nie mogli spodziewać się większego rozgłosu. To już nie te czasy, gdy z artykułem opublikowanym w renomowanym periodyku naukowym (w tym wypadku był to „Journal of the American Medical Association”, słynny JAMA) zapoznawało się najpierw wąskie grono specjalistów. Rozpoczynali między sobą dyskusję, wojna na argumenty trwała nieraz kilka tygodni i dopiero na końcu niezorientowana w szczegółach publika poznawała wypracowane stanowisko utytułowanych ekspertów. Dziś wnioski z nawet najbardziej marginalnych badań rozlewają się po Internecie w ułamkach sekund i dziennikarze ochoczo tworzą z nich własne opowieści. Byle było ciekawie i intrygująco.

Kolejna trucizna?

Jak teraz, gdy sól – powszechnie zaliczana, obok cukru i mąki, do tzw. białych trucizn – okazała się w ciągu jednego dnia remedium na choroby serca. Bo czegóż się dowiadujemy z popularnych serwisów? Jak podaje jeden z nich: „Ograniczenie spożycia soli nie chroni przed nadciśnieniem tętniczym krwi! Wręcz odwrotnie, osoby na diecie małosolnej częściej umierają na zawały serca i udary mózgu”.

Prof. Adam Witkowski z warszawskiego Instytutu Kardiologii nie słyszał, aby w ślad za tak rewelacyjną tezą, porównywalną w kardiologii do przewrotu kopernikańskiego, szła zmiana dotychczasowych standardów i zaleceń. – Czasopismo, na które powołują się autorzy tej notatki, jest na tyle renomowane, że nie posądzam nikogo o żart primaaprilisowy. Ale całą pracę trzeba przeczytać dokładnie i ze zrozumieniem, aby wiedzieć, co autorzy chcieli w swoim badaniu udowodnić – mówi.

Idąc za tą wskazówką, łatwo się przekonamy, że przyciągająca uwagę teza jest potężnym uproszczeniem. Badacze z Uniwersytetu w Leuven sprawdzali korelację między zawartością sodu w moczu a zapadalnością na choroby sercowo-naczyniowe (żadna z 3,5 tys. osób przystępujących do badania nie cierpiała wcześniej na żadną z takich chorób). Badanych podzielono na trzy grupy: w jednej byli ci, którzy spożywali jedynie 2,5 g soli dziennie, w drugiej – 3,9 g, a w trzeciej ponad 6 gramów. Po 8 latach obserwacji u co czwartej osoby, która nie miała nadciśnienia, rozwinęła się ta choroba, choć rzeczywiście ze statystyki wynika, że wcale nie częściej u tych, którzy spożywali najwięcej soli.

Oznaczenie jonu sodowego w moczu nie powinno być jedynym parametrem, który by uprawniał do wyciągania tak daleko idących wniosków – stanowczo twierdzi dr Krystyna Knypl, specjalistka leczenia nadciśnienia, uhonorowana specjalnym tytułem Europejskiego Towarzystwa Nadciśnieniowego, która dokładnie przeanalizowała wnioski z artykułu belgijskich naukowców. Okazuje się – o czym już rzadko można było przeczytać w internetowych omówieniach ich pracy – że w grupie spożywających najmniejszą ilość soli było 50 przypadków śmiertelnych, a w grupie dosalających najwięcej – zaledwie 10. – Wyciąganie wniosków na podstawie losów dziesięciu osób i rozciąganie ich na całą ludzkość to więcej niż poważne nadużycie – podkreśla dr Knypl.

Odporni na sól

Wiadomo nie od dziś, że wrażliwość na sól jest zróżnicowana i ludzie dzielą się na tzw. osoby sodowrażliwe, których jest więcej, oraz osoby niewrażliwe na sód. Ta wiedza nieobca jest specjalistom, ale choć na co dzień spotykamy ludzi różniących się wzrostem, wagą, kolorem oczu – irracjonalnie wierzymy, że to, co dotyczy zdrowia i diety, musi odnosić się w identycznym stopniu do wszystkich. – Rezultatów takich badań nie wolno uogólniać – radzi prof. Grzegorz Opolski, krajowy konsultant w dziedzinie kardiologii. Jego zdaniem to dopiero przyczynek do długiej już dyskusji nad znaczeniem soli w diecie. W USA co kilka miesięcy ukazują się wyliczenia, ile miliardów dolarów zaoszczędzono by po ograniczeniu spożycia soli do 3 g na dobę. – Koszty leczenia nadciśnienia spadłyby o 30 proc. – mówi prof. Opolski. – Budżet amerykańskiej służby zdrowia mógłby więc przeznaczyć 18 mld dol. na inne cele.

Obecne problemy z nadciśnieniem u milionów ludzi (w samej Polsce u 8 mln) to zdaniem uczonych wypadkowa naszych genów oraz współczesnego dosalania pokarmów. Jesteśmy ponoć genetycznie zaprogramowani do diety niskosodowej, która królowała w jaskiniach naszych przodków w paleolicie. A później było już tylko gorzej: sól stała się doskonałym konserwantem i poprawiaczem smaku, do którego niemal od kołyski przyzwyczajamy swoje dzieci. W domowej kuchni 80 proc. jonu sodowego ukryte jest w chlebie, wędlinach, serach, nie mówiąc o przekąskach, chipsach oraz sosach i zupach w proszku.

Choć więc ostatnie zalecenia mówią, aby spożywać dziennie najwyżej pół płaskiej łyżeczki soli (3 g), na ogół faszerujemy się nią w ilościach kilkukrotnie większych, a rekordziści dochodzą nawet do 20 g!

Jeśli więc ktoś uwierzył, że u progu tego lata upadł kolejny mit związany z żywieniem, jest w błędzie. Ot, nie pierwsze i nie ostatnie badanie, w którym wzięto na warsztat wpływ żywności na zdrowie. Niemal we wszystkich tego typu analizach – dotyczących konsekwencji spożycia masła, cukru, czekolady, mleka, ryb, owoców – łatwo odnaleźć jakieś wady. Największy pożytek odnoszą sami badacze, bo dzięki rozgłosowi mogą zdobywać fundusze na kolejne analizy. – Pojawiła się moda na badania z zaskakującą tezą, która sprzeczna jest z dotychczasowymi dogmatami – sumuje prof. Opolski. Tylko czy media mają tego świadomość?

Poznaj swój organizm

Udo Pollmer, niemiecki specjalista w zakresie chemii spożywczej, ma dla konsumentów krótkie ostrzeżenie: nie ma nic gorszego od artykułów spożywczych, z których rzekomo usunięto coś strasznie szkodliwego i do których dodano coś niesamowicie zdrowego. Na pytanie, co jeść, by sobie nie zaszkodzić, odpowiedź jest więc nieskomplikowana: wszystko z umiarem.

Prorocy zdrowego żywienia, opartego na przesadnej selekcji wybranych składników odżywczych kosztem innych, rzekomo szkodliwych, wolą przemilczeć, że prowadzi to najczęściej do wyniszczenia organizmu. Nie będziemy zdrowi jedząc samą pietruszkę i nie umrzemy na zawał serca, gdy raz na jakiś czas usmażymy jajecznicę na bekonie. Trzeba przede wszystkim znać swój organizm i wiedzieć, co nam szkodzi, a kluczem do zdrowia jest dieta urozmaicona. Tylko w ten sposób można uniknąć nagromadzenia w organizmie soli, cukru, tłuszczów i węglowodanów – z gruntu pożądanych, bo dających komórkom energię, lecz nie w nadmiarze. Potrzebna jest więc równowaga i zdrowy rozsądek. Jeśli coś przynosi korzyść w małych ilościach, to nie znaczy, że w większych będzie działać jeszcze lepiej. A także: nie wszystko, co szkodzi, musi zaszkodzić każdemu. Udo Pollmer formułuje to obrazowo: jeśli miłośnicy wina są długowieczni, nie oznacza to jeszcze, że również abstynenci żyliby dłużej, gdyby ich zmusić do picia alkoholu.

Jak w takim razie podchodzić do sensacyjnych doniesień na temat żywienia? Najlepiej bez emocji i specjalnej wiary, że niezależnie od liczby naukowców, którzy maczają w tym palce, powiedziano już ostatnie słowo. Za jakiś czas ktoś udowodni, że się mylili. I tak będzie do końca świata.

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną