Nauka

Euroskansen

Światowy wyścig po innowacje

Chińczycy stali sie potentatami w produkcji paneli słonecznych. Chińczycy stali sie potentatami w produkcji paneli słonecznych. China Photo Press/Getty Images / Forum
Czy Europa ma energię potrzebną, by kształtować przyszłość wspólnie z innowacyjnymi społeczeństwami Brazylii, Indii, Chin i Stanów Zjednoczonych?
Hindusi nie czekali, aż iPad będzie tańszy - stworzyli tablet Aakash za 35 dol. sztuka.Parivartan Sharma /Reuters/Forum Hindusi nie czekali, aż iPad będzie tańszy - stworzyli tablet Aakash za 35 dol. sztuka.

Artykuł w wersji audio

Rozpoczyna się nowa, pokryzysowa runda globalizacji. W Stanach Zjednoczonych odradza się przemysł. Bankrutujące kilka lat temu firmy samochodowe znowu pracują na pełnych obrotach. General Electric ogłosił, że w latach 2010–11 stworzył w USA 7 tys. miejsc pracy w produkcji. Jako pierwsze odradzają się gospodarki uchodzące za najbardziej innowacyjne: Japończycy i Koreańczycy, a w Europie Szwajcarzy, Szwedzi, Finowie, Niemcy i Duńczycy. Jednak Unia Europejska – jako wspólnota gospodarcza – odstaje od światowych liderów i coraz mocniej czuje konkurencję nowych uczestników w grze o rozwój: Brazylii, Chin i Indii. Czy program Horizon 2020, w ramach którego w budżecie unijnym na lata 2014–20 na wsparcie innowacji zaplanowano 80 mld euro, poprawi sytuację na kontynencie zmagającym się z głębokim kryzysem finansowym?

Ben Verwaayen, prezes koncernu telekomunikacyjnego Alcatel-Lucent, ma poważne wątpliwości. Dzielił się nimi podczas European Innovation Convention w Brukseli. – Nie mamy żadnego planu, nie wiemy, po co ani na co chcemy wydać te pieniądze. Zachowujemy się w UE tak jak 30 lat temu, myśląc, że jesteśmy pępkiem świata i źródłem idei do naśladowania przez innych. Warto pamiętać, że na cztery nowe linie światłowodowe trzy powstają w Chinach. To Chiny i Indie są dziś lepszym źródłem inspiracji niż nasi politycy.

Elektrokardiograf za 500 dol.

Indie rozwijają się w tempie 8 proc. rocznie. I tak będzie przez co najmniej następne 20 lat – twierdzi Sam Pitroda, przewodniczący Narodowej Rady Innowacji Indii. To przekonanie opiera na fakcie, że głównym motorem napędzającym rozwój kraju jest popyt wewnętrzny, a nie – jak w przypadku sąsiednich Chin – eksport. „Musimy utrzymać takie tempo, żeby każdego roku tworzyć 15 mln nowych miejsc pracy. Do tego potrzebujemy jednak własnego, indyjskiego modelu rozwoju, ścieżki Zachodu nie da się powtórzyć”.

Na czym ma polegać ta specyfika? Pitroda tłumaczy, że Indie są zbyt biednym krajem, by kupować rozwiązania i technologie z Zachodu. Bieda nie jest jednak barierą, lecz doskonałym stymulatorem innowacyjności. Amerykańskie firmy telekomunikacyjne zarabiają przeciętnie na jednym kliencie telefonii komórkowej 60 dol. miesięcznie, firmy indyjskie musiały wymyślić takie modele świadczenia usług, żeby opłacało się prowadzić biznes za średnio 6 dol. od klienta.

Przykłady można mnożyć. Gdy koncern General Electric zobaczył, że nie ma czego szukać na wielkim indyjskim rynku z elektrokardiografami po 5 tys. dol., zlecił inżynierom z lokalnego centrum badawczo-rozwojowego opracowanie w pełni funkcjonalnego urządzenia, dopasowanego do tamtejszych możliwości. Powstał model za 500 dol., w którym wykorzystano m.in. drukarkę używaną przez indyjskie koleje. Przez świat przetacza się rewolucja tabletowa – najgorętszym towarem na komputerowym rynku są urządzenia takie jak iPad. W zglobalizowanym świecie tabletowa moda dotarła także do Indii, ale kto jest tam w stanie zapłacić kilkaset dolarów za najnowsze cacko Apple’a lub Samsunga? W odpowiedzi powstał Aakash – tablet za 35 dol., który ma wprowadzić do cyfrowego świata 220 mln indyjskich uczniów.

Niektóre z tych rozwiązań dla ubogich są na tyle dobre, że spotykają się z zainteresowaniem klientów z bogatszych rynków. 40 proc. elektrokardiografów zaprojektowanych dla Indii General Electric sprzedaje w Europie. Niestety, Europa ciągle nie chce jeszcze zrozumieć konsekwencji trwającej rewolucji, bo tak można bez wahania określić obecną fazę globalizacji. Poprzednia przedkryzysowa jej faza polegała głównie na otwarciu i eksploatacji gigantycznych zasobów taniej siły roboczej w Indiach, Chinach czy krajach pokomunistycznych. W zamian społeczeństwa tych krajów gromadziły wiedzę i stopniowo rozwijały infrastrukturę.

Kluczem okazała się infrastruktura telekomunikacyjna. Internet i telefonia komórkowa pozwoliły wykroczyć poza schemat tanich pracowników i połączyć z resztą świata potencjał intelektualny Hindusów, Chińczyków czy Brazylijczyków. Thomas L. Friedman, popularny publicysta „The New York Timesa”, krzyknął w zachwycie: świat stał się płaski! Już nie trzeba emigrować, żeby uczestniczyć w innowacyjnym wyścigu. Informatycy z Indii nie muszą jechać do Krzemowej Doliny w Kalifornii, szansę na globalną karierę stwarza im Bangalore.

W rezultacie globalizacja z procesu o jasnych i prostych przepływach (polegających na tym, że kapitał, wiedza i technologie podążały z krajów rozwiniętych do rozwijających się, w drugą zaś stronę płynęła energia wytwarzana przez tanią siłę roboczą) przekształciła się w proces niezwykle złożony. Zachodnie koncerny telekomunikacyjne, jak Alcatel-Lucent czy Ericsson, muszą w tej chwili walczyć na swoim terenie z konkurencją chińskiego Huaweia czy ZTE. Tradycyjne europejskie marki przejmowane są przez chiński i indyjski kapitał, by wspomnieć los szwedzkiego Volvo.

Tablet za 35 dol.

Po kryzysie sytuacja stanie się dla Europy jeszcze trudniejsza. Już bowiem wiadomo, że o rozwojowej dynamice świata decydować będą gospodarki rozwijające się. Oznacza to, że będą one nie tylko potrzebowały coraz więcej surowców dla zaspokojenia rosnącego apetytu, ale i olbrzymiej presji innowacyjnej na poszukiwanie rozwiązań adekwatnych dla bogacących się, lecz wciąż przecież biednych rynków. Pojawią się więc nie tylko tablety po 35 dol., lecz także np. nowe technologie energetyczne. Już w tej chwili Chiny są największym inwestorem w tzw. zielone technologie, a podaż tanich chińskich paneli słonecznych i turbin wiatrowych doprowadziła do upadku niejedno niemieckie, francuskie i amerykańskie zielone przedsiębiorstwo.

Na tym jednak nie koniec. Warto wrócić na brukselską konwencję, by uzupełnić listę wyzwań. Kolejni znakomici goście nie oszczędzali europejskich słuchaczy. Eric Schmidt, prezes rady nadzorczej Google, próbował wytłumaczyć, co oznacza pojęcie Big Data.

Nie ma zbędnych danych

Obserwatorzy rozwoju Internetu lamentują nad nieustannie rosnącą ilością danych krążących w sieci. Wystarczy spojrzeć na serwis YouTube, na który internauci w ciągu minuty wgrywają 40 godz. materiałów filmowych. W rezultacie w ciągu miesiąca serwis ten gromadzi tyle treści wideo, ile zgromadziły trzy największe amerykańskie stacje telewizyjne w ciągu całej swej historii. A przecież dopiero 2 mld ludzi korzysta z Internetu.

Danych będzie więc przybywać coraz szybciej. Jedni martwią się i straszą informacyjnym nadmiarem. Inni – jak szefostwo Google, Facebooka, Apple czy Amazona – widzą w tym nadmiarze podstawę rozwoju gospodarki przyszłości. Nie ma zbędnych danych, brakuje tylko jeszcze innowacyjnych pomysłów ich wykorzystania. Już się jednak pojawiają – testowanie przez Google autonomicznego samochodu bez kierowcy jest możliwe właśnie dzięki temu, że serwery tej firmy gromadzą olbrzymie ilości danych o miastach i ulicach, pozwalających komputerom analizować położenie pojazdu. Na podstawie pytań, jakie internauci zadają wyszukiwarce, Google jest w stanie prognozować rozwój epidemii grypy do dwóch tygodni szybciej niż tradycyjne ośrodki epidemiologiczne. Podobnie z analizą dynamiki rynku pracy.

Firmy nie muszą już inwestować olbrzymich pieniędzy w informatykę, bo większość potrzeb mogą zaspokoić, korzystając z mocy często dostępnych za darmo w sieci. Podobnie wiele potrzeb marketingowych zaspokajają współczesne wyszukiwarki internetowe. Umożliwiają nie tylko wynajdywanie haseł, lecz także zaawansowane porównanie, badanie trendów, tłumaczenie na różne języki. Znowu w większości przypadków za darmo.

W końcu – dostępne w sieci zasoby wiedzy – od Wikipedii po udostępniane przez renomowane amerykańskie uniwersytety kursy akademickie – pozwalają zaoszczędzić na podstawowych szkoleniach. No i możliwość bezpłatnej komunikacji z całym światem za pomocą takich rozwiązań jak telefonia internetowa Skype. W rezultacie nowoczesny przedsiębiorca może skupić się na tym, co najważniejsze – wymyślaniu nowych usług i produktów, czyli właśnie innowacjach.

Gorącym hasłem ostatnich miesięcy jest pojęcie micro-multinationals – mikrokorporacji międzynarodowych, złożonych z kilku, kilkudziesięciu osób rozsianych po świecie, które znalazły się w sieci, bo połączył je wspólny pomysł. Przykładem może być Local Motors, przedsiębiorstwo samochodowe założone przez Jaya Rogersa, byłego żołnierza US Marines. Zajmuje się produkcją pojazdów klasy off-road, czyli niewymagających rejestracji. Nowe modele tworzy przez Internet rzesza 12 tys. projektantów ochotników ze 121 krajów. Gotowe projekty przekształcane są w samochody we współpracujących z Local Motors mikrofabrykach.

Doskonałą syntezę przemian, jakie będą kształtować gospodarkę i świat innowacji w epoce pokryzysowej, zaproponowali Don Tapscott i Anthony Williams w książce „Makrowikinomia”, spolszczonej niedawno przez Studio EMKA. Pokazują oni, że choć o cyfrowej rewolucji mówi się nieustannie od kilkunastu lat, tak naprawdę dopiero teraz zaczynają się ujawniać jej prawdziwe skutki. Po prostu potrzeba było masy krytycznej miliardów ludzi połączonych na całym świecie wspólną siecią, by nastąpił jakościowy skok. Nagle, w ciągu kilku lat, istniejący w większości sfer życia ład instytucjonalny zachwiał się wobec fali nowych możliwości i pomysłów.

Nauka dla wszystkich

Dlaczego nauką mają się zajmować tylko uczeni? Dlaczego innowacje mają powstawać tylko w centrach badawczo-rozwojowych korporacji lub akademickich laboratoriach? Dlaczego wiedzę (np. encyklopedie) mają tworzyć jedynie eksperci z formalnymi tytułami? Dlaczego twórczość kulturalna i artystyczna ma być jedynie domeną zawodowych twórców i uznanych instytucji kultury? Dlaczego obywatele sami nie mogliby tworzyć usług publicznych wykorzystujących dane, jakie gromadzi administracja?

W odpowiedzi na te heretyckie pytania wyłania się nowy świat. Czy Europa, a więc także Polska, wykrzesze energię potrzebną, by kształtować przyszłość wspólnie z głodnymi sukcesu społeczeństwami Brazylii, Indii, Chin i ciągle Stanów Zjednoczonych? Czy też Staremu Kontynentowi wystarczy rola skansenu – celu turystycznych wypraw bogacącej się klasy średniej krajów rozwijających się?

Polityka 11.2012 (2850) z dnia 14.03.2012; Nauka; s. 78
Oryginalny tytuł tekstu: "Euroskansen"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Rynek

Ciemne strony zakupowego szaleństwa

Choć w te święta oszczędzać jeszcze nie będziemy, moda na zakupowe szaleństwa powoli się kończy. Na drodze rozpasanej konsumpcji stają coraz głośniej wyrażane obawy o przyszłość. Zarówno naszych portfeli, jak i naszej planety.

Cezary Kowanda
03.12.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną