Recepta na raka: nie pal, jedz zdrowo, ćwicz

Choroba chaosu
Rozmowa z prof. Robertem Weinbergiem z Massachusetts Institute of Technology o tym, czy nauce uda się w końcu pokonać raka.
Profesor Robert Wienberg jest jednym z najwybitnieszych badaczy nowotworów, często wymienianym w gronie kandydatów do Nagrody Nobla.
Bryce Vickmark/The New York Times/EAST NEWS

Profesor Robert Wienberg jest jednym z najwybitnieszych badaczy nowotworów, często wymienianym w gronie kandydatów do Nagrody Nobla.

Wydawnictwo CiS/Materiały promocyjne

Marcin Rotkiewicz: – Od kilkunastu lat czytam doniesienia, że jakieś laboratorium X na uniwersytecie Y dokonało odkrycia, które już za kilka lat zrewolucjonizuje walkę z nowotworami. Tymczasem przełomu w ogóle nie widać...
Prof. Robert Weinberg: – To, co trafia w pańskie ręce, to zapewne najczęściej tzw. press release, czyli streszczenia publikacji naukowych, przygotowane dla mediów przez działy PR danych placówek badawczych, chcących jak najbardziej się rozreklamować. Wielu naukowców, w tym również ja, nie wierzy w jakiś spektakularny przełom, odkrycie cudownego leku na raka. Walka z nowotworami to nie jest jedna wielka bitwa. To seria mniejszych potyczek. Każdego roku, a nawet każdego miesiąca, następuje mały postęp w tej dziedzinie. Nie oczekujmy więc jednego miażdżącego zwycięstwa.

A te potyczki częściej wygrywamy czy przegrywamy?
Każdego roku śmiertelność z powodu nowotworów spada. Rak staje się bardziej chorobą przewlekłą, niż szybko uśmiercającą ludzi. A dzieje się tak dzięki ogromnemu postępowi wiedzy na temat tej niezwykle skomplikowanej choroby, czy też właściwie chorób, gdyż mamy do czynienia ze 120 typami nowotworów złośliwych, a m.in. w przypadku raka trzustki mamy jeszcze wiele podtypów. To niezwykle komplikuje problem.

Jeszcze na przełomie XIX i XX w. uważano nowotwory za dość proste schorzenie. Kiedy nastąpił przełom w rozumieniu podłoża tej choroby?
Było ich kilka. Do bardzo ważnej zmiany doszło wówczas, gdy udało się udowodnić w laboratorium, że rak nie jest prostą degeneracją tkanek ciała, ale następuje w wyniku działania jakichś czynników. Wydawały się nimi niektóre substancje chemiczne i promieniowanie jonizujące. W latach 70. XX w. mieliśmy w onkologii już dwie konkurencyjne szkoły – pierwsza twierdziła, że raka wywołują właśnie czynniki fizyczne i chemiczne (rakotwórcze substancje, promieniowanie), powodujące uszkodzenia DNA. Druga grupa uczonych jako winowajcę wskazywała wirusy, które rozmnażają się w komórkach ciała i potrafią je zmusić do niekontrolowanego powielania się – tak miałby powstawać guz.

Chyba obydwie grupy miały po części rację?
Tak. Okazało się bowiem, że niektóre wirusy potrafią zmusić zainfekowane komórki do niekontrolowanego namnażania się, wszczepiając do ich DNA geny, które dawno temu zostały przez owe wirusy niejako porwane z innych zainfekowanych ludzkich komórek. Oznaczało to, że w samych komórkach mogą istnieć geny, które – np. na skutek uszkodzenia przez czynniki chemiczne czy fizyczne – prowadzą do przekształcenia się zdrowej komórki w nowotworową. Tak doszło do tzw. rewolucji 1976 r. w badaniach nad rakiem – stwierdzenia, że pierwotne przyczyny choroby tkwią w zdrowych komórkach. Są nimi tzw. protoonkogeny, czyli geny, które na skutek mutacji mogą przekształcić się w onkogeny, a więc fragmenty DNA mogące wywoływać raka. I to właśnie nimi posługują się niektóre wirusy.

Pan jest jednym z odkrywców pierwszego ludzkiego onkogenu Ras, za co wymienia się pana jako kandydata do Nagrody Nobla. Ras jest zaangażowany w powstawanie nawet jednej czwartej nowotworów u ludzi. Czy w takim razie wszystkiemu okazały się winne onkogeny?
Gdyby to było takie proste... Rzeczywiście, udało się ustalić, że jedna maluteńka zmiana w sekwencji protoonkogenu prowadzi do przekształcenia go w onkogen. Ale czy to wystarczy do wywołania nowotworu? Eksperymenty udowodniły, że wszczepienie zdrowym komórkom pojedynczego onkogenu wcale nie powoduje ich zrakowacenia. Okazało się, że taka przemiana wymaga współdziałania kilku onkogenów.

Ten obraz chyba jeszcze bardziej skomplikowało odkrycie, znów m.in. przez pana, pierwszych tzw. genów supresorowych?
Można porównać sytuację w komórkach ciała do samochodu – mutacje protoonkogenów działają jak naciskanie pedału gazu, powodujące niebezpieczne rozpędzenie pojazdu, czyli podążanie w kierunku przekształcenia w komórkę nowotworową. Ale ten samochód ma również hamulce, którymi są geny supresorowe. Dopiero jeśli z nimi było coś nie tak, komórka miała szanse podążać w złym dla organizmu kierunku. Przykładem genów supresorowych są słynne BRCA1 i BRCA2, których mutacje zwiększają prawdopodobieństwo zachorowania m.in. na raka piersi. Geny te produkują białka, od których zależy integralność DNA.

Ale to jest jeszcze bardzo niepełny obraz procesów nowotworzenia. Organizm człowieka wyposażony jest bowiem w enzymy, które przeciwdziałają różnym szkodliwym substancjom, mogącym powodować mutacje. Jeśli więc czyjś organizm wytwarza ich mniej, jest bardziej narażony na rozwój choroby.

Nie można w tym kontekście pominąć również kwestii sygnałów chemicznych, które komórka otrzymuje z zewnątrz – np. że ma się dzielić. Jeśli wadliwie będą w niej działać receptory, czyli anteny odbierające takie sygnały, jest to kolejny element mogący sprowadzić ją na złą drogę. Jak widać, powstanie raka to niezwykle skomplikowany proces, składający się z wielu oddziałujących na siebie elementów. Dlatego tak trudno go rozgryźć.

A czy komórki nowotworowe często powstają w naszym organizmie?
Trudno odpowiedzieć wprost na to pytanie, gdyż droga od zdrowej komórki do komórki rakowej jest długa i wieloetapowa. A nasz organizm dysponuje rozmaitymi mechanizmami obronno-naprawczymi, które w różnych stadiach potrafią zahamować ten proces. W ostateczności zaś komórka może popełnić samobójstwo, gdy nie widzi szans na naprawę, lub organizm ją niszczy za pomocą komórek układu odpornościowego.

Jak sprawny jest ten system?
Bardzo. W mojej książce „Samolubna komórka” podaję następującą statystykę: przez ponad 70 lat życia organizm człowieka produkuje ok. 10 milionów miliardów komórek. Powstanie i wzrost każdej z nich to moment, gdy istnieje spore ryzyko, że coś pójdzie nie tak – np. pojawią się błędy podczas kopiowania DNA. Dziesięć żyjących zdrowo osób doświadczy więc w sumie 100 milionów miliardów podziałów komórek, ale rak zabije tylko jedną z nich. Jeden śmiertelny nowotwór na 100 milionów miliardów podziałów to całkiem przyzwoity wynik, prawda?

Można jednak spotkać się ze stwierdzeniami, że coraz gorzej radzimy sobie z rakiem, głównie z powodu zanieczyszczenia środowiska. Czy to prawda, że wzrasta liczba ­przypadków nowotworów?
Nie. Rzeczywiście więcej ludzi zapada na raka niż np. 100 lat temu, ale tylko dlatego, że ludzie żyją o wiele dłużej, a nowotwory są jedną z chorób towarzyszących starości. Jeśli wykluczymy efekt palenia, to ryzyko zachorowania na raka piersi przez 70-letnią kobietę dziś czy 100 lat temu jest takie samo lub nawet trochę mniejsze. Tak więc indywidualne ryzyko się nie zwiększyło. Rak jest chorobą chaosu, a im dłużej żyjesz, tym więcej chaosu jest w twoim organizmie.

To proszę skomentować kolejne dość powszechne przekonanie – nowotwory zależą głównie od moich genów, więc nieważne, jak będę żył.
Nie da się zaprzeczyć, że istnieją dziedziczne formy raka – ludzie otrzymują od swoich rodziców zmutowane wersje genów, zwiększające ryzyko choroby. Ale geny to nie wszystko. Jeszcze 30 czy 40 lat temu wierzyliśmy, że starzenie się i rozwój chorób to nieunikniony los każdego człowieka, co było bardzo fatalistyczne. Tymczasem wyniki badań z ostatnich lat coraz wyraźniej pokazują, że możemy mieć duży wpływ na przebieg procesu starzenia się i na nasze zdrowie.

Nie chcę przez to powiedzieć, że każdy rodzaj raka jest do uniknięcia, ale wiele tak.

Podam spektakularny przykład: ktoś zrobił badanie epidemiologiczne w USA na temat ryzyka śmierci z powodu raka płuc w zależności od poziomu wykształcenia. Porównał mężczyzn mających ukończone 8 lub mniej klas szkoły z mężczyznami, którzy uczyli się minimum 18 lat. W pierwszej grupie ryzyko to było 9 razy wyższe! I nie wynikało z tego, że lepiej wykształceni ludzie mają dostęp do opieki medycznej na wyższym poziomie. Jedynym powodem był wyższy poziom świadomości, a co za tym idzie, inny tryb życia w obydwu grupach.

Czyli warto żyć zdrowo?
W USA 20–25 proc. zgonów na skutek raka wynika z palenia papierosów, więc podejrzewam, że w pańskim kraju jest podobnie albo i gorzej. Liczbę zgonów spowodowanych nowotworami można by ograniczyć od 50 do nawet 70 proc. po prostu dzięki zmianie sposobu życia.

Jak zatem żyć, panie profesorze?
Pewnie dla części czytelników nie będzie to specjalnie coś nowego. Warto jednak powtarzać do znudzenia: jeśli chcesz znacznie zmniejszyć ryzyko zachorowania na raka, to nie pal i nie mieszkaj oraz nie przebywaj z palaczami; bądź szczupłym, ćwicz; nie jedz dużo czerwonego mięsa i tłuszczów zwierzęcych; przejdź na dietę zbliżoną do wegetariańskiej, czyli z włączeniem ryb i drobiu.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną