Nauka

W krainie QWERTY

Na tropie polskiej klawiatury

Magic Cube - najnowsza klawiatura projekcyjna. Magic Cube - najnowsza klawiatura projekcyjna. Magic Cube / materiały prasowe
Każdy kraj dostosował klawiaturę komputerową do własnego języka – z wyjątkiem Polski. Dlaczego tak się stało? I czy w przyszłości będzie to jeszcze istotne?
Układ klawiatury QWERTY wprowadzony w maszynach do pisania w 1878 roku.Microsoft/materiały prasowe Układ klawiatury QWERTY wprowadzony w maszynach do pisania w 1878 roku.
Polski IBM w filmie 'Pan Kleks w kosmosie'.Filmoteka Narodowa/Archiwum Polski IBM w filmie "Pan Kleks w kosmosie".
Komputer skonstruowany w Instytucie Maszyn Matematycznych wyposażony był w klawiaturę Mazovii.Leszek Zych/Polityka Komputer skonstruowany w Instytucie Maszyn Matematycznych wyposażony był w klawiaturę Mazovii.

Najważniejsze było to, co dziewczyny mają w palcach. – Dziewczyny, czyli maszynistki – precyzuje Jan Klimowicz. – To do nich należało dostosować polską klawiaturę komputerową. A nie na odwrót, jak to później zrobiono. Bez wahania przyjęliśmy więc standard maszyny do pisania, do którego były przyzwyczajone – wspomina autor systemu kodowania znaków oraz klawiatury, w które wyposażona była Mazovia, czyli polska odpowiedź na IBM.

Komputer skonstruowany w połowie lat 80. w Instytucie Maszyn Matematycznych był w istocie klonem amerykańskiego. Jak wspominają dziś osoby, które miały okazję korzystać z Mazovii, działała całkiem sprawnie, czyli „nie wieszała się”. Miała jednak podwójnego pecha. Przez niego być może Polacy pozostają narodem wyjątkowym w świecie informatyki, bo niekorzystającym z klawiatury dostosowanej do własnego języka – w przeciwieństwie do Czechów, Chorwatów, Portugalczyków, Rosjan, Chińczyków czy Egipcjan.

Pech zasadniczy polegał na tym, że polski przemysł – konkretnie kilkanaście zrzeszonych w tym celu firm – nie był w stanie produkować seryjnie ani Mazovii, ani polskich klawiatur. – Brakowało nam odpowiedników niektórych amerykańskich podzespołów – tłumaczy Klimowicz. To opóźniło projekt, lecz go nie zatrzymało. – Przenieśliśmy produkcję do firmy polonijnej Ipaco, a części zamawialiśmy na Tajwanie. Komputery kupował Narodowy Bank Polski, przyjmując tym samym nasz sposób kodowania oraz układ klawiatury za standard.

Na oddziałach NBP oraz krótkim występie w filmie „Pan Kleks w kosmosie” w roli wyposażenia Centrum Dowodzenia Siłami Kosmicznymi zakończyła się jednak kariera polskiego IBM. Konkurencję – to ten drugi pech – Mazovia przegrała z rozpędzającym się właśnie tanim importem sprzętu informatycznego z Azji. Wraz z komputerami masowo sprowadzano klawiatury zgodne ze standardem amerykańskim QWERTY, a polskie znaki uzyskiwano za pomocą klawisza Alt. Przez jakiś czas twórcy polskiej klawiatury usiłowali utrzymać kompatybilność swojego wynalazku z zachodnim sprzętem, lecz ze względu na pęd technologiczny wymagało to ogromnego wysiłku. Wkrótce polskie litery znikły z blatów pracowni informatycznych.

Czy to źle? Moim zdaniem nie, osobiście jestem wrogiem osobnych układów klawiatury dla poszczególnych języków – mówi Szymon Sokół z Akademii Górniczo-Hutniczej, jeden z założycieli legendarnego już stowarzyszenia Polska Społeczność Internetu (PSI), które od 1993 r. wspierało rozwój polskiej sieci. – Próbował pan kiedyś korzystać np. z klawiatury francuskiej (AZERTY) albo niemieckiej (QWERTZ)? Ciężko się przestawić. Wprawdzie klawiatura programisty ponoć spowalnia pisanie bezwzrokowe, ale ja i tak nie piszę na tyle szybko, by to stanowiło istotną różnicę – dodaje Sokół. I przyklasną mu zapewne wszyscy, którzy jeździli na stypendia zagraniczne jeszcze przed epoką laptopów i w uczelnianych pracowniach czy kafejkach internetowych musieli korzystać z lokalnych klawiatur.

Dla dziewczyn i chłopców

Wspomnianym przez Sokoła terminem klawiatura programisty nazywa się układ QWERTY, dostosowany do języka polskiego. Projekt Mazovii bazował z kolei na tzw. klawiaturze maszynistki. Oba te określenia podpowiadają błąd, który w swoich założeniach mogli popełnić twórcy rodzimej klawiatury. Pamiętając o „dziewczynach”, zapomnieli o „chłopcach”. A ci ostatni, młodzi programiści, już w latach 80. zdążyli przyzwyczaić się do klawiatury amerykańskiej. I to oni mieli wytyczać szlaki rodzimej informatyki.

 

Nawet ci przyzwyczajeni do polskiej klawiatury bez kłopotu radzili sobie z zagranicznym standardem. – Na maszynach do pisania pracowałem jeszcze w latach 70. Ale potem, pod koniec kolejnej dekady, ta biegłość nie przeszkadzała mi codziennie przestawiać się z maszyn na komputery i z powrotem – mówi Rafał Maszkowski, inny z ojców założycieli PSI. W świecie informatyki polskie znaki nie były tak istotne – pozostawało tylko pilnować liter „z” oraz „y”, które importowane urządzenia zamieniały miejscami.

Dla mnie jako informatyka było naturalne, że klawiaturą domyślną jest standard amerykański i że na komputerze pisze się bez polskich liter – potwierdza Tomasz Kokowski z Politechniki Poznańskiej, w latach 90. najpierw wiceprezes, później prezes PSI. Według niego, zasadniczą wadą samej Mazovii była właśnie jej regionalizacja. Radykalnie ograniczała ona zasięg rynkowy komputera. Zresztą nawet w Polsce poza pewnymi kręgami – naukowców czy tych dziennikarzy, dla których Macintoshe firmy Apple były zbyt drogie – urządzenie nie wzbudziło szerszego zainteresowania.

Pionierzy nadwiślańskiego Internetu mieli zresztą na głowie większy problem związany z językiem ojczystym: różne systemy kodowania polskich znaków, czyli tabel, którymi posługuje się komputer podczas przenoszenia liter z klawiatury czy dokumentu na ekran. MS-DOS, Windows, Unix i Mazovia były ze sobą niekompatybilne, pojawiało się kilkanaście różnych rozwiązań. Konflikty pomiędzy nimi skutkowały chociażby słynnym „wykrzaczaniem” się stron www, tak częstym w pierwszej dekadzie polskiego Internetu. – Potem problem niejako sam się rozwiązał, bo przeglądarki zaczęły być inteligentniejsze – tłumaczy Kokowski. – A teraz mamy standard UniCode, dzięki któremu wszystkie strony, niezależnie od języka, wyświetlają się poprawnie – nawet arabskie czy chińskie.

Symfonia ze starego świata

Podczas gdy Jan Klimowicz faktyczny brak polskiej klawiatury nazywa hańbą, dla innych to błogosławione zaniedbanie. Pokoleniom informatyków uprościło pracę. A za sprawą postępującej globalizacji w rozmaitych jej aspektach – poczynając od masowej emigracji zarobkowej Polaków do Wielkiej Brytanii, a na sprowadzaniu tanich MacBooków z USA kończąc – ułatwiało też życie zwykłym użytkownikom. Spieranie się o ocenę tego status quo przypomina kłótnię, jaką z całym światem toczą zwolennicy tzw. klawiatury Dvoraka.

Profesor Uniwersytetu Waszyngtońskiego w Seattle August Dvorak już w 1936 r. ogłosił, że opatentowany ponad pół wieku wcześniej układ QWERTY jest reliktem poprzedniej epoki. Wszak wynaleziono go nie po to, by łatwiej i szybciej przenosić myśli na papier, lecz przeciwnie: miał spowolnić pisanie i zapobiec w ten sposób zakleszczaniu się ramion z czcionkami tuż nad taśmą z tuszem! Wszechobecna litera A trafiła więc pod mały palec lewej ręki. A najatrakcyjniejsze miejsca pod palcami wskazującymi otrzymały stosunkowo rzadko używane litery F oraz J. W rezultacie, średnio połowa ruchów palców kierowała się w stronę górnego rzędu klawiszy, a zaledwie 30 proc. trafiało w najwygodniejszy rząd środkowy. Ten sam palec nierzadko musiał też wystukiwać kolejne litery jednego słowa, przy zapisywaniu zaś innych popularnych terminów pracowała tylko jedna dłoń. QWERTY to rozwiązanie skrajnie nieefektywne. I właśnie o to chodziło.

Dvorak tej obrazy zdrowego rozsądku nie potrafił zdzierżyć. Przeczuwając być może nadejście ery komputerów, które na zawsze rozwiązały problem blokujących się klawiszy, przeprowadził staranne badania językowe nie tylko w zakresie mowy ojczystej, przestudiował anatomię dłoni, po czym zaproponował nowy układ klawiatury. Pod palcami lewej ręki umieścił wyłącznie samogłoski (a, o, e, u, i). A pod palcami prawej najczęściej spotykane spółgłoski (d, h, t, n, s). Dzięki temu dłonie pracowały na zmianę. I aż 70 proc. wszystkich uderzeń trafiało w środkowy rząd klawiszy.

Popularne wówczas wyścigi maszynopisania zaczęli wkrótce wygrywać zawodnicy wyposażeni w klawiatury Dvoraka, domagano się nawet ich dyskwalifikacji za „grę nie fair”. Nowe urządzenia były też wygodniejsze. W jednym z badań porównano pracę, jaką dłonie dwóch osób wykonują przy podobnym zadaniu, lecz nad różnymi klawiaturami. Palce tej pracującej na Dvoraku przebywały codziennie dystans średnio 1,5 km. W przypadku QWERTY było to aż 30 km. Zdaniem instruktorów, opanowanie klawiatury Dvoraka zajmuje uczniom średnio 20 minut wobec 45 minut w przypadku QWERTY.

Mimo obiektywnej przewagi patent profesora z Seattle nie przyjął się ani w jego ojczyźnie, ani gdziekolwiek indziej. Podobnie jak w przypadku Mazovii, zadecydowały o tym w dużej mierze okoliczności zewnętrzne. Gdy Dvorak wprowadzał na rynek swój wynalazek, Stany Zjednoczone pogrążone były jeszcze w wielkim kryzysie. Mało kto pozwalał sobie na eksperymenty i niekonieczne inwestycje. Gdy zaś rozpoczęła się II wojna światowa, wiele zakładów montujących maszyny do pisania – w tym te z klawiaturą Dvoraka – musiało przestawić się na produkcję broni i innego sprzętu wojskowego. Po zakończeniu wojny mało kto o wynalazku pamiętał.

 

„Szkoda marnować siły, próbując obdarować ludzkość czymś wartościowym. Ona zwyczajnie nie chce zmian!” – irytował się Dvorak, gdy jego projekt poniósł fiasko. Opinię profesora tylko potwierdzili konstruktorzy i popularyzatorzy pierwszych komputerów, którzy sprawili, że supernowoczesnym procesorom, pamięciom i ekranom wciąż towarzyszy poczciwa dziewiętnastowieczna QWERTY. Chociaż coraz rzadziej w postaci fizycznej.

Zwijane i wyświetlane

Dematerializacja klawiatury – efekt ekspansji urządzeń z ekranem dotykowym – może być wstępem do całkowitej z niej rezygnacji. – Dzisiaj karierę robią gesty. Począwszy od telefonów i tabletów, a kończąc na tablicach interaktywnych, które znakomicie przyjmują się na rozmaitych szczeblach edukacji – ocenia Tomasz Kokowski. – Mówienie rękami trafia do dzieci, do młodzieży, a jak pokazują nasze doświadczenia na Politechnice Poznańskiej – także do studentów. To zupełnie inna forma kontaktu z komputerem, która w jakiejś części może zastąpić klawiaturę, a przede wszystkim myszkę.

Tym bardziej że technologia rozpoznawania gestów wkracza właśnie w trzeci wymiar. Miłośnicy konsoli do gier już od dwóch lat oswajani są z urządzeniami rozpoznającymi ruch w przestrzeni, a nawet zachowanie gałek ocznych. Na rynek trafiają właśnie podobne urządzenia, dostosowane do pracy z grafiką czy dokumentami. I to w zupełnie niewygórowanych cenach rzędu kilkudziesięciu dolarów. Biura mogą się wkrótce zapełnić ludźmi wymachującymi rękoma, jak bohaterowie filmu „Raport mniejszości”.

Czy nasz głos będzie konkurencją czy uzupełnieniem dla gestów – to się dopiero okaże. Dekadę temu cieszyliśmy się, że telefon wykręca za nas numer, usłyszawszy imię przyjaciela lub przydomek szefa (kto pamięta reklamę z „idiotą”?). Obecnie aparaty iPhone wyposażane są w aplikację Siri, która odpowiada na proste pytania, np. o pogodę, kursy akcji czy położenie na mapie.

Bezdotykowe surfowanie po sieci także staje się faktem. Wyszukiwarka Google akceptuje zapytania głosowe w 35 językach (także po polsku). Ale czy kiedyś podyktujemy komputerowi służbowego maila? To także wydaje się nieodległą perspektywą. Na początku listopada Microsoft zaprezentował technologię, która nie tylko rozpoznaje mowę, ale również tłumaczy ją w czasie rzeczywistym na języki obce.

Wyeliminowanie konieczności machania palcami mogłoby znacznie zwiększyć nasze możliwości – przyznaje Rafał Maszkowski. Na razie jednak klawiatura walczy o przetrwanie i próbuje się dostosować do nowych warunków. Pojawiają się klawiatury zwijane i składane, przyczepiane (do wyświetlacza laptopa) i przyciągane (magnetycznie do tabletu). Gdy niektórzy użytkownicy urządzeń z ekranami dotykowymi zaczęli tęsknić za wypukłością tradycyjnych klawiszy i oporem, jakie stawiały przy pisaniu, kalifornijska firma Tactus opracowała rozwiązanie, dzięki któremu na ekranie „wyrastają” półokrągłe przyciski. Sekret? W chwili wywołania wirtualnej klawiatury specjalny płyn pompowany jest z brzegów urządzenia. Po jej wygaszeniu ekran odzyskuje gładkość.

Jest też rozwiązanie dla tych, którzy narzekają na niewielkie rozmiary klawiatury w smartfonach – tzw. klawiatura projekcyjna. To po prostu kieszonkowy projektor, który na dowolnej płaskiej powierzchni wyświetla pełnowymiarową klawiaturę i zdalnie przekazuje telefonowi informacje o ruchach palców. I ma jeszcze jedną zaletę: takiej klawiaturze niestraszne żadne ilości kawy.

Polityka 47.2012 (2884) z dnia 21.11.2012; Ludzie i style; s. 94
Oryginalny tytuł tekstu: "W krainie QWERTY"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Świat

Dyplomaci jak hostessy – tak działa polskie MSZ

PiS w zasadzie nie prowadzi polityki zagranicznej. Nie potrzebuje więc doświadczonych ambasadorów. Chyba że do roli hostess.

Grzegorz Rzeczkowski
09.10.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną