Nie tylko odra. Choroby zakaźne wciąż atakują

Mikroby wstają z grobu
Kiedy przestaną nas nękać choroby zakaźne? Droga do eliminacji wszystkich niebezpiecznych drobnoustrojów jest daleka. I bardzo kręta.
W Afryce groźny pasożyt wywołujący drakunkulozę czyha na człowieka w wodzie.
Karen Kasmauski/Corbis

W Afryce groźny pasożyt wywołujący drakunkulozę czyha na człowieka w wodzie.

Larwa pasożyta Dracunculus midinensis
Mae Melvin/CDC

Larwa pasożyta Dracunculus midinensis

30 lat starań. Tyle czasu minęło, odkąd założona przez byłego prezydenta Stanów Zjednoczonych Jimmiego Cartera organizacja non profit Carter Center połączyła swoje siły ze Światową Organizacją Zdrowia i doprowadziła do niemal całkowitej likwidacji jednej z masowych chorób. W Polsce mało kto zna jej nazwę. – Nie przypominam sobie nikogo, kto przywlókłby do naszego kraju to zakażenie – mówi dr Wacław Nahorski, krajowy konsultant w dziedzinie medycyny morskiej i tropikalnej. Chodzi bowiem o drakunkulozę wywoływaną przez pasożyta Dracunculus midinensis, którą można się zarazić, pijąc wodę zanieczyszczoną malutkimi skorupiakami, oczlikami, przenoszącymi larwy tego robaka.

Z polskiej perspektywy trudno w to uwierzyć, ale jeszcze w 1986 r. drakunkulozą było zainfekowanych 3,5 mln ludzi na świecie (niektórzy szacowali ich liczbę nawet na 10 mln)! Ale pod koniec stycznia tego roku doliczono się już tylko 126 chorych w czterech krajach: 70 w Sudanie Południowym, 40 w Mali, 13 w Czadzie i 3 w Etiopii. Eksperci WHO mają więc powód do satysfakcji – są na najlepszej drodze do ostatecznej eliminacji drakunkulozy z kuli ziemskiej. W historii medycyny udało się to na razie tylko raz, kiedy w 1979 r. wyeliminowano ospę prawdziwą. Inne plagi nie dają tak łatwo za wygraną. Czy kiedykolwiek uda się je pokonać?

Z drakunkulozą poszło łatwo, choć i tak intensywna walka trwała co najmniej trzy dekady i kosztowała ok. 400 mln dol. To jednak niewiele, bo też nie były potrzebne leki, szczepionki ani szczególna dieta. Wystarczyła edukacja mieszkańców zagrożonych regionów i działania profilaktyczne. W Indiach i w Afryce Równikowej to jednak nie lada wyzwanie, bo niskie standardy higieniczne oraz utrwalone kulturowo zwyczaje bardzo trudno zmienić, mimo że mogą sprowadzać na tubylców śmiertelne zagrożenie. Ubiegłoroczna epidemia eboli właśnie dlatego wymknęła się spod kontroli, że miejscowa ludność, nie zważając na drogi szerzenia infekcji, toczyła ze sobą wojny plemienne albo nie zaprzestała obrządków przy zakażonych zmarłych mimo przestróg lekarzy.

W przypadku drakunkulozy wszystkiemu winna jest woda ze zbiorników, w których obecne są skorupiaki oczliki. Przedostają się do nich larwy pasożyta – nitkowca podskórnego, zwanego inaczej robakiem gwinejskim. Po wypiciu przez człowieka wody z oczlikami larwy przebijają ścianę żołądka i jelit, dojrzewając w dorosłe osobniki. Samce wielkości 1–4 cm szybko giną, ale z samicami problem jest ogromny. Osiągają długość przekraczającą metr i lokalizują się pod skórą ludzkiego żywiciela. Nieprzypadkowo ich ulubionym miejscem są nogi – jest to bowiem część ciała, która u ludzi nienoszących skarpet ani butów styka się często z wodą, a tylko w taki sposób samicom nitkowca udaje się uwolnić larwy do środowiska, w którym napotykają oczliki i mogą rozpocząć kolejny cykl życiowy. Przednia część robaka przebija więc skórę w okolicy łydki, wytwarzając pęcherzyk, który pęka w wodzie, co wywołuje miejscowe owrzodzenie. Otwarta rana doprowadza do ropowicy, wtórnych zakażeń i niejednokrotnie kalectwa.

Najskuteczniejszą metodą leczenia jest usuwanie pasożyta spod skóry w całości przez otwór, który sam przebił. Zabieg wymaga wprawy i trwa nieraz kilka tygodni, ponieważ robaka nawija się na patyczek po kilka centymetrów dziennie i przytwierdza do chorej nogi. Niewykluczone, że obecny w godle Eskulapa wąż owinięty wokół kielicha to tak naprawdę nitkowiec Dracunculus, gdyż nawet w mumiach egipskich znajdowano ślady tej choroby – była utrapieniem w Chinach, Indiach, na Bliskim Wschodzie i w Afryce Środkowej, gdzie dziś nadchodzi jej kres.

Strategia ostatecznego pokonania pasożyta wydawała się prosta: trzeba oduczyć ludzi picia zakażonej wody lub wyposażyć ich w filtry, które nie przepuszczałyby oczlików. Stawiając tamę przed wniknięciem larw do organizmu człowieka, można zahamować ich cykl rozwojowy i doprowadzić do wyginięcia.

Koczowniczy tryb życia plemion narażonych w Afryce na drakunkulozę wymagał jednak nietuzinkowych rozwiązań – duże instalacje nie zdałyby egzaminu, kiedy ludzie przemieszczają się z miejsca na miejsce i korzystają z wody w przypadkowych sadzawkach. Dlatego wyposażono ich w plastikowe rurki wielkości cygara, z umieszczonymi w środku stalowymi filtrami, przez które mogą pić wodę jak przez słomkę lub zbierać ją do noszonych na plecach pojemników. A za każde zgłoszenie nowego przypadku choroby zaoferowano nagrodę 100 dol. (równowartość kilkumiesięcznego wynagrodzenia za pracę), co pozwalało monitorować sytuację i odcinać źródła zakażenia od kontaktu z wodą w nowym miejscu.

Zostaje malaria

Pokonanie drakunkulozy to niewątpliwe zwycięstwo człowieka nad patogenami, choć obrazuje równocześnie naszą słabość. Na likwidację wciąż czekają choroby o dużo większym zasięgu (jak na przykład malaria, na którą w 2013 r. zachorowało na świecie 198 mln ludzi, a ponad pół miliona zmarło) lub takie jak polio (zwane również chorobą Heinego-Medina), które po wprowadzeniu masowych szczepień niemal wyeliminowano, jednak do dziś nie udało się to do końca.

Kiedy w 1988 r. Światowa Organizacja Zdrowia podjęła rezolucję o globalnej likwidacji poliomyelitis, zapadało na nią 350 tys. osób rocznie. Po 25 latach doliczono się już tylko 416 przypadków, ale to wciąż zbyt wiele, by uznać zarazek za pokonany. Zresztą miało się to stać już w 2000 r. i obietnicy nie dotrzymano. Nie pierwszy raz zresztą. 12 kwietnia 1955 r. również ogłoszono zwycięstwo. Jak wspominał w książce „Wirusy, plagi i dzieje ludzkości” Michael Oldstone, amerykański profesor immunologii ze Scripps Research Institute: „Rozdzwoniły się dzwony kościołów w całej Ameryce. Po raz pierwszy od zakończenia drugiej wojny światowej poczuliśmy się tak sobie bliscy i zjednoczeni w walce o osiągnięcie jednego celu. Celem tym było zwycięstwo nad chorobą Heinego-Medina”.

Powodem tej radości była pierwsza szczepionka mająca skutecznie zapobiegać paraliżowi, która po 40 latach poszukiwań pojawiła się na rynku. Lecz radość była przedwczesna, gdyż obiecujący preparat Jonasa Salka nie tylko przyczynił się do kilkunastu zgonów, ale okazał się też niezupełnie trwały.

Co prawda po 50 latach ostatecznie udało się dzięki szczepieniom wyplenić wirusa polio w regionie Pacyfiku oraz w obu Amerykach i Europie, jednak w trzech krajach – Afganistanie, Nigerii i Pakistanie – wciąż tlą się ogniska choroby i co gorsza nic nie wskazuje, że łatwo się będzie ich pozbyć. – To nie kwestia kosztów, bo cena doustnej szczepionki wynosi w tym wypadku zaledwie 11 centów – mówi prof. Mirosław J. Wysocki, dyrektor Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego PZH. – Problemem jest sprzeciw lokalnych grup islamistów, by szczepić dzieci, co wynika z zakazów religijnych.

Zupełnie z innego powodu świat nie potrafi się uporać z malarią. Szczepionki nie ma (choć kandydatek w minionej dekadzie było kilka, żadna nie okazała się wystarczająco skuteczna), więc strategia jest dwutorowa: tępi się komary przenoszące zarodźca malarycznego lub podaje ludziom na zagrożonych obszarach leki profilaktyczne. Istnieje jeszcze trzecia taktyka, najbardziej wyrafinowana: modyfikacja w laboratoriach materiału genetycznego owadów, by podczas ukąszenia nie były zdolne zarażać lub by ich populację ograniczyć do bezpłodnych samców, licząc na to, że w końcu wyginie. Mimo to prof. Wysocki jest sceptykiem: – Nie wierzę, aby kiedykolwiek udało się zlikwidować tę chorobę bez uodporniających szczepień.

Za pomocą samych leków można zdziałać wiele – co pokazuje przykład AIDS, który mimo wieloletnich nieudanych prób wynalezienia szczepionek traci w wielu krajach impet za sprawą profilaktyki i leczenia – ale to jednak nie to samo co eradykacja, czyli zupełne wykorzenienie choroby. Następuje wtedy całkowity zanik zachorowań i nie stwierdza się zarazka u ludzi ani w środowisku. Tymczasem HIV jak na razie świetnie sobie radzi. Nawet jeśli wirus nie zabija ani nie wywołuje objawów infekcji, pozostaje przyczajony w ukryciu. Nie potrafimy go unicestwić, tak jak stało się z wirusem ospy prawdziwej. W 1980 r. można było usunąć tę chorobę z polskiego kalendarza szczepień, bo po prostu przestała zagrażać. Jedyne próbki wirusów przechowują dziś oficjalnie dwa laboratoria: w Atlancie i Nowosybirsku (nie mogąc wspólnie z WHO dojść do porozumienia, kiedy je zniszczyć).

Według prof. Włodzimierza Guta z Zakładu Wirusologii Narodowego Instytutu Zdrowia PZH z ospą prawdziwą ludzkość uporała się skutecznie, bo sam wirus – w porównaniu na przykład z polio – był łatwiejszy do wyeliminowania. – I ze względu na strach przed okrutną chorobą mobilizacja była olbrzymia. Wszyscy się ospy bali, bo wiedzieli, jakie przynosi męczarnie – wspomina profesor. Nawet w regionach, gdzie trwały wojny, żołnierze posłusznie ustawiali się w kolejkach, by przyjąć szczepionkę, po czym znów chwytali za broń. – O żelaznych płucach [specjalnych urządzeniach umożliwiających oddychanie – red.], w które wkładani byli chorzy na poliomyelitis, dziś mało kto już pamięta. A szkoda, bo nie pojawiałyby się wtedy bzdurne pytania, po co szczepić – mówi cierpko prof. Gut.

Uśpiona czujność

Aby szczepionka profilaktyczna mogła rzeczywiście spełnić swoją funkcję, musi ją przyjąć co najmniej 80–90 proc. populacji. W przeciwnym wypadku zarazki nadal krążą. Nie zawsze więc wystarczy zaangażować się w badania, by uzyskać spodziewane rezultaty. Trzeba jeszcze trafić ze skutecznym preparatem do ludzi, a doniesienia z frontu walki z polio pokazują, że nawet w XXI w. może to być trudne.

O wielu przerażających chorobach Europa zdążyła zapomnieć. Ale wystarczy się przenieść na inne kontynenty, by w Ameryce Południowej, Indiach lub Afryce zobaczyć ofiary trądu (233 tys. oficjalnie zgłoszonych przypadków w 2013 r., z którego pochodzą ostatnie dane WHO), dżumy (783 przypadki) lub cholery (3–5 mln zachorowań).

Złota era szczepień, jaką przeżywaliśmy w ubiegłym stuleciu, oraz rozkwit antybiotyków uśpiły czujność ekspertów, którzy zaczęli lekceważyć choroby zakaźne. Katastrofalne epidemie AIDS, SARS, H5N1 zmieniły to nastawienie. A ma być gorzej! Coraz więcej zarazków chorobotwórczych obiera tę samą drogę co HIV, grypa, SARS, MERS (Middle East Respiratory Syndrom) lub ostatnio ebola – przeskakują ze zwierząt na człowieka, nic sobie nie robiąc z barier międzygatunkowych. W organizmach ptaków i ssaków podróżują jak pasażerowie na gapę, a jeśli warunki są sprzyjające, łatwo infekują ludzi. Zwłaszcza wirusy są mistrzami takich mutacji, ale i wśród bakterii i pasożytów nie brakuje tych potrafiących się idealnie adaptować w nowym środowisku. Nie ma wątpliwości, że choroby zakaźne są znowu w natarciu, a wywołujące je mikroby – które już dawno miały wyginąć – bardzo korzystają na globalizacji.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną