Nauka

Napraw czajnik i świat

Ekologia przed ekonomią?

W konwencjonalnym modelu gospodarki ochrona środowiska traktowana była jak „dobro luksusowe”, na które stać tylko bogatych. W konwencjonalnym modelu gospodarki ochrona środowiska traktowana była jak „dobro luksusowe”, na które stać tylko bogatych. Aleksandr Khakimullin/Alamy Stock Photo / BEW
Musimy odejść od gospodarki opartej na schemacie „kup, skonsumuj, wyrzuć”. Rodzi się coraz więcej pomysłów, jak dokonać takiej transformacji i jeszcze na tym zarobić.
Czas wreszcie, byśmy z właścicieli wielu produktów stali się ich użytkownikami.Andrey Popov/PantherMedia Czas wreszcie, byśmy z właścicieli wielu produktów stali się ich użytkownikami.

Artykuł w wersji audio

Kiedy w 2009 r. holenderska dziennikarka Martine Postma uruchamiała w Amsterdamie swój maleńki lokal, w którym poza wypiciem kawy można było sobie naprawić zepsuty czajnik, parasol albo odbiornik radiowy, marzenia miała skromne. Chciała po prostu stworzyć miejsce, w którym rzeczy skazane na wyrzucenie zyskiwałyby drugie życie. Wcześniej napisała książkę o tym, jak społeczeństwa zachodnie stały się największymi na globie producentami śmieci.

Po wydaniu książki Postma uznała, że naprawianie świata najlepiej zacząć od siebie. Jej lokalik – nazwała go Repair Café – miał działać wedle zasady „napraw sobie sam”. Spotykać się tu mieli ci, którzy chcą sobie zreperować zepsutą rzecz, z tymi, którzy wiedzą, jak się zabrać do rzeczy, i pomogą na ochotnika. Kto akurat nie miał niczego do zreperowania, też mógł wpaść, napić się kawy, popatrzeć, jak z naprawą radzą sobie inni, może samemu coś doradzić. Kiedy okazało się, że Repair Café w Amsterdamie stała się popularnym miejscem, Postma pomyślała, że fajnie byłoby uruchomić po jednym takim lokalu w każdej z 12 holenderskich prowincji. To był krok, który uruchomił lawinę.

Dziś na świecie działa ponad tysiąc takich reperowni, a ruch Repair Café dotarł do blisko 30 krajów. Według publikacji, którą wydano z okazji siódmej rocznicy powstania pierwszego lokalu, od wyrzucenia na śmietnik uratowano blisko pół miliona przedmiotów. – To nasz skromny na razie udział w rewolucyjnych zmianach, które nadchodzą, a których celem jest zastąpienie tradycyjnej gospodarki działającej wedle schematu „kup, skonsumuj, wyrzuć” innym modelem, w którym odpadów praktycznie nie będzie, bo albo zostaną ponownie wykorzystane, albo też przetworzone. Doszliśmy do ściany i w XXI w. to już nie przejdzie. Teraz to troska o środowisko stanie się kluczem do rozwoju – przekonuje Postma.

Zamykamy obieg

Pogląd, że ekologia może stać się koniem pociągowym rozwoju gospodarczego, był długo zarezerwowany dla bujających w obłokach naukowców i zdziwaczałych wizjonerów. W konwencjonalnym modelu gospodarki ochrona środowiska traktowana była jak „dobro luksusowe”, na które stać tylko bogatych. Pionierzy patrzyli jednak dalej. W eseju sprzed pół wieku zatytułowanym „The Economics of the Coming Spaceship Earth” Ken Boulding pisał z dezaprobatą o „ekonomii kowboja” nastawionej wyłącznie na produkowanie, konsumowanie i wyrzucanie dóbr wytwarzanych z surowców, których zasoby miały się nigdy nie skończyć. Jako alternatywę proponował przyjęcie punktu widzenia astronauty odbywającego długą podróż kosmiczną, którego przetrwanie zależy od efektywnego zarządzania ograniczonymi zasobami, w tym od zdolności do efektywnego i pomysłowego przetwarzania odpadów na nowe produkty.

Boulding znalazł następców. Na początku lat 80. XX w. Walter Stahel i Genevieve Reday przedstawili nowatorską koncepcję gospodarki o zamkniętym obiegu (ang. circular economy), która opierałaby się na wydłużaniu czasu życia dóbr materialnych poprzez ich wielokrotne wykorzystywanie, naprawianie i przerabianie. „Dałoby to wiele miejsc pracy, ograniczyło strumień odpadów i pozwoliło oszczędniej pozyskiwać surowce” – pisali w raporcie dla Komisji Europejskiej. Dwie dekady później ideę podchwycili Michael Braungart i William McDonough, którzy w opublikowanej w 2002 r. książce „Cradle to Cradle: Remaking the Way We Make Things” przedstawili własny model wielokrotnego obiegu dóbr przemysłowych, którym można zapewnić drugie, trzecie i czwarte życie, pod warunkiem że je wcześniej tak zaprojektujemy, aby z każdą taką pętlą stawały się lepsze technologicznie i dzięki temu zyskiwały na wartości, zamiast tracić.

Koncepcja gospodarki o zamkniętym obiegu jest dziś traktowana jako jeden z fundamentów idei zrównoważonego rozwoju w XXI w. Ruch Repair Café, jak zresztą cały fixer movement (inne przykładowe inicjatywy to iFixit, Restart Project czy London Bike Kitchen), chętnie się do tej idei odwołuje. Czynią to także coraz liczniejsze firmy i organizacje. O konieczności „zamykania obiegu” mówi Komisja Europejska, która przyjęła specjalny pakiet działań dotyczących ponownego wykorzystania i recyklingu produktów, przeznaczając na niego 5,5 mld euro. Kolejne 650 mln euro ma trafić do naukowców przetwarzających filozofię circular economy na konkretne innowacyjne produkty, systemy i usługi. Braungart i McDonough założyli Cradle to Cradle Products Innovation Institute, wspierający badania nad wynalazkami, które – jak tłumaczą – „nie są neutralne dla biosfery, bo to za mało radykalny postulat, ale korzystne dla niej”. Podobne programy są realizowane w Chinach i Korei Południowej.

Ideę mocno promuje Program Środowiskowy Narodów Zjednoczonych (UNEP). Już w 2008 r. organizacja ta uruchomiła program Green Economy Initiative mający łączyć wodę z ogniem, czyli wspierać proekologiczne inwestycje biznesu jako sposób na zwiększenie zatrudnienia i dochodów ludzi. Jesienią zeszłego roku w Warszawie podczas konferencji zorganizowanej przez Centrum UNEP/GRID-Warszawa przedstawiono nowy raport UNEP poświęcony stanowi środowiska w Europie. Autorzy publikacji jednoznacznie wskazali circular economy jako model wzorcowy dla kontynentu. Postulowali też „skokową transformację obecnych systemów produkcji i konsumpcji”, które Braungart określa jako „perfekcyjnie błędne” i dlatego tak trudne do zmiany. – Jeśli przez dekady idziemy w złą stronę i robimy to coraz sprawniej, to zmiana kierunku staje się prawie niemożliwa, skoro na pozór tak świetnie nam idzie – zauważa.

Pieniądze, ach pieniądze

W UNEP, ale i poza tą organizacją, narasta przekonanie, że owa „skokowa transformacja” może się dokonać głównie dzięki prywatnemu kapitałowi. Podczas ostatniego szczytu G20, który odbył się w Hangzhou w Chinach we wrześniu 2016 r., karierę robił termin „zielone finanse” (ang. green finance). Gospodarze promowali tam docelową wizję swojej ojczyzny jako „cywilizacji ekologicznej”. Brzmiało to dość niezwykle w ustach oficjeli z kraju, który zapłacił gigantyczną cenę środowiskową za rozwój ekonomiczny. Chiny stały się drugą gospodarką świata, ale zarazem zdewastowały wiele swoich ekosystemów i krajobrazów, zanieczyściły powietrze i wodę, zużyły sporą część surowców. W końcu zorientowano się tam, że ekologiczny rachunek za tę eksplozję gospodarki może być olbrzymi. Zaczęto zmieniać priorytety, zastanawiając się, jak pogodzić wzrost ekonomiczny z czystą wodą, glebą i powietrzem. Tak narodziła się koncepcja „cywilizacji ekologicznej”, w której zbudowaniu kluczową rolę mają odegrać instrumenty finansowe zachęcające kapitał do wspierania tych systemów produkcji, które doprowadzą do poprawy, a nie pogarszania, stanu środowiska.

Rok temu Chiny zgłosiły się do UNEP z pomysłem stworzenia wspólnej grupy roboczej, która na szczyt G20 przygotowałaby raport na temat „zielonych finansów”. Tak powstała G20 Green Finance Study Group, w skład której weszli byli i obecni prezesi lub wiceprezesi czołowych banków świata i międzynarodowych instytucji finansowych. Elita światowej finansjery miała się zastanowić, jak namówić kapitał prywatny do inwestowania w gospodarkę przyjazną dla środowiska, a zniechęcić go do wykładania pieniędzy na inwestycje ekologicznie szkodliwe lub ryzykowne. W Hangzhou raport przedstawił Mark Carney, prezes Bank of England. Trochę straszył, ale głównie kusił kolegów z branży finansowej: „Negatywne dla środowiska konsekwencje aktywności człowieka w końcu osłabią gospodarkę, zahamują wzrost i zagrożą stabilności finansowej. Biorąc pod uwagę, jak olbrzymiego kapitału potrzebujemy do przestawienia gospodarki światowej na niskowęglową i zrównoważoną, byłoby najlepiej, aby to właśnie rynki kapitałowe sfinansowały tę transformację”.

Dlaczego udział rynków uznano za tak ważny? Z banalnego powodu: publiczne fundusze, głównie rządowe i samorządowe, są zbyt skromne i nie wystarczą do wsparcia szybkiego rozwoju zielonej gospodarki. Szacuje się, że na ten cel potrzeba rocznie w skali globu 5–7 bln dol. W ciągu dekady oznacza to konieczność znalezienia kilkudziesięciu bilionów dolarów. Taki potencjał ma tylko kapitał prywatny. Kłopot w tym, że obecnie przeznacza na inwestycje ekologiczne mniej niż 1 proc. swoich zasobów, szacowanych łącznie na ponad 300 bln dol. Marne grosze, można powiedzieć.

Chińczycy zapukali do UNEP nieprzypadkowo. Szefowie tej organizacji środowiskowej już dwa lata temu zatrudnili grupę ekonomistów, którzy wraz z przedsiębiorcami i bankowcami główkują nad tym, jak ów 1 proc. zwiększyć do przynajmniej 10 proc. Grupę nazwano UNEP Inquiry, a w jej pierwszej ekspertyzie znalazło się kilkadziesiąt pomysłów, jak tworzyć „zielone” instytucje inwestycyjne, „zielone” rynki kapitałowe oraz „zieloną” infrastrukturę finansową i prawną. W ślad za tą ekspertyzą własne strategie przedstawiły niektóre kraje. Jednymi z pierwszych byli Brytyjczycy, którzy oczywiście uważają, że to ich stolica powinna stać się globalnym hubem w tej dziedzinie. W swoim raporcie podali liczne przykłady przyszłościowych sektorów zielonej gospodarki, choćby technologie energooszczędne (same tylko Chiny oszacowały swój rynek na 110 mld dol. rocznie) czy równie zyskowną branżę systemów oraz urządzeń do oczyszczania wody. Wedle innej ekspertyzy, przygotowanej przez Fundację Ellen MacArthur (założoną przez słynną brytyjską żeglarkę, która stała się promotorką circular economy) oraz firmę doradczą McKinsey, na innowacjach technologicznych związanych z wprowadzaniem gospodarki o obiegu zamkniętym do zarobienia jest około biliona dolarów.

Świat bez właścicieli

Kiedy Martine Postma uruchamiała swoją pierwszą Repair Café, nie miała globalnych ambicji. Ale rok później była już szefową fundacji pomagającej w zakładaniu podobnych lokali na całym świecie. Ruch docierał do odległych zakątków globu, zarazem nie tracąc waloru lokalności. Innowacja społeczna, która wykiełkowała w gronie kilku osób, zaczęła zmieniać świadomość społeczną. Dziś Postma namawia holenderskie organizacje konsumenckie, aby w swoich rankingach produktów uwzględniły także takie kryterium, jak łatwość ich naprawienia. Uważa też, że nadszedł czas, byśmy z właścicieli wielu produktów stali się ich użytkownikami. – Producenci wypożyczaliby je nam na długi czas, serwisowali, a gdyby się zużyły, zabierali do przetworzenia. Wtedy mniej interesowałyby ich słupki sprzedaży, a bardziej wydłużenie czasu życia produktu – mówi.

Ciekawe, że to samo powtarza od paru lat Walter Stahel. Oszacował, że odejście od kupowania na rzecz wypożyczania, użyczania lub leasingowania – model ten nazwał „gospodarką wydajnościową” (ang. performance economy) – doprowadziłoby do ograniczenia o 80 proc. zużycia surowców oraz produkcji odpadów. – Za to przybyłoby miejsc pracy związanych z naprawianiem, ulepszaniem i przerabianiem wszystkich tych gadżetów, które konsumujemy bez umiaru. O ich los martwiłby się producent – mówi.

Koncept ten może przypaść do gustu szczególnie młodszym generacjom, dla których coraz częściej liczy się swobodny dostęp do rzeczy, a coraz mniej – ich kupowanie. Stąd między innymi rosnąca popularność inicjatyw typu car share. – Ekonomia współpracy, której podstawą jest nie posiadanie, ale udostępnianie, to przyszłość globu zamieszkanego przez kilkanaście miliardów ludzi. Dzięki niej ludzkość może osiągnąć wysoki poziom dobrobytu materialnego i jednocześnie zredukować radykalnie presję na środowisko – uważa Stahel.

Polityka 4.2017 (3095) z dnia 24.01.2017; Nauka; s. 68
Oryginalny tytuł tekstu: "Napraw czajnik i świat"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Kultura

Zapomniana historia Mietka Kosza

Film Macieja Pieprzycy „Ikar. Legenda Mietka Kosza” z brawurową rolą Dawida Ogrodnika przypomina wielką postać tytułowego niewidomego pianisty. To powód, by raz jeszcze zastanowić się nad wciąż nośnym mitem artysty straceńca.

Mirosław Pęczak
19.10.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną