Nauka

Donalda Trumpa niebezpieczna wojna z klimatem

Skutki zwiększonej emisji gazów cieplarnianych odczuwać będą nie tylko Amerykanie, lecz cały świat. Skutki zwiększonej emisji gazów cieplarnianych odczuwać będą nie tylko Amerykanie, lecz cały świat. Mark Dixon / Flickr CC by 2.0
Nowe regulacje dotyczące emisji z elektrowni są odpowiednikiem jednostronnego odpalenia broni masowej zagłady. Wszak skutki zwiększonej emisji gazów cieplarnianych odczuwać będą nie tylko Amerykanie, lecz cały świat.

Donald Trump uczynił, jak zapowiadał – EPA (Agencja Ochrony Środowiska) ogłosiła we wtorek 21 sierpnia propozycję dokumentu Affordable Clean Energy, nowych regulacji dotyczących kontroli emisji z elektrowni, które de facto znoszą ostre prośrodowiskowe normy wprowadzone w czasach prezydentury Baracka Obamy pod nazwą Clean Power Plan.

Czytaj także: Naomi Klein o tym, jak uratować świat przed katastrofą

Tragiczne skutki zmian Trumpa w sprawie klimatu

Elektrownie konwencjonalne będą mogły w zasadzie bezkarnie spalać węgiel, wypuszczając w powietrze nie tylko dwutlenek węgla, ale także substancje toksyczne, co oznacza nawet większy regres niż jedynie powrót do czasów sprzed Clean Power Plan.

EPA w oświadczeniu prasowym deklaruje, że będzie inaczej, bo efektywnej kontroli emisji zarówno gazów cieplarnianych, jak i substancji toksycznych posłużą inne, już obowiązujące lub wprowadzane na poziomie stanowym regulacje. Tyle że w ocenie technicznej skutków nowych regulacji eksperci wskazują cenę zmian – 1400 osób rocznie będzie umierać przedwcześnie na skutek zwiększenia stężenia w powietrzu pyłów drobnych, o kilkanaście tysięcy rocznie wzrośnie liczba zachorowań na choroby układu oddechowego, efektem będą także dziesiątki tysięcy dni absencji szkolnej dzieci narażonych na zachorowania.

Trump wycofał USA z porozumienia paryskiego

To koszty najbardziej odczuwalne, bo analiza najmniej uwagi zwraca na główny powód regulacji spalania węgla – ochronę klimatu, by sprostać ustaleniom porozumienia paryskiego przyjętego podczas szczytu klimatycznego w Paryżu w 2015 r. Donald Trump stwierdził, że porozumienie jest dla Stanów Zjednoczonych niekorzystne i zapowiedział wycofanie się zeń USA.

Decyzje Donalda Trumpa i jego administracji mają znaczenie praktyczne i polityczne. Stany Zjednoczone są ciągle obok Chin największym emitentem gazów cieplarnianych, więc każda ich decyzja w tym zakresie jest istotna z punktu widzenia procesu globalnej redukcji emisji. A, przypomnijmy, porozumienie paryskie zakłada, że optymalnym poziomem stabilizacji wzrostu temperatury atmosfery jest 1,5 st. C ponad średnią z okresu przedprzemysłowego. Tyle że ten pułap jest już praktycznie nieosiągalny, jeśli zliczyć wszystkie rozpoczęte inwestycje w budowę elektrowni węglowych i spalających węglowodory. Ba, jeśli zsumować deklaracje redukcji emisji gazów cieplarnianych złożone przez państwa-strony Konwencji Klimatycznej ONZ, to brakuje ponad połowy, by osiągnąć stabilizację na poziomie 2 st. C, uznaną w porozumieniu paryskim za nieprzekraczalną granicę.

Zmierzch hegemonii Zachodu

Wycofanie się Stanów Zjednoczonych z ustaleń porozumienia i procesu klimatycznego nie tylko jednak znakomicie utrudnia osiągnięcie celów redukcyjnych. Konwencja Klimatyczna ONZ w ciągu ćwierćwiecza swojego istnienia przekształciła się z forum branżowego w platformę kluczowych ustaleń geopolitycznych. Ten wymiar procesu klimatycznego ujawnił szczyt w Kopenhadze w 2009 r. Obrady zakończyły się katastrofą, bo państwa Globalnego Południa postanowiły zademonstrować, że skończył się czas narzucania rozwiązań przez Globalną Północ. O sześć lat późniejsze porozumienie paryskie uwzględnia już ten nowy rozkład sił i zmierzch globalnej hegemonii Zachodu. Dlatego zostało skonstruowane nie w oparciu o zasadę dominacji, tylko współzależności, której wyrazem jest dobrowolność podejmowanych zobowiązań.

Obserwatorzy procesu klimatycznego w tym właśnie aspekcie porozumienia dostrzegają jego wadę, bo nie prowadzi ono do odpowiednio ambitnych deklaracji. Tylko że jest to uwaga słuszna, jeśli analizować porozumienie z punktu widzenia technicznego. Jeśli uznać jego geopolityczny wymiar, to wówczas celem głównym jest zapewnienie platformy politycznej umożliwiającej pokojowe współistnienie państw. Bo tylko w warunkach pokoju można rzeczywiście koncentrować się na lokalnych, konkretnych działaniach na rzecz ochrony klimatu.

Czytaj także: Jak karać sprawców pogodowych kataklizmów

O co chodzi Trumpowi

Donald Trump podważa te nowe zasady geopolityki, które mają stworzyć ramy dla pokojowego współzarządzania światem w epoce antropocenu, czyli epoce, w której człowiek stał się głównym czynnikiem kształtującym los Ziemi. A decyzje takie jak wprowadzenie Affordable Clean Energy Rule są odpowiednikiem jednostronnego odpalenia broni masowej zagłady (wszak skutki zwiększonej emisji gazów cieplarnianych odczuwać będą nie tylko Amerykanie, lecz cały świat).

O co zatem chodzi Donaldowi Trumpowi? Najciekawszą, ale też najdalej idącą interpretację proponuje francuski socjolog i filozof Bruno Latour w książce-manifeście „Où atterrir?” (Gdzie wylądować?). Polityka Donalda Trumpa jest dla niego kwintesencją i jednocześnie momentem kulminacyjnym Nowego Reżimu Klimatycznego. Reżim ów narodził się na przełomie lat 70. i 80. XX stulecia wraz z narodzinami neoliberalizmu jako dominującej ideologii społeczno-gospodarczej. Polega on na uznaniu, że Ziemi i tak nie wystarczy dla wszystkich, nie ma więc sensu utrzymywanie iluzji solidarności wewnątrz społeczeństw i między społeczeństwami. Możemy się jedynie troszczyć o siebie, a to „siebie” zawęża się do coraz mniejszej grupy dysponentów kapitału. Oczywiście, interpretacja Latoura ma posmak teorii spiskowej, odpowiada jednak na najbardziej zdumiewający aspekt Affordable Clean Energy Rule – propozycja regulacji jest przedstawiana z pełną świadomością, że nowe normy będą zabijać. Nie wszystkich, skutki zanieczyszczenia powietrza nie rozkładają się równo.

Z interpretacją Latoura można się nie zgadzać, ale nie sposób nie uznać, że antyśrodowiskowa polityka Donalda Trumpa służy nie tyle Stanom Zjednoczonym, ile interesom amerykańskich grup kapitałowych kosztem nie tylko przyszłości świata, ale także życia i zdrowia wielu Amerykanów. Agencja Bloomberga w swoim komentarzu wskazuje jednak, że nie wszystko jest stracone, twierdząc, że Affordable Clan Energy Rule nigdy nie wejdzie w życie – ze względów formalno-prawnych i gospodarczych. Inaczej rzecz ujmując, źródłem polityki w Stanach Zjednoczonych jest nie tylko prezydent ze swym rządem i administracją, lecz także poszczególne stany i grupy interesu. Coraz więcej z nich swą przyszłość widzi jak najdalej od węgla.

Czytaj także: Czy wystarczy dla nas Ziemi?

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Wypadki kolarzy

Zawodowym peletonem raz po raz wstrząsają wiadomości o ciężkich wypadkach kolarzy. To tylko kumulacja pecha czy coś więcej?

Marcin Piątek
20.08.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną