Zakręty postępu
„Żyjemy na starych wynalazkach”. Wszystko, co naprawdę zmieniło świat, powstało przed 1940 r.
TOMASZ TARGAŃSKI: – Skąd się biorą innowacje? Z czystej konieczności czy też stoi za nimi nasz wrodzony pęd ku postępowi?
VÁCLAV SMIL: – Obawiam się, że romantyczny wizerunek szlachetnego wynalazcy albo domorosłego innowatora jest od dawna nieaktualny. Innowacje dziś to drogi, wyspecjalizowany przemysł. Jego siłą napędową są kosztowne badania, prowadzone i finansowane przez biznes bądź państwo, często za pośrednictwem uniwersytetów.
Cała otaczająca nas kultura oraz media przekonują, że żyjemy w czasach nieposkromionej wynalazczości i postępu. Pan uważa inaczej.
Wyobraźmy sobie, że żyjemy w świecie bez elektryczności, żarówek, silników, samochodów, cementu, nawozów azotowych czy antybiotyków. Wszystko, co stanowi tworzywo oraz napęd otaczającej nas cywilizacji, powstało w okresie między 1860 a 1940 r., który śmiało można nazwać złotą erą wynalazczości. Bez tego tkwilibyśmy na poziomie cywilizacyjnym z końca epoki napoleońskiej – jeżdżąc dorożkami, pływając żaglowcami i umierając na suchoty. A teraz proszę wyobrazić sobie życie bez internetu i smartfonów, czyli dokonań ostatnich 30 lat. Która epoka była bardziej innowacyjna i miała większy wpływ na poziom życia? Umyślnie spłycam cały problem, żeby uwydatnić różnicę między cywilizacyjnymi wynalazkami, zapewniającymi skokowy postęp w poziomie życia, a drobnymi innowacjami albo modelami biznesowymi, które sprzedają fałszywe obietnice.
Przecież w ostatnich dekadach dokonał się rewolucyjny postęp – zarówno jeśli chodzi o moc obliczeniową komputerów, jak i produkcję oraz miniaturyzację elementów półprzewodnikowych.
Wszystko zależy od tego, co rozumiemy jako „rewolucyjny postęp”. Oczywiście komputeryzacja po 1960 r.