Może by zasiać co…
Może by zasiać co…? Złożone dzieje rolników i łowców-zbieraczy. Tak się zmieniały reguły gry
Archeolog Gordon Childe prawie sto lat temu wprowadził pojęcie „rewolucji neolitycznej”, przez które rozumiał definitywne przejście z gospodarki zbieracko-łowieckiej na rolnictwo i hodowlę. Miało się ono rozpocząć ok. 10 tys. lat temu na Bliskim Wschodzie i rozprzestrzenić po świecie – długo nie dopuszczano nawet myśli, że mogły istnieć inne ośrodki tej innowacji. W tej wizji małe mobilne grupy łowców-zbieraczy ustępowały miejsca rolnikom, których styl życia był bardziej stabilny i wydajny. Opornych wypychano na wyspy, bagna lub inne nierolnicze regiony. Dziś wiemy jednak, że przez długie okresy jedni i drudzy egzystowali obok siebie, współpracując i wpływając na siebie nawzajem. Często pośrednikami tych kontaktów były kobiety.
Czytaj też: Polowania w pradziejach
Krewni aż po grób
Namacalnym świadectwem tych relacji są dziś cmentarzyska. Dzięki analizom pochówków i DNA można sprawdzić, kto był z kim spokrewniony i jak wyglądały więzi społeczne. Z paleolitu znane są bardzo nieliczne wspólne pochówki i zazwyczaj nie leżą w nich osoby spokrewnione genetycznie. Ok. 34 tys. lat temu w Sungirze na Syberii dwóch chłopców, wyposażonych w tysiące paciorków z kości mamuta, pochowano twarzą w twarz. Analiza DNA wykazała, że nie byli braćmi, jak wcześniej sądzono. W potrójnym grobie z Dolnych Věstonic na Morawach sprzed ok. 31 tys. lat jeden z młodzieńców był niepełnosprawny, więc zakładano, że pochowano go z bliskimi, ale badania genetyczne to wykluczyły. Wyglądało więc na to, że składanie kilku ciał do jednego grobu miało znaczenie symboliczne lub społeczne, a nie rodzinne. Nie zawsze jednak tak było.
Na Gotlandii ok.