Ursus bliżej Tokio
Japonia: nadciągają niedźwiedzie. Widać nowe tendencje, spełnia się scenariusz jak z książki
Pojawił się we wtorek 2 czerwca o godz. 6.30. Pierwszego pracownika zaatakował na parkingu. Zaskoczony dwudziestokilkulatek próbował uciec, ale po paru krokach – przebieg zdarzenia rejestrowała kamera przy wejściu do zakładu – został przewrócony. Kierowca nadjeżdżającego samochodu przegonił napastnika. Ten przez otwarte drzwi wbiegł na teren odlewni w Fukuszimie. Tam natarł na dwóch mężczyzn po sześćdziesiątce. Służby odebrały też informację o poturbowanej osiemdziesięciokilkulatce. Życiu poszkodowanych nie zagrażało niebezpieczeństwo.
W firmie spędził kilkadziesiąt godzin. Odkręcił kran i ugasił pragnienie. Rozpracował zatrzask przesuwanego okna. Otworzył je i wyszedł z budynku. Nie dał się nabrać na przynęty i pułapki. Zrezygnowano ze strzelania ostrą amunicją ze względu na obecność substancji łatwopalnych. W czwartek o 22.50 opuścił odlewnię i rozpłynął się w mroku. „Wyjątkowo inteligentny” – usprawiedliwiał się burmistrz Fukuszimy.
Dwa dni później, w sobotę, też o wpół do siódmej, innego przedstawiciela gatunku opisywanego przez naukę jako niedźwiedź himalajski (Ursus thibetanus) zauważono w dzielnicy mieszkalnej półmilionowego miasta Utsunomiya, 100 km od Tokio. To była pierwsza potwierdzona jego wizyta w tej miejscowości. Do poniedziałku widziano go lub nagrano w pobliżu siedziby władz prefektury, szkół i biblioteki, na osiedlach i w parkach. O drugiej w nocy przebiegł przez zadaszony pasaż handlowy.
Wydano ostrzeżenia jak przed nadejściem tajfunu lub ofensywy wrogiej armii. „Nie wychodzić na zewnątrz”, „zamknąć okna”, „kto natknie się na niedźwiedzia, niech się chroni w najbliższym budynku”. W obławie – z detalami relacjonowanej z lądu i z powietrza przez ogólnokrajowe stacje telewizyjne – uczestniczyli policjanci, strażacy, myśliwi, operatorzy dronów i lekarz weterynarii.