Dr Magda Szcześniak o symbolicznej dominacji klasy średniej

Kulturotwórcze skarpetki
Rozmowa z laureatką Nagrody Naukowej POLITYKI w kategorii humanistyka dr Magdą Szcześniak z Instytutu Kultury Polskiej na Wydziale Polonistyki UW o tym, jak kultura wizualna wpłynęła na tworzenie się naszej nowej klasy średniej.
Dr Magda Szcześniak
Leszek Zych/Polityka

Dr Magda Szcześniak

„Klasa średnia zawsze stara się podkreślić dystans wobec klasy ludowej i aspiruje do klasy wyższej, naśladując jej praktyki”.
icsnaps/PantherMedia

„Klasa średnia zawsze stara się podkreślić dystans wobec klasy ludowej i aspiruje do klasy wyższej, naśladując jej praktyki”.

Polityka

Agnieszka Krzemińska: – Czym są normy widzialności, którymi się pani zajmuje w pracy badawczej i które pojawiają się w tytule pani książki?
Dr Magda Szcześniak: – Normy widzialności to właściwe danej epoce wizualne wzorce, niepisane zasady określające, kto wygląda „normalnie”, co rzuca się w oczy jako nienormalne oraz staje się niedostrzegalne. W książce „Normy widzialności” przyglądam się roli wizualności w polskiej transformacji. Jej słowem kluczem jest właśnie „normalność”, bo po 1989 r. wszyscy w Polsce marzyli, by wreszcie żyć i wyglądać normalnie.

Normalność rozumiana była oczywiście na wzór zachodni, a wcielać ją w życie miał przedstawiciel nowej warstwy społecznej – klasy średniej. Jej źródeł można się doszukiwać już w latach 70. wraz z rozbudzeniem – i częściowym zaspokojeniem – apetytów konsumpcyjnych oraz promowaniem przedstawicieli zawodów technicznych jako głównych bohaterów nowej rzeczywistości. To oni w zbiorowej wyobraźni mieli zastąpić klasę robotniczą. Jednak wraz ze zmianą systemu klasa średnia zyskała pozycję dominującą. Ta złożona z indywidualistycznie nastawionych jednostek formacja miała zagwarantować sukces wolnorynkowych reform. Równocześnie wychwalający ją transformacyjni eksperci nie byli pewni, czy ona w ogóle istnieje. Na początku lat 90. mieliśmy do czynienia raczej z projektem klasy średniej, pewną fantazją, która uwiodła dużą część społeczeństwa. Co ważne – fantazja ta miała w dużej mierze postać wizualną.

Ale aspirując do Zachodu, czerpaliśmy z wybiórczych wzorców, by zamaskować tkwiącego w nas homo sovieticusa?
Według francuskiego socjologa Pierre’a Bourdieu klasa średnia zawsze imituje i jest rozdarta tożsamościowo: stara się podkreślić dystans wobec klasy ludowej i aspiruje do klasy wyższej, naśladując jej praktyki. Tymczasem w Polsce lat 90. rodząca się dopiero klasa średnia nie miała kogo naśladować. Postkomunistyczne elity były skompromitowane, a wartości wiązane z inteligencją zdawały się nie przystawać do nowych, kapitalistycznych czasów. Wobec braku elit i wzorów czerpano z obrazów zachodniego dostatku – amerykańskich filmów i seriali krążących na kasetach VHS, zachodnich fotografii reprodukowanych w nowych magazynach, zagranicznych reklam na billboardach. Zazwyczaj postrzegamy obrazy jako przejaw lub świadectwo zmian społecznych, ja zaś staram się pokazać, że w okresie transformacji obrazy pełniły o wiele ważniejsze role – wyznaczały horyzonty aspiracji, stały się wzorami do naśladowania, pokazywały, co jest normą, a co poza nią wykracza.

Powstał wówczas rodzaj polskiej wersji american dream, według którego każdy może stać się kapitalistą i trafić do klasy średniej.
I bardzo szybko ten sen okazał się mrzonką, bo jak wykazały badania przeprowadzone przez socjologów pod koniec lat 90., większość self-made kapitalistów w wersji polskiej – handlarzy ze Stadionu Dziesięciolecia, właścicieli małych firm import-export i wypożyczalni wideo – nie zrobiło wielkich karier. Model ten okazał się anachroniczny wobec kapitalizmu końca XX w. Do Polski szybko wkroczyły duże zagraniczne korporacje i to one stały się kluczowe dla rozwoju polskiej klasy średniej – ale żeby zrealizować korporacyjny model kariery, trzeba było już posiadać kompetencje i zasoby nie wszystkim dostępne, jak choćby znajomość języków obcych. W połowie lat 90. klasa średnia zaczęła się wewnętrznie różnicować, mówiło się o jej udanych i nieudanych przedstawicielach. Tych drugich, jak przekonywała ówczesna prasa, można było łatwo rozpoznać…

…po nieszczęsnych białych skarpetkach, w których – jak przekonywano w ogólnopolskich dyskusjach – Polska nie wejdzie do Europy. Czym one są?
Symbolem końca „iluzji włączającej” klasy średniej. Chodzi jednak nie o ich noszenie, ale raczej o utrzymaną w poważnym tonie krytykę zakładania białych skarpetek do wyjściowych butów. Podczas gdy na początku transformacji białe skarpetki postrzegano pozytywnie i kojarzono z zachodnim stylem życia (z grą w tenisa), w połowie lat 90. w prasie pojawiły się niezliczone artykuły piętnujące ten, pozornie niewinny, element ubioru. Nagle stał się on symbolem zacofania, obciachu, nienadążania za zachodnimi standardami. Dyskusja o białych skarpetkach jest przykładem typowego dla transformacji – i obecnego, niestety, również dziś w dyskusjach o Januszach i Grażynach – języka estetycznej pogardy, odrzucającego wszystkich tych, którzy nie spełniają wyobrażeń o „normalności”.

Poza skarpetkami na cenzurowanym znalazły się też podróbki masowo produkowane i nabywane, będące esencją wizualności, bo istnieją tylko po to, by udawać oryginał.
Na przełomie lat 80. i 90. rozróżnienie na towary oryginalne i markowe było dla większości Polaków nieczytelne i nieistotne. Z czasem dziennikarze zaczynają bezwzględnie piętnować podróbki i wyśmiewają osoby, które je noszą. Mało kto zastanawiał się, kogo w Polsce stać na markowe przedmioty. Podróbka zresztą rymuje się z projektem klasy średniej. Jej przedstawiciele zachęcani byli do obserwowania się nawzajem i oceniania. Być może w obawie, że są podróbkami zachodniej klasy średniej.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj