Dr Łukasz Krzyżowski o tym, jak emigracja zmienia Polaków

Wyjeżdżają i łagodnieją
Rozmowa z dr. Łukaszem Krzyżowskim, laureatem Nagrody Naukowej POLITYKI w kategorii nauki społeczne, o tym, jak emigracja uczy tolerancji.
Dr Łukasz Krzyżowski
Leszek Zych/Polityka

Dr Łukasz Krzyżowski

„Migracja zmienia postawy raczej na plus”.
Viacheslav/PantherMedia

„Migracja zmienia postawy raczej na plus”.

Polityka

Marcin Rotkiewicz: – Migranci, uchodźcy to dziś gorący temat. Naukowo również?
Łukasz Krzyżowski: – Ogromnie ciekawy, dlatego zajmuję się nim od ponad 10 lat.

Przygląda się pan osobom wyjeżdżającym z Polski. Czy one decydują się na to wyłącznie z powodów finansowych?
Nie. Jeżdżę samochodem w celach badawczych do Berlina i zabieram ze sobą pasażerów. I coraz częściej spotykam osoby przenoszące się za granicę nie dla pieniędzy. One nie chcą żyć w tak zestresowanym społeczeństwie.

Zestresowanym czym?
Niemal wszystkim, a głównie organizacją polskiego państwa i polityką. Niedawno wiozłem mężczyzn jadących do pracy na budowie w Berlinie, którzy mówili: Wreszcie wyjeżdżamy z Polski, gdzie ciągle coś się dzieje.

Tyle że to są pańskie nieliczne doświadczenia z podróży…
Ale prowadząc badania, które realizowałem w ramach projektu TRANSFORmIG kierowanego przez prof. Magdalenę Nowicką, spotkaliśmy wśród osób przenoszących się do czterech miast: Berlina, Birmingham, Londynu i Monachium, bardzo dużo ludzi, u których motywacja ekonomiczna nie była dominująca. Chodziło głównie o negatywny stosunek do ich orientacji seksualnej, tymczasem w Berlinie czy Londynie mogli zakładać rodziny. Innym przykładem są migranci, którzy czuli się źle w zamkniętym, w dużej mierze ksenofobicznym, polskim społeczeństwie. Oni chcą żyć w układach otwartych, gdzie rasa czy religia nie stanowią kryterium oceny ludzi. Taka migracja światopoglądowa, jak ją nazywam, ma raczej związek z normami i wartościami dominującymi w polskim społeczeństwie niż z określoną opcją polityczną, aczkolwiek obecnie zdaje się przybierać na sile.

Porozmawiajmy w takim razie o pańskich badaniach – kogo one objęły?
Spośród 2 tys. chętnych wyselekcjonowaliśmy po 40 osób mieszkających w czterech wymienionych przed chwilą europejskich miastach. Czyli w sumie wzięliśmy pod lupę 120 migrantów, z którymi przez trzy lata co roku spotykaliśmy się i pytaliśmy o różne rzeczy związane z funkcjonowaniem w wielokulturowych metropoliach. Badaliśmy również ich bliskich w Polsce.

Skąd pochodzili ci ludzie?
Z miast wojewódzkich, najwięcej z Warszawy, w których mieszkali co najmniej pięć lat przed wyjazdem. W badanej grupie znalazły się zarówno osoby z wykształceniem podstawowym, jak i tytułami profesorskimi. Kładący kostkę brukową w Londynie, jak i wysokiej rangi profesjonaliści pracujący w londyńskim City. Generalnie można o nich powiedzieć, że są to ludzie wykazujący chęć zmiany i wchodzenia w nowe kręgi społeczne.

Co najbardziej pana interesowało?
Jak oni się zmieniają po wyjeździe z Polski, a przede wszystkim: co się dzieje w kwestii ich nastawienia do „innych” reprezentujących odmienne kultury, ale też odmienne style życia. I czy zdobyta wiedza jest jakoś transmitowana do Polski.

I co się okazało?
Kontakt z przedstawicielami innych kultur i religii nie zmienia uprzedzeń, jeśli nie należą oni do grona bliskich osób. Tymczasem panuje przekonanie, że już sam wyjazd do Londynu czy Berlina, gdzie na co dzień spotyka się na ulicy lub w sklepach owych „innych” kulturowo i etnicznie, zwiększa tolerancję. W rzeczywistości jest odwrotnie. Trzeba poznać kogoś konkretnego, wejść z nim w relację, żeby przenieść pozytywne emocje na całą jego grupę. Przeczytam panu wypowiedź pewnej kobiety z Birmingham, która przyjechała z Warszawy: „W firmie po jednej stronie taśmy pracuje muzułmanka z Pakistanu, a po drugiej Somalijka. No gadamy, co mamy robić. Na początku miałam opory, ale to fajne babki. Teraz widujemy się nawet po pracy, w weekendy”.

Natomiast na podstawie obserwacji całej grupy tworzą się lub umacniają stereotypy. Jeśli np. widzę Hindusa stojącego za ladą w sklepie, który nic nie robi, to będę miał opinię, że Hindusi generalnie są leniwi.

Czy sytuacja w miastach, do których trafiają migranci z Polski, ma wpływ na ich postawy?
Tak, w Birmingham w zasadzie powstały etniczne getta, przez które tylko przejeżdża się autobusem lub samochodem, co wzmacnia stereotypy, gdy widzi się np. mocno zaniedbane budynki zamieszkałe przez migrantów. Tam panuje też największa nietolerancja w Wielkiej Brytanii, więc trudno się dziwić, że miasto to wypadło w naszych badaniach znacznie gorzej niż Berlin, Londyn czy Monachium.

Właśnie w Birmingham spotkałem człowieka, którego inni Polacy wyśmiewali za pozytywne relacje z pewnym muzułmaninem. Więc w rozmowie ze mną nie wymienił go wśród bliskich znajomych, mimo że ich rodziny razem wyjeżdżały na wakacje i spotykały się na wspólne obiady. Poznałem też parę Polaków, która kupowała mieszkanie i szukała okolicy bez „obcych”. W tym celu dyżurowali na zmianę w samochodzie i liczyli, jak to sami określali, „ciapatych”. W końcu kupili mieszkanie w rejonie zamieszkałym przez białych. Ale okazało się, że za sąsiadów mają parę gejów. Tymczasem na jednym z wcześniejszych spotkań ze mną ów Polak twierdził, że gdyby mógł, to „wystrzelałby tych pedałów”. Jednak sąsiedzi geje okazali się super. Tych dwoje Polaków urządza z nimi grilla i zostawia im dzieci pod opieką. To kolejny dowód, jak bezpośredni kontakt przełamuje nawet bardzo negatywne nastawienie.

A w którym z tych czterech miast panuje najbardziej otwarta atmosfera wobec odmienności kulturowych i migrantów?
W Berlinie.

Chyba w ogóle przenosiny do Niemiec poprawiają tolerancję?
Żyjący tam Polacy chętnie pomagali uchodźcom, co nas zaskoczyło podczas opracowywania wyników innego badania, przeprowadzonego w lecie 2016 r. na dużej próbie 2 tys. osób mieszkających w Niemczech. Okazało się, że do pomocy uchodźcom zgłosiło się ponad 18 proc. badanych Polaków, czyli procentowo troszkę nawet więcej niż Niemców.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj