Biomatematyka – zaplecze medycyny

Leczenie matematyką
Rozmowa z dr. Janem Poleszczukiem, laureatem Nagrody Naukowej POLITYKI, o tym, jak można skuteczniej walczyć z rakiem.
Dr Jan Poleszczuk
Leszek Zych/Polityka

Dr Jan Poleszczuk

„Lekarze wcale nie muszą się znać na matematyce. Medycyna ma swój fundament w biologii i niech tak zostanie. Warto jednak umieć korzystać z doświadczeń innych, nie bać się interdyscyplinarnośći”.
Velkol/PantherMedia

„Lekarze wcale nie muszą się znać na matematyce. Medycyna ma swój fundament w biologii i niech tak zostanie. Warto jednak umieć korzystać z doświadczeń innych, nie bać się interdyscyplinarnośći”.

Polityka

Paweł Walewski: – Było wiele żartów o babie przychodzącej do doktora. Ale żeby do matematyka? Ma pan ambicje, by leczyć ludzi?
Jan Poleszczuk: – To dopiero byłoby irracjonalne! Nie, nigdy nie miałem takich aspiracji. Pacjenci nie mają więc po co do mnie przychodzić, ale mam nadzieję, że lekarze kiedyś zaczną.

Kiedy pan zauważył, że matematyk może się przydać medycynie?
Pamiętam to dokładnie. W 2008 r., gdy byłem na trzecim roku matematyki na Uniwersytecie Warszawskim, szukałem tematu do swojej pracy licencjackiej. Zaczytywałem się wtedy w magazynie „Świat Nauki” i trafiłem na artykuł poświęcony tworzeniu nowych naczyń krwionośnych wokół guzów nowotworowych. Hipoteza stara, sięgająca lat 70. XX w., ale autor tekstu zwracał uwagę, że jeśli poda się odpowiednią dawkę leków zatrzymujących proces angiogenezy, można zwiększyć efektywność chemioterapii. Zacząłem się zastanawiać: skąd wiadomo, jaka to powinna być dawka, ile inhibitorów należy podać? Postanowiłem zaproponować model matematyczny, który pomógłby to określić.

Interesując się onkologią, rzucił się pan na głęboką wodę.
Moja promotorka prof. Urszula Foryś z Zakładu Biomatematyki i Teorii Gier bardzo mnie w tym wsparła. To ona mi pokazała, na czym polega biomatematyka i jak ważne zaplecze stanowi dla medycyny. To było moje pierwsze doświadczenie z literaturą medyczną, musiałem poznać podstawy chorób nowotworowych, wgryźć się w metody ich leczenia.

Może warto było wtedy przenieść się na medycynę?
Byłem przeciążony niełatwymi studiami matematycznymi. Poza tym już na trzecim roku studiów założyłem rodzinę, urodził mi się syn. Rozpoczynanie nowego kierunku nie wchodziło w rachubę.

I nigdy pan nie myślał, aby zostać lekarzem?
Przyszło mi to do głowy rok temu, kiedy wróciłem z dwuletniego stażu w Moffitt Cancer Center w Tampie na Florydzie. Sprawdziłem nawet warunki przyjęcia na Warszawski Uniwersytet Medyczny. Ale ponieważ musiałbym jeszcze raz zdawać maturę, uznałem, że przy nawale obowiązków chybabym nie podołał. No i nigdy nie planowałem zostać lekarzem! Interesowała mnie jedynie fizjologia, budowa ludzkiego ciała, farmakologia – dziedziny dające wgląd w to, czym i tak się zajmuję.

Od pewnego czasu zrozumieliśmy, że aby wygrywać z następstwami chorób cywilizacyjnych, takich choćby jak rak, nie da się medyków odizolować od innych dziedzin nauki: genetyki, biofizyki, biotechnologii. Pana przykład pokazuje, że również od matematyki.
Zauważyłem to w Tampie, podczas wspólnych spotkań lekarzy z biologami, chemikami i fizykami. Każdy z nas posługiwał się innym językiem, choć wszyscy mówiliśmy po angielsku. Nie interesując się tym, co mamy sobie do powiedzenia. Jako matematyk byłem w tym gronie na uprzywilejowanej pozycji, bo moja dziedzina dała mi akurat umiejętność zlepiania różnych faktów. Potrafiłem informacje z wielu dziedzin składać, jakbym montował zabawkę z klocków Lego. Lekarze i biolodzy z podziwem patrzyli, jak model matematyczny – a nie intuicja, która może ich czasem wywieść w pole – podpowiada właściwe kierunki dalszych badań.

Dlaczego matematyka jest takim lepiszczem, spoiwem obserwacji z zakresu różnych dyscyplin?
Matematyka to definicje, operuje bardzo ścisłymi terminami. Udostępnia zbiory zasad, obserwacji, zbiory faktów. W dużo większym stopniu niż inne dziedziny nauki uczy warsztatu, jak logicznie je ze sobą łączyć.

Ale często przecież się mówi, że medycyna to nie matematyka. I dwa plus dwa nie zawsze przy przewidywaniu przebiegu choroby równa się cztery.
To prawda. Ale sentencja ta jest słuszna tylko w takim wypadku, gdy na losy kuracji czy przebieg choroby nie patrzymy w odpowiedniej perspektywie. Nie mając dostępu do zbioru danych i nie znając wszystkich parametrów, rzeczywiście żaden przytomny lekarz nie może choremu niczego zagwarantować ani przewidzieć jego losów – dlatego dwa plus dwa nie równa się cztery. Jednak gdy dogłębnie poznamy wszystkie fakty, to nasze równanie nie będzie już miało niewiadomych. Okaże się, że jesteśmy bardzo blisko tej czwórki.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj