To była zaplanowana rzeź
Pogrzeb rodziny Jaremowiczów zamordowanej przez ukraińskie bojówki 11 listopada 1944 r., Żezawa, pow. Zaleszczyki, woj. Stanisławów
Ośrodek Karta w Warszawie

Pogrzeb rodziny Jaremowiczów zamordowanej przez ukraińskie bojówki 11 listopada 1944 r., Żezawa, pow. Zaleszczyki, woj. Stanisławów

Zdjęcie zamordowanej przez nacjonalistów ukraińskich rodziny Rudnickich z wioski Chobultowa, gmina Mikulcze, 12 km od Włodzimierza Wołyńskiego
EAST NEWS

Zdjęcie zamordowanej przez nacjonalistów ukraińskich rodziny Rudnickich z wioski Chobultowa, gmina Mikulcze, 12 km od Włodzimierza Wołyńskiego

W jakich archiwach znajduje pan te dokumenty?
Ukraińskich, polskich, rosyjskich, białoruskich. Niestety, nie wszystkie są dostępne dla badaczy. W dodatku są często rozproszone, trzeba więc cierpliwie przeglądać wiele teczek i odnajdywane w nich pojedyncze informacje mozolnie układać w całość. Bardzo cenne dokumenty widziałem w Państwowym Archiwum Federacji Rosyjskiej. Niestety, część z nich pozostaje tajna. Z dostępem do materiałów w rosyjskich archiwach jest znacznie gorzej niż na Ukrainie.

Skąd niezgoda Ukraińców na podawaną przez polskich historyków liczbę, że na Wołyniu poniosło śmierć z rąk UPA 100 tys. ofiar?
Cóż, nie jest łatwo zmierzyć się z winami własnego narodu... Poza tym po ukraińskiej stronie właściwie nie prowadzi się badań historycznych dotyczących tej problematyki. W ukraińskich statystykach praktycznie nie można odróżnić tego, co było dziełem samoobrony i oddziałów AK, od działań niemieckich grup pacyfikacyjnych. A jeśli nawet wiadomo, że akcja była dokonana siłami miejscowej administracji okupacyjnej, to z kolei pozostaje niejasne, czy sprawcami byli sami Niemcy, czy też pomagała im sformowana przez nich polska policja. Bez wątpienia na Wołyniu w szeregach policji pomocniczej podległej Niemcom znalazło się ok. 1,5–2 tys. Polaków. Jednak ja oraz wielu polskich historyków uważamy, że jeżeli chcemy rzetelnie zbadać konflikt polsko-ukraiński, to nie możemy zbrodni popełnianych przez polskich policjantów (choć, rzecz jasna, należy je opisać i potępić) dopisywać do polskiego rachunku, lecz traktować jako winy niemieckie. Bo w końcu te pacyfikacje były wykonywane na rozkaz Niemców. Żeby być dobrze zrozumianym: to samo dotyczy zbrodni popełnionych przez ukraińskich policjantów.

A na czym opierają wyliczenia polscy historycy?
Polskie wyliczenia są oparte na badaniach prowadzonych od dołu – poprzez cierpliwe liczenie ofiar wioska po wiosce, oraz od góry – gdy próbuje się uchwycić przepływy ludności związane z wysiedleniami, deportacjami, wyjazdami na roboty przymusowe itp. Zestawia się te dane z istniejącymi statystykami i spisami. Pokazują one, że liczba ok. 100 tys. ofiar jest jak najbardziej wiarygodna i kolegom ukraińskim nie udało się do tej pory jej podważyć. Jeśli już, to raczej może się okazać, iż większe, niż sądzimy, były ukraińskie straty na Wołyniu. Ale to nie jest tak, jak sugerują badacze ukraińscy, że my nie badamy wypadków, kiedy to Polacy dopuszczali się brutalnej zemsty. Wręcz przeciwnie, składamy mozolnie wszystkie kolejne fragmenty puzzli. Niebawem ukaże się rozprawa doktorska Mariusza Zajączkowskiego, który w oparciu o dokumenty ukraińskie pokazuje, ilu Ukraińców zginęło np. na początku 1944 r. na Lubelszczyźnie, kiedy to oddziały polskiego podziemia spaliły ponad 20, w większości prawosławnych, wiosek. Zabito wtedy najprawdopodobniej 1100 ukraińskich cywilów.

Czy mógłby pan wymienić główne postaci dramatu i je scharakteryzować?
Przede wszystkim wielki nieobecny, czyli Stepan Bandera. Choć był w tym czasie uwięziony w niemieckim obozie Sachsenhausen i nie mógł wydawać rozkazów prowadzenia czystek, to z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością możemy powiedzieć, że je później akceptował i autoryzował. Na pewno nigdy się od nich nie odciął. Nie możemy nie uwzględnić faktu, że pomysły na przeprowadzenie antypolskiej czystki pojawiały się jeszcze przed wojną.

Na Wołyniu osobą najbardziej odpowiedzialną za mordy jest Dmytro Klaczkiwski, ps. Kłym Sawur, szef wołyńskiej OUN-B i UPA. To on od początku kierował antypolską czystką, a wiosną 1943 r. wydał rozkaz totalnej eksterminacji polskiej społeczności Wołynia. W Galicji Wschodniej za przebieg antypolskiej akcji z całą pewnością odpowiada dowódca UPA Roman Szuchewycz, ps. Taras Czuprynka. Nie wiemy, czy współpracował on z Klaczkiwskim przy organizacji rzezi przed sierpniem 1943 r. Wiadomo, że je latem 1943 r. zaakceptował jako szef całej OUN i dowódca UPA. Bezpośrednio dowodził oddziałami UPA i koordynował uderzenia przeciwko Polakom w Galicji dowódca UPA Zachód Wasyl Sydor, ps. Szełest, który był podkomendnym Szuchewycza jeszcze z czasów wspólnej służby w niemieckim batalionie Nachtigall, utworzonym w 1941 r. I jeszcze jedna osoba, którą warto tutaj przywołać – szef Służby Bezpieczeństwa OUN Mykoła Arsenycz, ps. Mychajło.

Wszyscy oni zginęli w walce z Sowietami. Kłym Sawur w lutym 1945 r. pod Równem, wydany przez jednego ze schwytanych dowódców UPA Jurija Stelmaszczuka – Rudego, który ciężko chory na tyfus, przesłuchiwany przez NKWD zdradził miejsce pobytu swojego przełożonego (co i tak mu nie pomogło, został rozstrzelany w 1945 r.). W 1949 r. w Gorganach zginął Szełest w walce z wojskami MGB (Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego). W marcu 1950 r. w obławie pod Lwowem zginął Szuchewycz. Natomiast Arsenycz zginął w 1947 r. koło Brzeżan, otoczony przez wojska MGB, w bunkrze, gdzie przebywał razem z żoną.

A kogo wymieniłby pan po stronie polskiej?
Po stronie polskiej odpowiedzialność była rozproszona, rozłożona na poszczególne okręgi – w końcu Polacy głównie reagowali na działania UPA. Można tu przywołać nazwiska dowódców AK, Wołyńskiej i Galicyjskiej: płk. Kazimierza Bąbińskiego – Lubonia, zastąpionego później przez Jana Kiwerskiego – Oliwę, oraz płk. Władysława Filipkowskiego – Jankę. A także Kazimierza Banacha, delegata rządu na okręg wołyński. Trzeba mieć świadomość, że polskie podziemie stanęło w 1943–44 r. przed ogromnym dylematem. Zgodnie z ogólnymi planami przygotowywało się ono najpierw do wywołania powstania powszechnego, a potem przeprowadzenia akcji Burza, słusznie skądinąd uważając, że największym zagrożeniem dla utrzymania Wołynia i Galicji Wschodniej w polskich granicach nie jest UPA, tylko Sowieci. W związku z tym starało się ograniczyć działania przeciwko Ukraińcom do koniecznej samoobrony, by zachować jak najwięcej sił na moment nadejścia frontu. W Galicji Wschodniej polscy narodowcy ostro za to krytykowali dowództwo AK, uznając, że faktycznie osłabia ono samoobronę.

Jakie są punkty zbieżne i rozbieżne historyków polskich i ukraińskich w omawianych kwestiach?
Zdaniem ukraińskich historyków, najprościej mówiąc, Polaków zginęło mniej, a Ukraińców więcej; próbują oni podważyć wiarygodność polskich szacunków strat. Kolejna sporna kwestia dotyczy genezy wydarzeń. Po stronie ukraińskiej jest, na przykład, rozpowszechniony pogląd, że rzeź wołyńska była odpowiedzią, wręcz zemstą za to, co Ukraińców spotkało przedtem na Lubelszczyźnie i Chełmszczyźnie. W książce „Od rzezi wołyńskiej do akcji Wisła” starałem się udowodnić, że co prawda Ukraińcy cierpieli na Chełmszczyźnie, ale masowe mordy Polaków na Ukraińcach miały tam miejsce dopiero po rozpoczęciu rzezi na Wołyniu. Wszyscy polscy historycy mają na ten temat podobny pogląd. Tak uważał Ryszard Torzecki jeszcze na początku lat 90., do tego poglądu przychyla się dziś przedstawiciel najmłodszego pokolenia historyków Mariusz Zajączkowski.

Następna sprawa: na ile zbrodnia wołyńska miała zorganizowany charakter? Po ukraińskiej stronie często pojawia się hipoteza, że w 1943 r. doszło do wybuchu antypolskiego buntu społecznego. Dopiero później do akcji włączyła się UPA i przekształciła żakerię w polsko-ukraińską wojnę, w trakcie której obie strony popełniły podobne zbrodnie. Zaznaczę od razu, iż ta teoria jest całkowicie oderwana od faktografii: ja od kilkunastu lat szukam wioski, która spontanicznie chciała dokonać zbrodni na sąsiadach Polakach, i gdziekolwiek udało mi się odtworzyć przebieg wydarzeń, to zawsze okazywało się, że za mordami stali banderowcy. Wreszcie wiele emocji wywołuje kwestia oceny polskiego odwetu. Na Ukrainie często stawia się znak równości pomiędzy działaniami polskiego i ukraińskiego podziemia, co po części przynajmniej przekłada się na spór o to, czy można ukraińskie czystki nazwać ludobójstwem czy nie.

Po polskiej stronie, choć historycy ze sobą dyskutują, a nierzadko wręcz ostro siebie krytykują, wszyscy, od Lucyny Kulińskiej do Jana Pisulińskiego i od Czesława Partacza po Andrzeja Leona Sowę – od prawicy do lewicy – wszyscy powiedzą, że znaku równości pomiędzy działaniami UPA a polskiego podziemia postawić nie można. Bo po ukraińskiej stronie miała miejsce zorganizowana odgórnie czystka etniczna na ogromnym terytorium kilku województw. A Polacy podobnej operacji zwyczajnie nie przeprowadzili (wszystkie wypadki odwetu miały jedynie lokalny charakter).

Może warto też powiedzieć o stosunku ukraińskiego Kościoła greckokatolickiego do rzezi.
Metropolita Andrzej Szeptycki zachował się w sposób niezwykle przyzwoity w przypadku zagłady Żydów. Przez cały 1942 r., jeśli można tak powiedzieć, prowadził krucjatę w obronie życia, apelował o poszanowanie piątego przykazania Dekalogu (najbardziej znanym przejawem tej akcji był słynny list „Nie zabijaj”). Chciał w ten sposób zapobiec włączeniu się greckokatolickich Ukraińców w Zagładę. Równolegle stworzył siatkę greckokatolicką ratującą osoby pochodzenia żydowskiego.

Jeśli chodzi o konflikt polsko-ukraiński, to stanął on twardo na stanowisku, że nie wolno zabijać niewinnych, ani Polaków, ani Ukraińców, nie wydał wszakże oświadczenia, w którym napiętnowałby antypolskie czystki UPA. Czy nie zdawał sobie sprawy z grozy sytuacji polskiej ludności? Bo z całą pewnością nie sympatyzował z banderowcami i był wobec nich krytyczny. Znane jest jego posłanie z 1944 r., w którym protestował przeciwko dzieleniu katolików obu obrządków. Kiedy w Galicji Wschodniej rozpoczynała się antypolska akcja UPA – było to ewidentne potępienie banderowskich metod. Odnoszę jednak wrażenie, że Szeptycki nie chciał stawiać kropki nad i w obawie, by Polacy nie wykorzystali jego słów przeciwko Ukraińcom w momencie, kiedy alianci podejmowaliby decyzję, do kogo ma należeć Lwów.

Niestety, niewiele wiemy o postawach zwykłych księży greckokatolickich. Wśród kilku tysięcy kapłanów było na pewno kilkunastu czy kilkudziesięciu, którzy poszli bardzo daleko w swoim poparciu dla UPA. Paru trafiło nawet jako kapelani do leśnych oddziałów, zresztą wbrew woli metropolity Szeptyckiego. Z kolei przynajmniej kilkunastu kapłanów mocno zaangażowało się w pomoc Polakom, ratując im życie. Trzeba też wspomnieć o kilkudziesięciu greckokatolickich księżach, którzy czasem za rzeczywiste związki z podziemiem, ale znacznie częściej z powodu zastosowania zasady zbiorowej odpowiedzialności – zginęli z ręki polskiego podziemia.

Z historii UPA, w którą wpisany jest Wołyń, próbowano uczynić mit założycielski niepodległej Ukrainy…
Bardzo żałuję, że w ukraińskiej historiografii nie przemyślano historii UPA pod kątem liberalno-demokratycznych wartości. Próbował to podjąć Jurij Kyryczuk, ale przedwcześnie tragicznie zmarł. Chciał on krytycznie zanalizować historię UPA, potępiając w niej to, co zasługuje na potępienie, a jednocześnie zachować to, co budzi przynajmniej pewien szacunek, a więc walkę o niepodległość toczoną z Niemcami i Sowietami. Dziś w ukraińskiej historiografii na ogół bierze górę linia hagiograficzna, która pokazuje członków UPA jako spiżowych bohaterów, bez żadnej skazy, a niekiedy przybiera postać wręcz humorystyczną.

Czy jest możliwe wytworzenie takiej empatii po obu stronach, żeby znaleźć się na poziomie relacji Niemcy–Francuzi, może nawet Polacy–Niemcy, gdzie mamy listę rozbieżności, ale gdzie jest jednak możliwość wspólnych badań?
Polaków i Ukraińców – w moim przekonaniu – dzieli dziś nie tyle trudna historia, co problem oceny zbrodni wołyńskiej, zwłaszcza oceny moralnej. W gruncie rzeczy relacje między Polakami i Ukraińcami są bardzo życzliwe, z czego można tylko się cieszyć.

Badania Muzeum II Wojny Światowej pokazują, że wbrew opinii szerzonej przez środowiska kresowe w polskim społeczeństwie wiedza o zbrodni wołyńskiej jest duża. Stąd oczekiwanie, że antypolskie czystki zostaną opisane w podręcznikach szkolnych. W Polsce rozpoczyna się właśnie debata, jak taki zapis ma wyglądać. Przedsmak przyszłych sporów na ten temat możemy dostrzec w dyskusjach, z jakimi mieliśmy do czynienia w Senacie i Sejmie w związku z przygotowywanymi uchwałami z okazji 70-lecia zbrodni wołyńsko-galicyjskiej. To właściwie taki skondensowany zarys tej znacznie szerszej publicznej debaty podręcznikowej. Nie mają racji ci, którzy uważają, że taką dyskusję można powstrzymać lub odłożyć na później. Prowadzi to wyłącznie do wzmocnienia poglądów skrajnych. Mogę tylko wyrazić nadzieję, że w podręcznikach znajdzie się wyważony opis tego, co się wówczas stało.

Grzegorz Motyka – dr hab., prof. ISP PAN, członek Rady IPN, znawca stosunków polsko-ukraińskich w XX w. Napisał m.in. „Od rzezi wołyńskiej do akcji Wisła. Konflikt polsko-ukraiński 1943–1947” – książka otrzymała Nagrodę Historyczną POLITYKI za 2011 r.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj