Jestem do siebie podobna
10 grudnia 1996 r. Wisława Szymborska odebrała literacką Nagrodę Nobla. Kilka lat później udzieliła POLITYCE wywiadu, w którym opowiedziała o swoim życiu po Noblu.
Reakcja Wisławy Szymborskiej na wiadomość o otrzymaniu Nagrody Nobla. Dom Literata w Zakopanem, październik 1996 r.
Adam Golec/Agencja Gazeta

Reakcja Wisławy Szymborskiej na wiadomość o otrzymaniu Nagrody Nobla. Dom Literata w Zakopanem, październik 1996 r.

Rozmowa ukazała się w tygodniku POLITYKA w grudniu 2001 r. Poetka zmarła 1 lutego 2012 r. w Krakowie.

Od czasu, gdy Wisława Szymborska dostała literacką Nagrodę Nobla, toczy prywatną wojnę o niepodległość. Zaraz po Noblu dokonano pierwszego zmasowanego ataku. Posypały się gratulacje („Urocza Pani Wiesiu! Gratuluję Nobla i serdecznie dziękuję za bezpośredni powrót do domu, a nie przez Rzym, jak to było u Czesława Miłosza”), tytuły („Czcigodnej Matce – dzieci poezji”), nagrody („Machiner 96”, popkulturalna nagroda miesięcznika „Machina” dla ludzi zasługujących, by mówić o nich dłużej niż przez chwilę), zamówienia na teksty dla pewnej piosenkarki, której wróżono międzynarodową karierę, a nawet wyzwanie na publiczny turniej poetycki. Rzucający rękawicę wspaniałomyślnie pozostawił noblistce wybór miejsca, czasu oraz aranżację imprezy. Dostępu do poetki niezmiennie od pięciu lat broni sekretarz Michał Rusinek, doktorant Uniwersytetu Jagiellońskiego. W imieniu swojej szefowej płoszy dziennikarzy, odpisuje na listy. Znana ze swojej lakoniczności dama, w świadomości publicznej żyje głównie w anegdocie. Niechętnie ujawnia inną prawdę o sobie. Swobodnie czuje się jedynie wśród przyjaciół i znajomych. Noblistka zgodziła się na rozmowę dla „Polityki”.

Gdy prześledzi się pani nieliczne pojawienia się po Noblu, z wielkim umiarem dawkowane wypowiedzi, odnosi się wrażenie, że wypracowała sobie pani misterną taktykę samoobrony.
Nie wiem, czy można to nazwać taktyką. Czasem przyjmuję zaproszenie, które mnie wyjątkowo ciekawi, albo po prostu mam ochotę spotkać przy tej okazji znajomych. Nie jestem mizantropką. Niestety, wszelkie publiczne spotkania zazwyczaj kończą się tym, że przez godzinę podpisuję książki, a kiedy skończę, okazuje się, że przyjaciele poszli już sobie do domu.

Podpisywanie książek nie jest dla autora przyjemne? Znam takich pisarzy, którzy są dumni, że do nich jest dłuższa kolejka po autografy niż do kolegi.
Przyjemnie jest podpisać dziesięć książek, ale jeśli kolejka jest dłuższa, to już bywa kłopotliwe. Zdarza mi się dostawać skurczu ręki, tym bardziej że mam długie nazwisko. W bardzo dobrej sytuacji jest noblista Dario Fo. Jeśli jeszcze zamiast pełnego imienia przed nazwiskiem postawi pierwszą literę, to w ciągu trzech minut może podpisać tyle książek, ile ja w ciągu pół godziny.

Czy może pani spokojnie spacerować ulicami Krakowa, czy ciągle jest pani rozpoznawana przez wielbicieli poezji?
Teraz już nie jestem tak często rozpoznawana, bo też nieczęsto pokazuję się w telewizji. Ale zauważyłam niezwykłe zjawisko. Pewnego dnia na przykład wychodzę z domu niepodobna do siebie. Drugiego dnia jestem tak samo ubrana i ludzie mnie zagadują – z czego wynika, że jestem do siebie podobna.

Posiada więc pani, co prawda niekontrolowaną, ale jednak tajną broń. Pani oficjalna broń to sekretarz?
Bez niego byłoby mi bardzo trudno. Ciągle przychodzi dużo listów. Przynajmniej na niektóre z nich trzeba pilnie odpowiedzieć. Do tego dochodzą przysyłane mi książki i maszynopisy wierszy z prośbą o ocenę. Każdy sobie wyobraża, ma zresztą do tego prawo, że ja dysponuję nieskończoną ilością wolnego czasu i natychmiast rzucę się do czytania i pisania, co o tym myślę.

Wyjazdy zagraniczne to też męka?
Rzadko korzystam z zagranicznych zaproszeń, ponieważ jestem bardzo niezdolna językowo. Musiałabym zdać się na łaskę tłumacza, co jest i kłopotliwe, i stresujące.

Niektóre zaproszenia mają swoją zabawną historię. Wydawnictwo tureckie zaprosiło mnie kiedyś na serię spotkań. Pan Michał, odpowiadając, pomylił się i zamiast odpisać, że w ciągu najbliższych miesięcy nie będzie to możliwe, napisał, że przyjadę na kilka miesięcy. Natychmiast dostaliśmy od biednych Turków list, że nie są pewni, czy będą mogli zapewnić mi hotel na tak długi okres... Czasem organizatorzy nie biorą pod uwagę faktu, że dwadzieścia lat ukończyłam pewien czas temu. No i wygląda to tak: wsiadam do samolotu bladym świtem. Zaraz po wylądowaniu okazuje się, że oprócz głównego spotkania zaplanowano mi jeszcze kilka innych w tym samym dniu. W końcu, całkowicie wymęczona, wracam do hotelu o pierwszej w nocy. Nazajutrz czeka mnie znów to samo.

Mało kto zdaje sobie sprawę, że to jest harówka.
Dla takich propozycji mój sekretarz podsunął mi cudowną formułę, której jednak w odpowiedzi użyć nie można: – Z przyjemnością przyjadę, jak tylko będę młodsza.

Nie próbowano zmienić panią w dyżurny autorytet?
Owszem, zdarzało się. Dzwonił dziennikarz sportowy i prosił, abym skomentowała wyniki Mundialu.

I co pani na to?
Mam jedną odpowiedź. Odkąd Szombierki wypadły z pierwszej ligi, nie mam na ten temat nic do powiedzenia.

Czy zdarzają się zamachy na pani niepodległość, które na dłużej psują pani humor?
Bywają. Na przykład pod moim nazwiskiem krąży po Polsce, a nawet i za granicą, wiersz pod tytułem „Jak ja się czuję”. Mimo że prostowałam to w prasie, wiersz w pewnych kręgach nadal cieszy się powodzeniem. Niestety, niektórzy czytelnicy wierzą, że mogłam takie głupawe wierszydło napisać. Dla mnie jest to lekcja pokory.

Pani niechęć do wystąpień publicznych często tłumaczona jest skromnością.
To nie tak. O skromności można mówić, jeśli narzucamy sobie pewien typ zachowania. Tymczasem ja niczego sobie nie narzucam. Po prostu nie lubię życia publicznego i taka postawa nie kosztuje mnie żadnego wysiłku.

Skromność nie idzie chyba w parze z poezją? Z pani poezji wynika, że poeta, próbując obmyślać światy, jest w pewnym sensie uzurpatorem, musi mieć odwagę.
Rzeczywiście, pisanie jest w pewnym sensie aktem ekshibicjonizmu. Ale u mnie jest to rodzaj ekshibicjonizmu z dystansem.

Jako poetka bardzo oszczędnie i precyzyjnie gospodaruje pani słowem. W życiu publicznym też ich pani nie nadużywa?
Za dużo jest dzisiaj pospolitej paplaniny. Kontakty między ludźmi stały się moim zdaniem bardzo powierzchowne. Spotkania mają sens, o ile odbywają się w niewielkim gronie. A te koktajle, różne tłumne spędy towarzyskie mają dla mnie ograniczoną wartość. Ludzie podchodzą do siebie, trącają się kieliszkami, pytają co słychać i już są gdzie indziej. Potem opowiadają: rozmawiałem z tym i z tym. Nieprawda, wcale nie rozmawiali.

Tak konsekwentnie broni pani swojej niezawisłości, że właściwie tylko jedno pani oblicze przedostało się do wiadomości publicznej. Żyje pani w anegdocie. Słynie z zamiłowania do gier, zabaw, kolaży, loteryjek. Wygląda to na życie motylka. Nie wolałaby pani, żeby ten obraz był wielowymiarowy?
Nie bardzo się przejmuję moim publicznym wizerunkiem. Łatwiej mi w ten sposób żyć między ludźmi. Natomiast pewne sprawy trzeba przeżywać w samotności.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj