Szczęście w liczbach
Wszyscy w koło powtarzają, że wzrost PKB przekłada się na rozwój kraju i dobrobyt jego obywateli. Ale właściwie dlaczego tak uważamy?
Wzrost PKB nie mówi nam wszystkiego o kondycji gospodarki
Andrea Guerra/Flickr CC by SA

Wzrost PKB nie mówi nam wszystkiego o kondycji gospodarki

Ten spektakl oglądaliśmy ostatnio co kwartał. Premier i minister finansów stają przed telebimem z mapą Europy, od Estonii po Portugalię kontynent tonie w czerwieni. Na morzu recesji widać jedną zieloną wyspę – to Polska, jedyny kraj Unii ze wzrostem gospodarczym. Donald Tusk unika triumfalizmu, przedstawia się raczej jako obrońca PKB, nowego skarbu narodowego Polski. W ostatnich miesiącach biliśmy się o niego jak o niepodległość – z zagranicznymi instytucjami, wieszczącymi Polsce recesję, bankami złośliwie zaniżającymi prognozy i gazetami odmawiającymi nam czci i chwały. Pod koniec listopada premier znowu stanął na tle „mapki, która od miesięcy wprawia Polaków w dumę”, by ogłosić zwycięstwo – 1,7 proc. wzrostu w trzecim kwartale, licząc rok do roku.

Taką reformę miał na myśli Nicolas Sarkozy, gdy w połowie września potępiał „religię liczb”. W auli Sorbony, w pierwszą rocznicę upadku banku Lehman Brothers, prezydent Francji odebrał raport Komisji ds. Mierzenia Wydajności Ekonomicznej i Postępu Społecznego. Półtora roku wcześniej Sarkozy poprosił 35 ekonomistów z noblistą Josephem Stiglitzem na czele, by ocenili zdatność PKB do mierzenia dobrobytu. Motyw tego zamówienia nie był czysto naukowy: Francja nie może przeboleć, że wlecze się za Ameryką w statystykach dochodu na głowę mieszkańca, choć widać gołym okiem, że przeciętnemu Francuzowi żyje się lepiej niż Amerykaninowi. Zapaść anglosaskiego kapitalizmu stworzyła doskonałą okazję, by rozprawić się z przyczyną tej drażniącej sprzeczności: produktem krajowym brutto.

Sarkozy wiedział, co robi, powierzając to zadanie Stiglitzowi. Amerykański noblista już w 2006 r. ostrzegał przed „fetyszyzmem PKB”, który jest według niego wskaźnikiem „przestarzałym i mylącym”. Przestarzałym, bo współczesnych gospodarek nie da się już mierzyć samą tylko wielkością produkcji. Mylącym, bo PKB nigdy nie miał być miarą dobrobytu, a utożsamiając wzrost gospodarczy z szeroko pojętym rozwojem, stworzyliśmy system ekonomiczny, który coraz częściej podkopuje dobrobyt i którego na dłuższą metę nie da się utrzymać. A ponieważ, jak pisze Stiglitz, „od tego, co mierzymy, zależy to, co robimy”, pierwszym krokiem do reformy systemu powinna być zmiana wskaźnika, na którym się on opiera. Tym bardziej że skupienie na wzroście rodzi potężne napięcia – mieliśmy już kryzys ekonomiczny, na horyzoncie jawi się kryzys ekologiczny w związku z globalnym ociepleniem, po drodze czekają nas jeszcze kryzysy społeczne na tle rosnących nierówności.

Urobek na zniszczeniach

Mówiąc najkrócej, puls gospodarki. Sama kwota odzwierciedla wartość towarów i usług, które kupili w ciągu roku np. polscy konsumenci, firmy i państwo plus to, co wyeksportowaliśmy, a minus to, co sprowadziliśmy z zagranicy. „Produkt”, bo chodzi o gotowe wyroby i usługi, końcowy rezultat działalności produkcyjnej. „Krajowy”, bo chodzi o dobra wytworzone na terytorium danego kraju. „Brutto”, bo PKB nie uwzględnia amortyzacji kapitału w procesie produkcji. Z kolei dynamika PKB, wyrażona w procentach, oddaje zmianę aktywności ekonomicznej: spadek produktu oznacza jej spowolnienie, wzrost – ożywienie. Ale tak jak na podstawie samego tylko wysokiego tętna nie sposób odróżnić maratończyka przed metą od pacjenta umierającego na zawał, tak też sam wzrost PKB nie mówi nam wszystkiego o kondycji gospodarki.

Oczywiście PKB rośnie przede wszystkim wtedy, gdy firmy zaczynają więcej zarabiać, inwestują zyski, tworząc miejsca pracy, i wypłacają pracownikom pensje, które ci wydają z kolei na konsumpcję. Ale wzrost gospodarczy nie zawsze ma tak solidne podstawy. Gospodarka może na przykład rosnąć pod wpływem rozbuchanej konsumpcji na kredyt, jak miało to miejsce w USA przed kryzysem. Wzrost może być skutkiem zmasowanych inwestycji państwowych, co oglądamy właśnie w Chinach. Co absurdalne, PKB rośnie też po katastrofach naturalnych, uwzględnia bowiem wydatki na odbudowę, ale nie odlicza zniszczeń. Na tej samej zasadzie do wzrostu przyczyniają się wypadki samochodowe, korki na drogach, udział w wojnie w Afganistanie i epidemia świńskiej grypy.

Jeszcze ciekawsze jest to, czego PKB nie mierzy. Ponieważ wskaźnik ten uwzględnia tylko dobra posiadające cenę, ze statystyki wypadają wszystkie towary i usługi dostarczane bez pośrednictwa rynku. Nie chodzi tylko o szarą strefę, ale przede wszystkim o pracę domową – prowadzenie domu, opiekę nad dziećmi i osobami starszymi. W zależności od kraju, jej wartość szacuje się na 30–60 proc. PKB. Z tego względu wskaźnik ten systematycznie zaniża wartość gospodarek nierozwiniętych, gdzie rynki są słabe, a duża część wyrobów i usług jest dostarczana właśnie w ramach gospodarstw domowych. Z kolei w krajach rozwiniętych PKB zafałszowuje wartość usług świadczonych przez państwo, liczy je bowiem według nakładów, a nie efektów. Dla przykładu: Francuzi za mniejsze pieniądze dostają lepszą opiekę medyczną niż Amerykanie.

Naukowe próby obliczenia dochodu narodowego podejmowano już w XIX w., ale dopiero w latach 30. ostatniego stulecia państwa zaczęły tworzyć tzw. rachunki narodowe, czyli systematyczne bilanse całych gospodarek. W Stanach impulsem do rozpoczęcia tych prac był Wielki Kryzys – w 1932 r. Kongres zorientował się, że departament skarbu nie posiada podstawowych danych o stanie gospodarki. Ich zebranie zlecono młodemu ekonomiście rosyjskiego pochodzenia Simonowi Kuznetsowi i to on w 1942 r. po raz pierwszy obliczył produkt narodowy brutto (PNB), który stał się prekursorem PKB. Znając rozmiar całej gospodarki, Stany mogły zmaksymalizować produkcję broni, nie ryzykując bankructwa kraju.

Za swój wkład w pomiar dochodu narodowego Kuznets otrzymał w 1971 r. Nagrodę Nobla, ale już w latach 30. przestrzegał przed nadużywaniem tych liczb. „Nie można wnioskować o dobrobycie narodu tylko na podstawie dochodu narodowego” – mówił w wystąpieniu w Kongresie. Obsesja na punkcie PKB zaczęła się już po jego śmierci, na fali neoliberalnych reform lat 80., akcentujących wydajność w miejsce stabilności i konkurencję zamiast bezpieczeństwa. To wtedy wzrost gospodarczy zaczął być fetyszyzowany jako miara sukcesu gospodarczego i nadrzędny cel polityki ekonomicznej, a globalizacja uczyniła z PKB dyżurne narzędzie do porównywania gospodarek pod względem dynamizmu. Z kolei PKB per capita, czyli łączny produkt podzielony przez liczbę mieszkańców kraju, stał się powszechnie przyjętą miarą standardu życia.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną