Niełatwo odejść do konkurencji

Odchodzisz, nie przechodź
Jak sobie radzą firmy, gdy do konkurencji odchodzi ktoś, kto może znać ich tajemnice?
Albert Zawada/Agencja Gazeta

Nominacja Marka Sowy na stanowisko prezesa wydawnictwa Axel Springer Polska wywołała spore wrażenie w branży prasowej. Sowa niedawno kierował konkurencyjnym koncernem Agora SA.

Agora oficjalnie nie komentuje przejścia swego niedawnego prezesa do rynkowego rywala. Nie udziela także informacji, jak długi okres zakazu pracy w konkurencji miał zapisany w kontrakcie z Agorą Marek Sowa. Prawnicy przypuszczają, że rok, bo taki okres jest standardem w kontraktach podpisywanych przez prezesów i członków zarządów dużych spółek. Marek Sowa rozstał się z Agorą pod koniec 2008 r., pracę w Axel Springer podejmie w lutym 2010 r., więc zapewne wszystko jest zgodne z prawem.

Mimo to w wypowiedziach wydawców prasowych pobrzmiewa nuta wątpliwości dotycząca tego transferu. Sowa zna przecież wiele informacji dotyczących sytuacji Agory, z którą będzie teraz walczył na rynku. – Był stosunkowo krótko prezesem naszej spółki – dementuje jeden z członków kierownictwa Agory – przyszedł spoza branży prasowej, więc do spraw bieżącego zarządzania specjalnie się nie angażował. Jego domeną były funkcje reprezentacyjne, praca nad nowymi projektami z dziedziny mediów elektronicznych oraz kontakty z inwestorami.

W Agorze podejrzewają, że Sowa będzie chciał w nowej firmie zrealizować projekt, który u poprzedniego pracodawcy mu nie wyszedł: ekspansję wydawnictwa na rynku mediów elektronicznych.

W branży prasowej zmiany zachodzą na tyle szybko, że roczna przerwa, jaką gwarantuje zapis o zakazie konkurencji, powinna dać wystarczające poczucie bezpieczeństwa poprzedniemu pracodawcy – uważa Maja Meissner z firmy Aretes Consultans zajmującej się doradztwem personalnym i rekrutacją wyższej kadry menedżerskiej.

Bezcenny kurier

Zakaz konkurencji jest jednym ze sposobów, w jaki pracodawcy zabezpieczają się, by firmowe tajemnice nie przewędrowały do konkurenta, kiedy pracownik zmieni pracę. Oczywiście każdy pracodawca jest dodatkowo chroniony przez przepisy prawa, które zabraniają ujawniania tajemnic służbowych. Ale wiadomo: strzeżonego... Wykrycie przecieku nie jest łatwe, a jego udowodnienie jeszcze trudniejsze. Dlatego w umowach o pracę, kontraktach menedżerskich, a także w specjalnych aneksach, pracownicy muszą się zobowiązywać, że po ewentualnym odejściu nie podejmą pracy w konkurencyjnej firmie. Czasem wymienia się nawet, o jakie konkretnie firmy chodzi, częściej ustala branżę lub typ działalności. Taki zakaz w przypadku kadry średniego szczebla obowiązuje zwykle przez trzy do sześciu miesięcy, a prezesów, członków zarządów lub wysokiej klasy specjalistów nawet rok, a bywa i dłużej.

– Długie okresy zakazu konkurencji stosuje branża IT, firmy technologiczne, farmaceutyczne. Wszędzie tam, gdzie dużo się inwestuje w szkolenie i rozwój zawodowy pracowników. Nikt nie chce, by z jego inwestycji korzystał rynkowy rywal – tłumaczy Maja Meissner.

Bywa jednak, że długie zakazy konkurencji dotyczą pracowników, których nikt nie podejrzewałby, że są aż tak cenni. Na przykład kurierzy. – Zdarza się, że firmy kurierskie wobec kurierów stosują zakazy dwu-, a czasem nawet trzyletnie. Chcą się w ten sposób zabezpieczyć, by wraz z odchodzącym kurierem nie stracić klientów – wyjaśnia Monika Galas, headhunter z firmy Human Direct. Podobne problemy mają też firmy z innych branż, gdzie przejście pracownika do konkurencji wiąże się nie tyle z ryzykiem wycieku informacji, co utraty klientów. Dotyczy to na przykład firm doradczych, biur maklerskich czy kancelarii prawnych, gdzie klienci przywiązani są do konkretnego, pracownika i nie interesuje ich szyld nad jego biurem. Ale, jak się okazało, także firm budowlanych. Pod koniec grudnia Sąd Rejonowy w Siedlcach nałożył na inżyniera jednej z dużych firm budowlano-montażowych (który złamał umowę o rocznym zakazie konkurencji) nie tylko wysoką karę finansową, ale także – co się w Polsce nie zdarzało! – nakazał natychmiastowe rozwiązanie umowy o pracę u nowego pracodawcy.

Płać za niewierność

Rynkowy pojedynek konkurentów polega często nie tylko na podkupywaniu szczególnie cennych pracowników, ale też całych zespołów.

Takie doświadczenie stało się kilka lat temu udziałem firmy Targi Kielce, kiedy to w wyniku konfliktu właścicielskiego odszedł prezes, a wraz z nim grupa kluczowych pracowników. Wszyscy przeszli do nowo tworzonej konkurencyjnej firmy Kolporter Expo. Nowe kierownictwo Targów Kielce zaprotestowało twierdząc, że byli pracownicy, korzystając ze starych kontaktów i zdobytej wiedzy, przejmują teraz klientów, by organizować konkurencyjne imprezy. Nauczone przykrym doświadczeniem dało też pracownikom do podpisu aneksy do umów o pracę z zakazem konkurencji. Czas trwania zakazu był zależny od stanowiska – średnio na pół roku. Za jego złamanie pracownikom grozi zapłata odszkodowania wysokości trzyletniej pensji.

To stawka zaporowa, ale tak wysokie odszkodowania bywają zapisywane w kontraktach także innych firm. Bo większość pracodawców, jeśli ustala zakaz konkurencji, to obwarowuje go dotkliwą sankcją. – Bez sankcji zakaz nic nie znaczy. Jeśli pracownik przeszedłby natychmiast do konkurencji, musiałabym w sądzie udowodnić mu, że naraził tym moją firmę na szkodę. A to niezwykle trudne. Prostszym rozwiązaniem jest kara umowna: złamałeś zobowiązanie – płacisz – wyjaśnia szefowa działu personalnego w jednej z dużych firm telekomunikacyjnych. Przyznaje jednak, że i ten patent nie jest bez wad. Zdarzają się pracownicy, dla których zakaz konkurencji jest kuszącym bonusem finansowym, z którego warto skorzystać. Jeśli dysponują kwalifikacjami pozwalającymi na przejście do innej branży, często zwalniają się tylko po to, by u nowego zainkasować wysoką rekompensatę.

W naszej firmie zobowiązanie z zakazem konkurencji podpisuje 1–2 proc. najważniejszych pracowników. To często branżowe gwiazdy, o które trzeba dbać i zabiegać. Kusi się je nie pieniędzmi, ale skalą zawodowych wyzwań, zakresem obowiązków, możliwością awansu – tłumaczy pani dyrektor dodając, że między operatorami telekomunikacyjnymi istnieje dżentelmeńska umowa o niepodkupywaniu sobie pracowników. Chyba że sami przychodzą w poszukiwaniu nowej pracy. Oczywiście, jak każda reguła i ta ma wyjątki. Czasem trzeba kogoś zwerbować. I raczej nie dlatego, że zna wiele tajemnic konkurencyjnej firmy, ale dlatego, że ma doświadczenie. Także dlatego, że nauczył się wiele na sukcesach i porażkach poprzedniego pracodawcy.

– Zdarza się, że przychodzi do nas klient i zlecając rekrutację pracowników wyjaśnia, w których firmach mamy ich szukać, a czasem wręcz podaje konkretne nazwiska. Jeśli taki pracownik jest szczególnie cenny, a ma zakaz konkurencji, bywa że nowy pracodawca jest gotów pokryć zobowiązania pracownika wynikające z umowy – mówi Monika Galas. Dodaje, że przyjmując takie zlecenie firma headhunterska sama często musi podpisać w umowie zobowiązanie, że przez określony czas nie będzie podejmowała prób zwerbowania pracowników w firmie swojego klienta.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną