Polityka kontra biznes

Zimny stosunek
Nadmierna zażyłość władzy i biznesu zakończyła się aferą Rywina. Dziś politykami rządzi strach przed posądzeniem, że chcą pomóc. A ten strach psuje przedsiębiorczość.
Maciej Toporowicz/BEW

Symbolem bliskiej zażyłości polityków z biznesmenami stał się pałacyk Sobańskich, siedziba Polskiej Rady Biznesu. To tam podczas eleganckich kolacji zapadać miały decyzje o prywatyzacji czy polityce podatkowej. Wiesław Kaczmarek, minister skarbu w rządzie Leszka Millera, nie pamięta, aby na forum rządu odbywała się dyskusja w sprawie obniżki CIT (podatku dochodowego dla przedsiębiorstw). To kto i gdzie przekonał premiera?

Za rządów PiS, LPR i Samoobrony wahadło wychyliło się w przeciwną stronę. Rząd rządził, a parlament uchwalał prawo, nie przejmując się tym, jak zmienia ono warunki funkcjonowania przedsiębiorców. Pozbawiono ich możliwości wypowiadania się we własnej sprawie, a stosunek polityków do firm zawierał się w słynnym zdaniu premiera Kaczyńskiego: „jeśli ktoś ma pieniądze, to skądś je ma”. Za rządów PO-PSL, wbrew deklaracjom, zmieniło się niewiele. Zamiast styk polityki z biznesem ucywilizować i unormować, uznano, że wciąż bezpieczniej takich kontaktów unikać. To także prowadzi do patologii. Jej symbolem stał się lokal Pędzący Królik – to w nim dochodziło do dwuznacznych spotkań odkrywanych przy okazji badania kulis afery hazardowej. Ponieważ politycy wciąż boją się rozmawiać z biznesmenami, więc przedsiębiorcy szukają do nich dojść przez znajomości.

Setki Sobiesiaków

Przedsiębiorcy zażyłość z politykiem ciągle bardziej szkodzi, niż pomaga. Wrocławska firma Work Service, w której 17 proc. udziałów miał senator Marek Misiak, straciła na tym co trzeciego klienta. – Po aferze Misiaka obroty spadły o 35 proc. – mówi prezes Tomasz Szpikowski, który z polityką nie chce mieć nic wspólnego. Chociaż więc byli pracownicy stoczni szczecińskiej ciągle szukają pracy, a fabryka helikopterów w Mielcu potrzebuje wielu spawaczy i tych ze stoczni śmiało można by do nowej roboty przyuczyć, to Work Service na pewno już w tym pośredniczyć nie będzie.

Do posłanki Platformy Obywatelskiej Krystyny Skowrońskiej właśnie zgłosiła się grupa burmistrzów z gmin narciarskich. Chcą uelastycznienia podatku gruntowego, na którego wysokość ma teraz wpływ wartość lin, krzesełek i całego wyciągu. W czasie takiej zimy jak obecna przedsiębiorcy z pewnością na podatek zarobią. Ale z czego go zapłacą, jeśli nie będzie śniegu? Pierwsze pytanie, jakie zadała im posłanka, brzmiało: „Nie boicie się, że ktoś wam zarzuci, że chcecie zmiany prawa pod Zieleniec”? Oczywiście, że tak, tylko co w tym złego? Jeśli przedsiębiorcy będą się obawiać, że inwestycje w wyciągi nie zarobią na siebie, to narciarze nadal będą wybierali Alpy albo chociaż Słowację.

Z mediów w stronę biznesmena Sobiesiaka (jeden z bohaterów afery hazardowej) płyną wyłącznie słowa potępienia. Takich Sobiesiaków mamy w Polsce setki tysięcy. Wszyscy oni na każdą decyzję urzędu czekają miesiącami, nie każdy jednak ma dojście do posła Chlebowskiego. – Gdyby w gminie Zieleniec był plan zagospodarowania przestrzennego, to wszyscy wiedzieliby, czy w tym miejscu ma być wyciąg, czy może coś innego. Jeśli wyciąg, to staranie się o dziesiątki pozwoleń, m.in. na wycinkę lasu, stałoby się bezzasadne. Czy jest winą Sobiesiaka, że takiego planu nie ma? – pyta Maciej Grelowski z BCC. Przedsiębiorca, jeśli nie musi, to kontaktu z politykiem nie szuka. Ale działalność gospodarczą reguluje ponad 700 różnych przepisów, każących zdobywać zezwolenia, koncesje, zaświadczenia. Strach przed posądzeniem, że chcą przedsiębiorcy pomóc, paraliżuje nie tylko polityków, ale także urzędników. Więc jak długo mogą, starają się tych zaświadczeń nie wydawać.

Zdjęcie z biznesem

Kiedy porty lotnicze podziękowały amerykańskiej firmie za nieudolne zarządzanie hotelem Marriott na Okęciu, u naszego ministra infrastruktury interweniował amerykański ambasador. Przed zakupem samolotów F-16 grzały się rządowe linie od telefonów z kilku ambasad. Ustawa o obiektach wielkopowierzchniowych skłoniła do interwencji ambasadora Francji. Przykładów, gdy dyplomaci innych państw starają się pomagać swoim firmom działającym w Polsce, jest mnóstwo. – Nasi dyplomaci promują tylko orła i Chopina – kwituje Maciej Grelowski. Państwowemu PZU bardzo potrzebna była pomoc rządu, gdy starał się kupić ubezpieczeniową część upadłego amerykańskiego giganta finansowego AIG. Zanim do niej doszło, transakcja przestała być aktualna.

Za prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego w wizytach zagranicznych zawsze towarzyszyło mu kilka osób z biznesu, podobnie jak głowom innych państw w czasie wizyt w naszym kraju. Prezydent Francji zabrał prezesa France Telekomu, gdy ten starał się o Telekomunikację Polską. Towarzyszyli mu też szefowie firm, które miały zamiar u nas inwestować. To na świecie normalna praktyka. Ale u nas jest nienormalna. Pomoc dla polskiej firmy w zdobyciu zagranicznych kontraktów byłaby od razu potraktowana jako dowód przestępczej korupcji.

Prezydent Lech Kaczyński starał się pomóc polskiemu biznesmenowi tylko raz: Ryszard Krauze, kontrolujący Petrolinvest, szukając ropy w Kazachstanie, bardzo był zainteresowany wizytą polskiego prezydenta w tym kraju. Zakończyła się jednak dyplomatyczną porażką, gdyż planowane spotkanie Lecha Kaczyńskiego z prezydentem Nazarbajewem nie doszło do skutku. W ostatniej chwili odwołała je strona kazachska. Głowa naszego państwa poczuła się urażona. W biznesowych środowiskach plotkuje się, że Nazarbajew wbił gwóźdź do trumny Krauzego. Potem był film z 30 piętra hotelu Marriott.

Organizacje przedsiębiorców nie dostają już z Kancelarii Prezydenta zaproszeń do samolotu w czasie jego wizyt zagranicznych. Jako jedyny zaprasza już tylko wicepremier Waldemar Pawlak. Do powołanej przez prezydenta rady konsultacyjnej też zaproszono teoretyków, a nie praktyków. Lech Kaczyński konsekwentnie ogranicza kontakty z biznesem. Zrezygnował nawet z przyznawania nagród gospodarczych prezydenta, które najlepszym polskim firmom corocznie wręczał jego poprzednik. Dla laureatów możliwość zamiany kilku słów z głową państwa i zrobienie wspólnej fotografii miało także wielką wartość promocyjną. Teraz, gdy zbliżają się wybory prezydenckie, o promocji Lecha Kaczyńskiego zaczyna myśleć jego kancelaria. Prezydent zaszczycił swoją obecnością galę Konfederacji Pracodawców Polskich oraz BCC, choć wcześniej nie miał takiego zwyczaju. Teraz zdjęcie z polskimi przedsiębiorcami potrzebne jest i jemu?

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną