Biznes ogródkowy

Komu rośnie w ogrodzie
Kiedy Polak zaczyna krzątać się w ogrodzie, ręce zaciera niemiecki producent narzędzi ogrodniczych, szwedzki dostawca sprzętu mechanicznego, a także nowozelandzki hodowca bratków. Najbardziej zaś cieszą się Chińczycy.
joe calhoun/Flickr CC by SA

Anja A./PantherMedia

Szczepan Marczyński, właściciel firmy Clemantis. Z naukowca stał się europejskim potentatem w branży ozdobnych powojników
Tadeusz Późniak/Polityka

Szczepan Marczyński, właściciel firmy Clemantis. Z naukowca stał się europejskim potentatem w branży ozdobnych powojników

Globalizacja dotarła do przydomowych ogródków, do których coraz bardziej uciekamy przed cywilizacją. Obywatele świata w ubiegłym roku wydali na pielęgnację ogródków 170 mld dol., a statystyczny Polak – 76, czyli więcej niż bogaty Szwajcar (62 dol.). Wyliczyła to szwedzka Husqvarna, największy światowy producent urządzeń mechanicznych, do kasy której wpływa największa część tych pieniędzy. Jeszcze trzy lata temu Husqvarna, produkująca sprzęt dla zaawansowanych (kosiarki, pilarki i riderki, czyli małe traktorki do pielęgnacji zieleni), pod względem ilości zarobionych pieniędzy rywalizowała z niemiecką Gardeną, dostawcą narzędzi ogrodniczych dla początkujących (grabki, pazurki, łopatki), ale także systemów nawadniających. W 2008 r. Gardena została przejęta przez Husqvarnę i od tej pory pieniądze płyną już do jednej kasy.

Ogrodowy biznes najszybciej kręci się w Skandynawii, Chinach, Rosji i Polsce. Dania i Szwecja wydają na pielęgnację zieleni najwięcej, natomiast w pozostałych krajach imponuje tempo wzrostu tych wydatków. Polski rynek sprzętu, narzędzi, sadzonek czy krzewów szacowany jest na około 10 mld zł, ale tak naprawdę na ogródki wydajemy więcej. Jeśli już je mamy, nie wyobrażamy sobie letnich wieczorów bez grilla, co pociąga za sobą konieczność zakupu całego oprzyrządowania. W naszym klimacie wskazana jest też altanka, posiadacze ogródków przyczyniają się do nakręcania branży budowlanej. Jak jest grill i altanka – to wzrasta zapotrzebowanie na piwo itd. Ogródkowa moda zbliżyła mieszkańców wsi do miasta, i tu, i tam zobaczymy takie same altanki, oczka wodne, wszędzie w weekendy unosi się podobny zapach grillowanego mięsa i kiełbasek. Na wieś zawitały też trawniki.

Ogródek do jedzenia

Światowi potentaci doskonale wiedzą, jak tę koniunkturę nakręcać. Pierwsze narzędzia Gardeny pojawiły się w naszym kraju w 1994 r., a dziś mieszkaniec najdalszego zakątka Polski nie może mieć do sklepu ze sprzętem tej marki dalej niż 20 km – zapewnia Marta Winiarek-Miętus, reprezentująca Husqvarnę. To się nazywa sieć! Nasz rynek prezentuje się tak obiecująco, że szwedzka firma postanowiła nawet wybudować w Polsce fabrykę. Powstanie w Mielcu, w Specjalnej Strefie Ekonomicznej. Grabki, motyczki i pazurki z logo Gardena produkują już Rumuni.

Światowy lider w branży ogrodniczej dopieszcza nas także w inny sposób. Właśnie ukazał się Global Garden Report 2010, z którego dowiadujemy się, jakie mody i trendy obowiązywać będą w ogródkach w najbliższych latach. Międzynarodowa firma badawcza Kairos Future sporządziła go na podstawie lektury blogerów – ogrodników z trzynastu krajów świata, chętnie chwalących się swoim kawałkiem zieleni. W raporcie uwzględniono opinie 18,7 tys. blogerów z Chin, 8 tys. z Norwegii aż 58 tys. z Polski. Na trendy panujące w ogródkach największy wpływ będą jednak mieli Anglicy – raport zawiera opinie aż 362 tys. internautów z Wysp.

Okazuje się, że bez względu na stopień zamożności ogródek służy nam przede wszystkim „do jedzenia”. „Uprawa warzyw, owoców oraz ziół na własny użytek jest obecnie największym światowym trendem” – konkludują autorzy raportu. Najskuteczniejszą trendsetterką nowej mody okazała się Michelle Obama, która zamieniła część trawnika przy Białym Domu na organiczny ogród warzywny. Zasługi w propagowaniu upraw ekologicznych ma także książę Karol. Na hasło „eko” jesteśmy w stanie wydawać coraz większe pieniądze, niekoniecznie z głową.

Bez względu na to, jaka moda zapanuje w naszym ogródku, najwięcej i tak zarobi Husqvarna, aż 11 proc. pieniędzy wydajemy na narzędzia i sprzęt. Ale konkurenci z branży jej nie zazdroszczą, ponieważ każdemu euro, dolarowi czy złotówce wydanej na sprzęt i narzędzia, towarzyszą następne, za które kupimy nawozy, sadzonki, krzewy, altanki, oczka wodne itp. Ogrodowego tortu chce posmakować coraz więcej branż niemających z zielenią nic wspólnego.

Zrób to sam, czyli ogródek bezkosztowy

Po tegorocznej ostrej zimie właściciele wielu ogródków musieli zacząć sezon od wykopywania przemarzniętych drzewek i krzewów. – To ofiary różnej maści dodatków do gazet, które w przeważającej większości są przedrukami z prasy angielskiej – uważa Marcin Rostenis, właściciel firmy Architektura Krajobrazu, pielęgnującej ogrody. – Te poradniki dla początkujących pełne są zdjęć roślin, które świetnie uprawia się na Wyspach, ale niekoniecznie w Polsce. Modelowym przykładem są żywopłoty z laurowiśni, bardzo ostatnio u nas modne. Nawet jeśli nie wymarzły tej zimy, to mogą nie przetrwać następnych, im stają się wyższe, tym są wrażliwsze na nasze przeciągi.

Władze Międzyzdrojów właśnie obsadzają Aleję Gwiazd palmami z Maroka, uwierzyły, że wytrzymują one mrozy nawet do –25 stopni. Problem w tym, że te –25 stopni u nas oznacza zwykle przemarzniętą ziemię, a korzenie palmy są mało odporne. Może władze Międzyzdrojów będą je na zimę owijać w słomiane chochoły? Tyle że wtedy Aleja Gwiazd już nie będzie wyglądać jak w Cannes.

Właściciele sklepów ogrodniczych i hurtownicy też uważnie czytają „wrzutki” o ogrodach. Dziś sprowadzić do Polski można wszystko, więc najlepiej kupować te rośliny, które tak ładnie prezentują się w poradnikach, na przykład przepiękne kolekcje dzwonków. Teoretycznie są to byliny, czyli rośliny wieloletnie, w naszym klimacie zwykle nie przetrzymują zimy. Na drugi rok trzeba kupić nowe – i biznes się kręci.

Na początkujących najwięcej zarabiają hodowcy holenderscy, hiszpańscy, portugalscy i nowozelandzcy. Z tych krajów przywozi się najwięcej roślin kwitnących. Człowiek wchodzi do sklepu i oczu oderwać nie może, takie piękne. Kupuje, sadzi i... za chwilę pędzi po następne, bo – kiedy przekwitną, nie są już takie ładne. W tym segmencie zachodni dostawcy wykosili polską konkurencję. – Jednoroczne rośliny kwitnące muszą pięknie wyglądać już w sklepie, czyli wczesną wiosną – tłumaczy Rostenis. – W szklarniach jednak nie opłaci się ich uprawiać, byłyby zbyt drogie. Rosną więc w krajach, gdzie dzień jest dłuższy i nie trzeba ich dogrzewać. Przy masowej produkcji koszty transportu okazują się niższe niż prądu.

Na początkujących, którzy chcą swój ogródek uprawiać własnoręcznie w nadziei, że tak będzie taniej, ostrzą sobie zęby producenci nawozów, w Polsce jest już oferta największych firm światowych. Załatwiły nas marketingowo, zdając sobie sprawę, że w uprawie kwiatków jesteśmy kompletnie zieloni. Nie studiujemy więc składu na opakowaniu, bo i tak nie wiemy, czy azot potrzebny jest, żeby bujnie rosły, ładniej kwitły, czy może dopiero przy zawiązywaniu owoców? Najczęściej jedziemy z wózkiem po supermarkecie i wkładamy „nawóz do pelargonii”, „do surfinii”, „do rododendronów”, tyle pudełek, ile roślin, a rachunek przy kasie trzycyfrowy. Moglibyśmy to wszystko opędzić jednym rodzimym Florowitem, byłoby o wiele taniej, ale na razie jego producent, Inco Veritas nie umie nas zachęcić odpowiednim opakowaniem.

Wielkim wyzwaniem dla początkujących jest trawnik. Pan S. po przeprowadzce z Krakowa do Warszawy wynajął do tego celu fachowców. Zamiast jednak roboty, jaką przyjdzie im wykonać, najwyraźniej oszacowali siłę nabywczą klienta, dom w końcu na Żoliborzu. – Zaśpiewali 3,5 tys. zł za kawałek o długości 15 i szerokości 10 m – oburza się S. Od tamtej pory postanowił wszystko robić sam. Nie poszedł na łatwiznę i nie kupił trawnika z metra. Splantował ziemię, posiał trawę (spośród wielu dostępnych rodzajów wybrał sportową, czyli taką, którą wysiewa się na boiskach, żeby dzieci mogły po niej biegać) i trawnik prezentował się pięknie. W tym roku, gdy stopniał śnieg, zobaczył, że jego dzieło jest pokryte pleśnią. Może zaszkodziła mu sól, jaką zimą posypywano chodniki.

Zaawansowani płacą więcej

W zielonej branży nie tylko porażki, ale także ogrodnicze sukcesy pociągają za sobą następne wydatki. Pan S., jeśli nie da zarobić fachowcom, wpędzi się w potężne koszty. W Castoramie albo Leroy Merlin, których działy ogrodnicze odwiedza regularnie, będzie musiał zakupić najpierw areator, czyli maszynę do wyczesywania trawników, a następnie dodatkowo wertykulator, by zapewnić trawnikowi dostęp świeżego powietrza. Ponieważ na tani chiński sprzęt już się kilka razy nabrał, z pewnością zakupi markowy i zostawi w hipermarkecie dobrze ponad tysiąc złotych. W tym roku drugi raz ani areatora, ani wertykulatora już nie użyje, są potrzebne tylko wiosną.

Istnieje też obawa, że – używając wertykulatora – może uszkodzić system nawadniający Gardeny, który także zamontował sam, inwestując w ogródek kilka tysięcy złotych. No, ale dzięki temu nie marnował wody. System nawadnia tylko to, co trzeba, nie pryska na chodnik, jak uprzednio stosowany zraszacz, także Gardeny. Pan S. zachował się ekologicznie. Podobnie jak wtedy, gdy kupował w supermarkecie lampki solarne, po 15 zł sztuka. Miały się ładować w dzień, od słońca, a wieczorem pięknie oświetlać ogródek. Okazało się – może klimat mamy nieodpowiedni? – że solary ładują się marnie, wieczorem ledwo świecą – w dodatku zimnym, trupim światłem. Dobrze, że przez zimę pordzewiały i trzeba było je wszystkie wyrzucić. Podobnie jak chińską dmuchawę do liści za 99 zł, której moc okazała się zbyt słaba i żadnego liścia nie wciągnęła.

Właściciel ogródka, który upiera się przy zasadzie „zrób to sam”, bardziej wystawiony jest na inne ekologiczne pokusy. Takie jak ostatni ekologiczny hit Hus-qvarny – automower, czyli inteligentna kosiarka, która gryzie trawę, rozdrabnia ją i zostawia na trawniku w charakterze kompostu. Ładuje się ją, jak komórkę, prądem, więc nie wydziela spalin. Sama porusza się po trawniku i łagodnie omija przeszkody, na przykład dzieci. Szwedzka firma produkuje automowery różnej wielkości, także do bardzo małych ogródków. Ich właściciele też przecież chcą być ekologiczni.

Być może najbardziej ekologicznie byłoby nie kupować tego wszystkiego i wynająć fachowców, którzy przyjadą z własnym sprzętem. Za takim rozwiązaniem kryją się jednak inne, wcale nie mniejsze, wydatki. Profesjonalista pod hasłem „eko” może nam wyrzucić z ogródka wszystkie zioła. – Jeśli chcemy je uprawiać, nie powinniśmy wysadzać roślinek kupionych w sklepie – uważa Marcin Rostenis. – Są przenawożone, pełne metali ciężkich. Bardzo wchłaniają je też ze spalin. Jeśli mięta rośnie bliżej niż 40 m od ulicy, herbata z niej dostarczy nam tyle metali ciężkich co dziesięciominutowa inhalacja przy rurze wydechowej samochodu.

Główne jednak niebezpieczeństwo, jakie wiąże się z wynajęciem profesjonalistów, polega na tym, że dopiero oni są mistrzami w nakręcaniu ogrodowej koniunktury. Zdaniem Agnieszki Duc, szefowej renomowanej Ogrodowni, ten kawałek zieleni powinien wyrażać osobowość właściciela domu, a w najgorszym razie być przedłużeniem salonu. – Jeśli jest zaprojektowany w stylu minimalistycznym, z podłogą z naturalnego kamienia, dużą ilością szkła i metalu, to w ogrodzie trudno sobie wyobrazić altankę z drewna – uważa projektantka ogrodów. Altanka też powinna być minimalistyczna, z użyciem szkła i metalowych prętów. Moda na minimalizm nie obejmuje jednak cennika, zaprojektowanie ogrodu o powierzchni tysiąca metrów to wydatek około 5 tys. zł, suma rośnie wraz z wielkością ogrodu. Potem wyasygnować trzeba już tylko kilkaset złotych miesięcznie na pielęgnację. Firmy dają gwarancję na to, że rośliny przetrwają zimę, tylko wtedy, gdy powierza im się całościową opiekę nad ogrodem.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną