Czy gaz z łupków da nam wolność

Łupanie gazu
Polska leży na gigantycznych złożach gazu, które rząd oddał za bezcen Amerykanom, po to, byśmy nadal byli uzależnieni od rosyjskiego Gazpromu. To nowa teoria spiskowa, robiąca karierę w niektórych mediach. Mamy więc ten gaz czy nie?
Leo Torri/BEW

Polityka

Polityka

Dowody na istnienie wielkiego gazu są na razie pośrednie: złóż szukają wielkie amerykańskie koncerny naftowe ExxonMobil, ConocoPhillips, Chevron i Marathon. Jeśli chcą u nas wiercić, to wcześniej czy później gaz znajdą, inaczej by się nie fatygowali – głosi najpopularniejsza teoria entuzjastów gazu łupkowego. Same naftowe giganty także nie kryją nadziei na sukces. W komunikatach giełdowych poinformowały już akcjonariuszy o polskich dobrze rokujących koncesjach. Polska zyskuje w świecie sławę potencjalnego gazowego eldorado. Potwierdzają to opinie międzynarodowych firm doradczych. Według ekspertów firmy Wood Mackenzie, wydobywalne zasoby polskiego gazu łupkowego mogą sięgać 1,4 bln m sześc., a według Advanced Resources International nawet 3 bln m sześc. Przy naszym dzisiejszym zużyciu gazu (ok. 14 mld m sześc.) oznaczałoby to, że mamy gazu na 100, a może 200 lat. Jak mogliśmy do tej pory przegapić taki skarb?

Tajemnica kryje się w określeniach gaz niekonwencjonalny albo gaz łupkowy. Jest to gaz ziemny ukryty głęboko, w trudno dostępnych warstwach geologicznych. O tym, że tam jest, wiedziano już ponad sto lat temu, jednak do końca XX w. nikomu nie udało się znaleźć wydajnego i ekonomicznie opłacalnego sposobu wydobycia.

Na czym polega problem? Otóż konwencjonalne złoże to porowata skała nasycona gazem, otoczona grubą, nieprzepuszczalną warstwą. Wystarczy ją przewiercić i gaz pod ciśnieniem będzie wydobywał się na powierzchnię. Są jednak warstwy geologiczne, gdzie gaz jest ukryty w masie niewielkich szczelin wśród nieprzepuszczalnych skał, a trudno do każdego zakamarka zapuszczać rurę. Zwie się go gazem zaciśniętym. Podobny kłopot jest z łupkami, warstwą geologiczną zawierającą dużo materii organicznej sprzed milionów lat. To węglowodorowy matecznik – tu gaz się narodził i stąd migrował, by tworzyć konwencjonalne złoża. Sporo go jednak w łupkach jeszcze pozostało. Ocenia się, że na całym świecie jest go tam wielokrotnie więcej niż w złożach konwencjonalnych. A łupków ci u nas dostatek. Ich szeroki pas ciągnie się od wybrzeża, między Słupskiem a Gdańskiem, w kierunku Warszawy aż po Lublin i Zamość. Jest także trzeci typ gazu niekonwencjonalnego, którego możemy mieć niemało. To metan uwięziony w pokładach węgla kamiennego – zmora górników, ale potencjalnie cenne źródło paliwa. Na razie wydobywany jest w Polsce na niewielką skalę, głównie ze względu na górnicze BHP. Jak się do tego wszystkiego dobrać?

W dół i w bok

Pierwsi na gaz niekonwencjonalny zagięli parol Amerykanie. Mają ogromne złoża łupków, a gaz muszą sprowadzać statkami. Do eksploatacji zabrały się głównie małe firmy naftowe, silnie wspierane przez amerykański rząd, któremu dolega uzależnienie kraju od importu paliw. Specjalną ustawą producenci gazu niekonwencjonalnego zostali zwolnieni z podatków, zaś rosnące ceny gazu poprawiły opłacalność inwestycji. Wielkie koncerny na początku sprawę łupków przespały. Teraz zrozumiały swój błąd i starają się nadrobić dystans szukając gazu w Europie – w Polsce, na Węgrzech, w południowych Niemczech. Dlaczego nie w USA? Bo tam łupkowa rewolucja doprowadziła do takiej obniżki cen gazu, że na razie inwestycje przynoszą mały zysk.

Kluczem do łupkowego sezamu okazały się dwa rozwiązania techniczne. Pierwsze to wiercenie poziome: po osiągnięciu określonej głębokości świder może skręcić i horyzontalnie drążyć wybraną warstwę na odległość ponad kilometra od wieży wiertniczej. Drugim sukcesem okazało się szczelinowanie. Do otworu wtłacza się pod ogromnym ciśnieniem wodę z piaskiem, która rozsadza podziemne warstwy, a piasek wnikając w powstałe szczeliny zapobiega ich ponownemu zaciśnięciu. Seria takich zabiegów sprawia, że gaz uwięziony w zakamarkach złoża znajduje ujście na powierzchnię. Wszystko to jest technicznie skomplikowane i kosztowne, więc wydobycie gazu łupkowego jest dużo droższe niż konwencjonalnego, zwłaszcza że takie złoże trzeba gęsto szpikować otworami (średnio co kilometr), bo nie dają one dużych ilości paliwa. A jeden odwiert to koszt 15–20 mln dol.

– Osiągnięciem Amerykanów było opracowanie technologii wierceń horyzontalnych i szczelinowania, ale jeszcze większym doprowadzenie jej do skali przemysłowej, co sprawiło, że wydobycie gazu łupkowego stało się opłacalne – wyjaśnia Mirosław Rutkowski z Państwowego Instytutu Geologicznego.

W efekcie już 10 proc. gazu wydobywanego w USA pochodzi z krajowych złóż łupkowych, a prognozy mówią, że w ciągu tej dekady udział ten wzrośnie do 20–30 proc. Władze federalne szacują, że wydobywalne złoża gazu łupkowego w USA wynosi ok. 20 bln m sześc. Połowę swego gazu Amerykanie zawdzięczają już wszystkim źródłom niekonwencjonalnym. W ubiegłym roku USA stały się największym producentem gazu na świecie. Wszystko to nie pozostało bez wpływu na światowe rynki gazu, zwłaszcza skroplonego (LNG), którego USA importowały ogromne ilości.

Zadziałał przy tym efekt domina. Ponieważ Amerykanie radykalnie zredukowali import gazu LNG, a światowa gospodarka popadła w kryzys, na rynku pojawiły się spore jego nadwyżki. Trafił on głównie do Europy wywołując obniżkę cen i stawiając w trudnej sytuacji wielkie zachodnie koncerny importujące gaz z Rosji, jak niemiecki EON czy włoski Eni. Gazprom wykorzystując klauzule długoletnich umów nie miał początkowo zamiaru redukować swoich zysków, ale został zmuszony do bezprecedensowych obniżek. Rosjanie zaczęli rewidować swoje plany wydobywcze. Skreślili uruchamianie złoża sztokmańskiego na dalekiej północy, z którym wiązali duże nadzieje. Plan zakładał, że będzie tam produkowany gaz LNG z przeznaczeniem na rynek USA.

Gaz z sufitu

Informacje dotyczące zasobów gazu łupkowego wywołały w Polsce prawdziwy wstrząs. Jeśli mamy go tyle, to po co po prośbie chodzimy do rosyjskiego Gazpromu? Trzeba szybko podłączyć rury do złóż i odkręcić kurki. Nafciarzy strasznie takie poglądy irytują.

Obliczenia Wood Mackenzie z bilionami metrów sześciennych polskich zasobów gazu łupkowego, mówiąc delikatnie, są wzięte z sufitu. Po prostu oparli szacunki na wielkości formacji łupków ilastych, których w Polsce mamy sporo, oraz danych dotyczących statystycznej akumulacji gazu pochodzących z USA. Problem polega jednak na tym, że polskie łupki pochodzą z innego okresu geologicznego niż amerykańskie. Póki się nie sprawdzi odwiertami, czy jest tam gaz, wszystko jest dzieleniem skóry na niedźwiedziu – wyjaśnia geolog prosząc o zachowanie anonimowości, bo gaz łupkowy stał się dziś problemem politycznym. A to nie jego specjalność.

Podobnie oceniają sprawę analitycy z firmy doradczej Frost&Sullivan. I ostrzegają przed hurraoptymizmem. Eksploatacja gazu łupkowego jest droga i skomplikowana, wymaga też stworzenia odpowiedniego zaplecza. Jeśli więc możemy liczyć na paliwo z tego źródła, to nie wcześniej niż po 2020 r. Henryk Jezierski, wiceminister środowiska i główny geolog kraju, ocenia nasze złoża gazu łupkowego na kilkaset miliardów metrów sześciennych. Maciej Woźniak, główny doradca premiera ds. energetycznych, sekretarz Zespołu ds. Polityki Bezpieczeństwa Energetycznego, jest zdania, że potencjał polskich złóż może przekroczyć bilion metrów sześciennych. Do takiego wniosku doszedł na podstawie analiz i opinii ekspertów.

Z kolei Hubert Kiersnowski z Państwowego Instytutu Geologicznego, specjalista w dziedzinie polskich łupków, ocenia ich potencjał na co najmniej 150 mld m sześc. gazu. Najniższa prognoza jest więc dwadzieścia razy niższa od najbardziej optymistycznej. Świadczy to, że właściwie każda liczba jest dziś równie prawdopodobna. Krzysztof Grzybowski, szef zespołu Technical Insights z warszawskiego oddziału Frost&Sullivan, przypomina też, że samo pojawienie się amerykańskich koncernów nie musi oznaczać sukcesu. W latach 1990–96 kilka zagranicznych firm (Amoco, Texaco, McCormic) przymierzało się do wydobywania metanu z polskich pokładów węgla. Prowadziły testy wierceń, ale prace porzuciły.

Janusz Steinhoff, były wicepremier i minister gospodarki, dobrze pamięta tamte niespełnione nadzieje na metan ze złóż węgla, bo był wtedy prezesem Wyższego Urzędu Górniczego. – Od tego czasu w technice wydobycia gazu dokonał się olbrzymi postęp. Dlatego jestem przekonany, że będziemy mieli metan ze złóż węgla i gaz łupkowy. Nie za rok czy dwa, ale pewnie za siedem albo osiem lat. Nie będzie go tyle, żeby całkowicie wyeliminować konieczność importu gazu, ale poprawi się nasze bezpieczeństwo energetyczne. Zwłaszcza że polska elektroenergetyka będzie zużywała coraz więcej gazu. Zmusi ją do tego unijny pakiet klimatyczno-energetyczny – przekonuje Janusz Steinhoff.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną