Świat się kłóci: jak ratować gospodarkę?

Ciąć czy dąć
Za wcześnie, by zdejmować nogę z gazu, mówi Ameryka. Trzeba pilnie redukować deficyty budżetowe, odpowiada Europa przestraszona kryzysem euro. Gospodarcze priorytety już dawno nie różniły się tak bardzo po obu stronach Atlantyku.
ACTIONPRESS/BEW

Gdy jesienią 2008 r., w wyniku błędnej polityki monetarnej banków centralnych (na którą nałożyła się gigantyczna niekompetencja, a czasem i nieuczciwość sektora prywatnego), cały światowy system finansowy stanął na krawędzi przepaści, na ratunek pośpieszyły rządy wielu krajów. Zaaplikowały programy ratunkowe o skali i charakterze poprzednio niespotykanych, pompując miliardy dolarów, przejmując kulejące instytucje finansowe, stając się akcjonariuszami wielkich firm, grając rolę ostatniej deski ratunku. Społeczeństwa, które utraciły poczucie bezpieczeństwa, nie tylko były gotowe zaakceptować bardziej aktywną rolę rządu, ale nawet się o to upominały. Zaczęto mówić o triumfalnym powrocie keynesizmu.

Amerykańskie rozczarowanie

Ale w wielu przypadkach rządowa akcja przyniosła rezultaty skromniejsze niż oczekiwano. Dlaczego? Bo wysiłki przypominały leczenie kataru u pacjenta cierpiącego na chorobę wieńcową. Były bardziej odruchem paniki niż wynikiem przemyślanego długofalowego planu.

Szczególne rozczarowanie widać w Ameryce, która w latach 2008–09 straciła 8,3 mln miejsc pracy, a do maja 2010 r. odzyskała niespełna milion. Z całego pakietu stymulacyjnego, czyli programu regulowania i pobudzania gospodarki, uchwalonego przez Kongres USA w wysokości 787 mld dol., do połowy czerwca 2010 r.

Wykorzystałeś swoją miesięczną pulę 10 tekstów z POLITYKI dostępnych nieodpłatnie w naszym serwisie.
Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną