Prenumerata na trudne czasy.

6 miesięcy za 99 zł.

Subskrybuj
Rynek

Ciąć czy dąć

Świat się kłóci: jak ratować gospodarkę?

ACTIONPRESS / BEW
Za wcześnie, by zdejmować nogę z gazu, mówi Ameryka. Trzeba pilnie redukować deficyty budżetowe, odpowiada Europa przestraszona kryzysem euro. Gospodarcze priorytety już dawno nie różniły się tak bardzo po obu stronach Atlantyku.
Polityka

Gdy jesienią 2008 r., w wyniku błędnej polityki monetarnej banków centralnych (na którą nałożyła się gigantyczna niekompetencja, a czasem i nieuczciwość sektora prywatnego), cały światowy system finansowy stanął na krawędzi przepaści, na ratunek pośpieszyły rządy wielu krajów. Zaaplikowały programy ratunkowe o skali i charakterze poprzednio niespotykanych, pompując miliardy dolarów, przejmując kulejące instytucje finansowe, stając się akcjonariuszami wielkich firm, grając rolę ostatniej deski ratunku. Społeczeństwa, które utraciły poczucie bezpieczeństwa, nie tylko były gotowe zaakceptować bardziej aktywną rolę rządu, ale nawet się o to upominały. Zaczęto mówić o triumfalnym powrocie keynesizmu.

Amerykańskie rozczarowanie

Ale w wielu przypadkach rządowa akcja przyniosła rezultaty skromniejsze niż oczekiwano. Dlaczego? Bo wysiłki przypominały leczenie kataru u pacjenta cierpiącego na chorobę wieńcową. Były bardziej odruchem paniki niż wynikiem przemyślanego długofalowego planu.

Szczególne rozczarowanie widać w Ameryce, która w latach 2008–09 straciła 8,3 mln miejsc pracy, a do maja 2010 r. odzyskała niespełna milion. Z całego pakietu stymulacyjnego, czyli programu regulowania i pobudzania gospodarki, uchwalonego przez Kongres USA w wysokości 787 mld dol., do połowy czerwca 2010 r. wykorzystano 415 mld (czyli niewiele ponad połowę), z czego 40 proc. stanowią ulgi podatkowe. Jedna trzecia poszła na zasiłki dla bezrobotnych, fundusz ubezpieczeń zdrowotnych dla ubogich i niepełnosprawnych oraz pomoc dla budżetów stanowych, co służyło bardziej utrzymaniu istniejących niż tworzeniu nowych miejsc pracy. Tylko 118 mld rozdysponowano na kontrakty, pożyczki i dotacje. Z inwestycji infrastrukturalnych ruszyło niewiele, bo do tego trzeba gotowych projektów, zezwoleń, przetargów etc. Na energetykę i transport, a z tymi dziedzinami wiązano największe nadzieje na stabilne i dobrze płatne miejsca pracy, poszło dotychczas mniej niż 20 mld.

Kiedy Obama pojawił się na swym pierwszym szczycie G20 w Londynie w kwietniu 2009 r., gospodarka USA kurczyła się w rocznym tempie 6 proc. Dziś rośnie wprawdzie w tempie 3 proc., ale nie widać poprawy na rynku pracy. Stopa bezrobocia wynosi 9,7 proc. Deficyt budżetu federalnego osiągnął w zeszłym roku 1,4 bln dol., poziom rekordowy od II wojny światowej. Bank centralny potwierdził swą determinację do utrzymania stopy procentowej na poziomie bliskim zera „przez dłuższy czas”, a towarzyszył temu język mniej optymistyczny niż kilka miesięcy temu.

Zagrożenie dla Europy

Gdy odsunęło się widmo katastrofy systemu finansowego i ogólnoświatowej depresji, a na plan pierwszy w wyniku kryzysu greckiego wysunęła się groźba bankructwa kraju, czy raczej krajów strefy euro, w Europie nagle stopniała wiara w potrzebę wielkich programów stymulacyjnych, a zastąpiło ją przekonanie o znaczeniu dyscypliny fiskalnej. Uświadomiono sobie, jak wysoka jest cena pogwałcenia przez wiele krajów strefy euro, z Francją i Niemcami na czele, wymagań paktu stabilizacji i wzrostu, który towarzyszył tworzeniu unii walutowej. Nadszedł moment odreagowania i korekty grzechów. Do zmagań z deficytami przymierzają się wszyscy. W ślad za Grecją, Hiszpanią, Francją i Niemcami nowy rząd brytyjski przedstawił projekt cięć wydatków i podwyżki podatków. Jak w innych krajach, aby uczynić ten program bardziej społecznie strawnym, towarzyszy mu atak na banki. „Pamiętajmy, że kryzys zaczął się od sektora bankowego i to jego błędy nałożyły ogromny koszt na resztę społeczeństwa” – powiedział George Osborne, brytyjski kanclerz skarbu.

Niemcy, najsilniejszy kraj kontynentu, ostatnio radykalnie poprawiły swą sytuację finansową i w tym roku ich deficyt budżetowy zszedł poniżej 3 proc. PKB, progu wymaganego przez pakt stabilizacji i wzrostu. Mimo że kanclerz Merkel ogłosiła właśnie plan obcięcia 80 mld euro z budżetu federalnego do 2014 r. Ma to pomóc w zredukowaniu deficytu do 0,35 proc. PKB w 2016 r.

Latem ubiegłego roku w Niemczech przyjęto poprawkę do konstytucji, w myśl której od 2016 r. deficyt budżetu federalnego kraju nie może przekroczyć 0,35 proc. PKB. Będzie to skłaniać Niemcy albo do cięć wydatków, albo do podwyżek, a nie obniżek podatków. W świecie, który cierpi dziś na niedostatek efektywnego popytu, taka skala i tempo cięć budzą obawy. George Soros w wywiadzie dla „Die Zeit” powiedział, że „polityka Niemiec stanowi zagrożenie dla Europy – może zniszczyć europejski projekt. (...) Dzisiaj Niemcy wciągają swych sąsiadów w szpony deflacji, co grozi długim okresem stagnacji. A to prowadzi do nacjonalizmu, niepokojów społecznych i ksenofobii. Sama demokracja może być zagrożona”.

Pakiet ratunkowy dla Grecji i dla wspólnej waluty rodził się powoli i w bólach w dużym stopniu dlatego, że przeciętny Niemiec ma coraz mniej sympatii dla kłopotów innych. Uważa, że to głównie on za nie płaci, choć tak wcale nie jest, bo pakiet jest faktycznie pośrednim sposobem ratunku dla banków krajów wierzycielskich, głównie francuskich i niemieckich. Presja Berlina przyczynia się do tego, że inne kraje strefy euro też zaczynają wprowadzać ostre posunięcia oszczędnościowe, co może być dotkliwe dla samych Niemiec. Zważywszy, że co trzecie miejsce pracy w Niemczech zależy bezpośrednio lub pośrednio od eksportu, uzasadnione są obawy, że gospodarka niemiecka zakrztusi się, jeśli główni odbiorcy niemieckich towarów nie będą mieli za co kupować.

Rodzi się więc pytanie (i to ono dręczy Waszyngton): czy po nieodpowiedzialnym i pozbawionym wyobraźni popuszczaniu pasa nie mamy do czynienia ze zbyt gwałtownym jego zaciskaniem, bardziej dla ratowania wiarygodności niż w ramach przemyślanej długofalowej strategii? Bo jeśli tak właśnie jest, to szkody z tego tytułu mogą okazać się nie mniej dotkliwe niż skutki wcześniejszego grzechu rozpasanej konsumpcji.

 

Jeffrey Sachs powiada, że musimy przestawić nasze makroekonomiczne rozkłady jazdy. Potrzebne są inwestycje, a nie bodźce, zwłaszcza bodźce krótkoterminowe, takie jak czasowe cięcia podatków. „Nie ma sensu debata, czy inwestycja 100 mln dol. w budowę mostu tworzy więcej miejsc pracy niż 100 mln dol. cięć podatkowych, jeśli potrzebujemy mostu”. A Amerykańskie Stowarzyszenie Inżynierów (American Society of Civil Engineers) udokumentowało, że kondycja infrastruktury w USA – drogi, mosty, tamy, śluzy, oczyszczalnie ścieków, wodociągi, komunikacja miejska – wymaga inwestycji przekraczających 2,2 bln dol.

Czy zwiększanie deficytu to słuszna droga do ożywienia gospodarki? To sedno debaty nie tylko między Obamą a kanclerz Merkel, lecz także wewnątrz Ameryki. Mniej ingerencji rządu w gospodarkę i niższe podatki – powiadają jedni. Więcej ingerencji i wyższe podatki dla bogatych – odpowiada druga strona.

Przed szczytem G20 w Toronto Barack Obama wysłał list do swych partnerów z przesłaniem: ożywienie gospodarki światowej jest kruche i wymaga wsparcia. Zapewnił o swym zrozumieniu potrzeby dyscypliny fiskalnej i determinacji w zmniejszaniu amerykańskiego deficytu, ale wyraźnie nałożył na to wszystko ramy czasowe. Wymogi dyscypliny budżetowej dotyczą średniej i dalszej perspektywy – pisał. Dziś bądźmy świadomi, że przedwczesne zastopowanie działań stymulacyjnych grozi nawrotem recesji.

Raz w górę, raz w dół

Wprawdzie adresatami listu byli wszyscy liderzy grupy G20, lecz apel dotyczył głównie Chin i Niemiec. Na poprzednim szczycie G20 w Pittsburghu uzgodniliśmy, przypomniał prezydent USA, że kraje z nadwyżkami wzmocnią wewnętrzne źródła wzrostu. A Chiny i Niemcy mają właśnie największe nadwyżki w bilansie handlowym. Od Berlina Obama oczekiwał elastyczności w kwestii polityki fiskalnej. Od Pekinu zmiany w polityce kursu walutowego. Berlin stanął okoniem. Pekin przynajmniej w retoryce poszedł Obamie na rękę.

Chiński bank centralny ogłosił gotowość do uwolnienia renminbi, chińskiej waluty, z gorsetu sztywnego kursu, w którym ją trzymano od kilku lat. Decyzję tę, o której spekulowano od dawna, interpretuje się jako przejaw pragmatyzmu Pekinu, a także dowód na to, że spokój i cierpliwość Obamy okazały się skuteczne. Czy i na ile zmieni to strumienie handlu światowego, będzie zależało przede wszystkim od skali aprecjacji chińskiej waluty – a więc od tego, na ile podrożeją chińskie towary. Fred Bergsten z Peterson Institute of International Economics w Waszyngtonie szacuje wprawdzie, że podwyżka kursu o 20 proc. może się przełożyć na zmniejszenie deficytu handlowego USA w wymianie z Chinami o 150 mld dol. i stworzyć dodatkowy milion miejsc pracy w Ameryce, ale taka zwyżka kursu jest wątpliwa. Wzrost cen towarów chińskich, nawet skromny, może natomiast przynieść pewną ulgę rywalom z innych krajów Azji Południowo-Wschodniej, a także z Indii, Afryki czy Ameryki Łacińskiej.

Na decyzji Pekinu skorzystać mogą także same Chiny, bo wprawdzie sztywny kurs krajowej waluty wspierając eksport, pomógł Chińczykom w zmaganiach ze skutkami kryzysu finansowego 2008 r., ale szybki wzrost gospodarki grozi jej przegrzaniem. Z kolei silniejsza waluta potaniłaby import, łagodząc w ten sposób presję inflacyjną. W okresie 2000–09 chiński PKB rósł w tempie 10,3 proc. rocznie, natomiast tempo wzrostu konsumpcji wyniosło 7,6 proc. Aby osłabiać własną walutę, Chiny przeznaczały blisko 10 proc. swego PKB na zakup obligacji rządu amerykańskiego. Pieniądze te, a przynajmniej ich część, można by wydać albo na podwyżki płac, albo na pożyczki dla krajowego biznesu, albo na poprawę systemu ochrony zdrowia i szkolnictwa lub jakiekolwiek inne potrzeby wewnętrzne. Pozostaje jednak pytanie o prawdziwe intencje Pekinu.

Chińczycy do perfekcji opanowali eufemizmy Waszyngtonu: chcieliście elastycznej polityki kursu waluty, to ją macie. Ale kurs elastyczny nie oznacza wyłącznie podwyżek. Zamrożony przez dłuższy czas renminbi teraz będzie się ruszać: raz w górę, raz w dół. Polityka uelastycznienia kursu, ale utrzymania go na niskim poziomie, może być formą kompromisu, która wytrąca Amerykanom argument, nie zmieniając istoty sprawy. Chińczycy byli przeciwni, aby w komunikacie końcowym po G20 w Toronto pochwalić ich za decyzję w sprawie kursu. Czy to tylko skromność, czy raczej obawa, aby w przyszłości nie rozliczać ich z przyjętych zobowiązań?

Ważniejsze od kursu chińskiej waluty mogą okazać się ostatnie wydarzenia na chińskim rynku pracy. Kraj Środka dopadły fale strajków. W ich wyniku w bieżącym roku w 14 z 22 prowincji Chin płace podskoczyły o 20 proc. Chiny powoli, ale drożeją. To, że Chińczycy za dużo oszczędzają, a za mało wydają, stanowiło ostatnio jeden z głównych problemów gospodarki światowej. Pojawiają się oznaki, że zaczyna się to odrobinę zmieniać, co wszystkim wyszłoby na zdrowie. Jest to szczególnie ważne w sytuacji, gdy Europa zdecydowała się zacisnąć pasa – i to mocniej, niżby tego sobie życzył lokator Białego Domu.

Międzynarodowy Fundusz Walutowy w raporcie dla liderów G20 podkreślał wysokość stawki, o jaką toczy się gra – różnica między dobrze i źle skoordynowanymi wysiłkami w skali globalnej w ciągu najbliższych kilku lat może się przełożyć na 4 bln dol. produkcji i 30 mln miejsc pracy. Dziś widać jasno, że główni gracze nie czytają jednak z tej samej partytury. To jeden z większych problemów, przed którym stanął świat.

Polityka 28.2010 (2764) z dnia 10.07.2010; Rynek; s. 39
Oryginalny tytuł tekstu: "Ciąć czy dąć"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

Co z tymi czołgami? Niemiecka prasa o kolejnym sporze Warszawy i Berlina

Spór o Leopardy, obiecane ponoć Polsce w ramach „zamiany okrężnej”, zmienił się w kolejny punkt zapalny. Sprawa rozgrywana jest przez rząd PiS jak zwykle w pełnym świetle jupiterów.

Adam Krzemiński
07.08.2022
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną