Niemieckie nieporządki

Niemiecka piła
Przypisywany Niemcom rozsądek będzie im bardzo potrzebny, gdy Bundestag zaakceptuje ostre cięcia budżetowe zaplano­wane przez kanclerz Merkel.
Kto w Niemczech ma zapłacić za kryzys? Nie my! - protestują obywatele
Andrew Ciscel/Flickr CC by SA

Kto w Niemczech ma zapłacić za kryzys? Nie my! - protestują obywatele

Polityka

Kiedy w Niemczech skończył się dobrobyt? Poprawna odpowiedź brzmi: dobrobyt w Niemczech skończył się 3 marca 2010 r. Tego dnia urząd statystyczny ogłosił hiobową wieść – średni roczny zarobek brutto Niemca w 2009 r. spadł o 0,4 proc. i wyniósł 27 648 euro. Zdarzyło się to po raz pierwszy w powojennej historii Bundesrepubliki.

Według niemieckiego Instytutu Badań nad Gospodarką (DIW), tamtejsza klasa średnia traci na zamożności. Jeszcze do niedawna jej przedstawiciele nie musieli rzucać się nerwowo na premie finansowe oferowane przez państwo tym, którzy zdecydują się kupić nowy samochód, oddając stary na złom. Dzisiaj co czwarty członek niemieckiej klasy średniej boi się obniżenia dotychczasowego standardu życiowego.

Równocześnie od miesięcy w europejskiej polityce trwa stan wyjątkowy: kryzys finansowy, kłopoty banków, perturbacje wokół euro, narastające długi państw, konieczność zaciskania pasa itd. A i styl, w jakim od ośmiu miesięcy działa rząd Angeli Merkel w ramach nowej koalicji (CDU/CSU plus FDP), też nie napawa optymizmem. Opozycja i część prasy zarzuca rządowi brak wizji, a samej kanclerz – brak zdolności przywódczych.

To, co sprawdzało się w poprzedniej wielkiej koalicji (CDU/CSU plus SPD), czyli lawirowanie, długotrwałe ucieranie kompromisów – przy nowym koalicjancie, FDP, i trudnych wyzwaniach gospodarczych kompletnie nie działa, bo dziś trzeba wykazać się zdecydowaniem. Wcześniej Merkel była jak Scarlett O’Hara z „Przeminęło z wiatrem” – „Nie chcę teraz o tym myśleć. Pomyślę o tym jutro”. Dzisiaj przetacza się przez media dyskusja, czy Merkel w ogóle zdolna jest do walnięcia pięścią w stół, wyrzucenia na twarz paru nielojalnych ministrów i postawienia do pionu skłóconych polityków koalicji.

Próbkę tego, co wynika z gry na zwłokę, można było oglądać wiosną, gdy tworzono pakiet pomocy finansowej dla bankrutującej Grecji. Kanclerz długo zwlekała, w końcu uległa pod presją Sarkozy’ego. Tak naprawdę Merkel wiedziała, że musi się zgodzić na wsparcie Grecji, bo chodziło już nie tylko o przyszłość strefy euro, ale także niemieckich banków – obciążonych greckimi papierami wartościowymi, które szybko stały się śmieciowe. W tym przypadku sprawdziło się porzekadło: kto późno daje, ten mało zyskuje. Prasa europejska krytykowała Merkel, że odkładanie pomocy dla Grecji tylko zaostrzyło kryzys. Sprawa ucichła, ale kanclerz już wtedy miała świadomość narastających kłopotów. Decydując się na pomoc finansową dla Grecji z pieniędzy niemieckiego podatnika, wiedziała, że lada moment będzie musiała rodakom przedstawić najsmutniejszą chyba wiadomość w powojennej historii Niemiec: plan drakońskich oszczędności.

Pakiet strachu

W ubiegłym miesiącu rząd ogłosił szczegóły cięć wydatków (patrz ramka). Bundestag będzie debatował nad tymi propozycjami jesienią, przy okazji uchwalania ustawy budżetowej na 2011 r. i planu finansowego na lata 2011–14. Do listopada dla Merkel i jej koalicji zapowiada się gorący okres. W prasie nazwano to debatą nad „pakietem strachu”, natychmiast zaczęły się bowiem spekulacje: a na kim to państwo niemieckie zamierza tak oszczędzać? Na dzieciach, chorych, emerytach? Na starych czy na młodych? Na przedszkolakach czy Bundeswehrze? Może zamiast obarczać cięciami bezrobotnych, należałoby wprowadzić większy podatek dla bogaczy?

Podatki dla najbogatszych udało się jednak w Niemczech zdyskredytować kilkanaście lat temu jako „podatki od zazdrości”. Efekt? Prywatne majątki są tu niżej otaksowane niż w USA czy innych zamożnych krajach UE. Udział podatków od ziemi, spadków, darowizn czy nieruchomości w dochodach niemieckiego fiskusa wynosi raptem 0,9 proc., podczas gdy średnia dla UE osiąga 2,1 proc., w USA – 3,1 proc., a w Wielkiej Brytanii – 4,6 proc.

Zanim padnie odpowiedź, kto w Niemczech ma zapłacić za kryzys, warto przypomnieć, jak do niego doszło. Silna gospodarka od 40 lat umożliwiała finansowanie ogromnych wydatków socjalnych i zaciąganie potężnych kredytów. Tempo zadłużania nasiliło się po zjednoczeniu Niemiec, ale prawdziwy strach zajrzał w oczy po kryzysie w 2008 r. Wtedy na gwałt zaczęto tworzyć pakiety stymulujące koniunkturę, a przede wszystkim ratujące przed upadkiem banki (Bawaria, Hamburg) i zakłady przemysłowe (np. Opel). Deficyt sektora finansów publicznych, choć parę lat wcześniej był na poziomie 0,1 proc. PKB, w zeszłym roku osiągnął 3,3 proc., a w bieżącym może dojść do 5 proc. Zadłużenie państwa, gdyby niekorzystny trend miał się utrzymać, doszłoby w 2013 r. do 82 proc. PKB. Słowem, Niemcy znalazłyby się na greckim kursie prowadzącym do niewypłacalności.

Tęsknota za starą, dobrą marką

„Do pewnego momentu państwo jest zdolne finansować swoje długi, zaciągając kolejne na spłatę starych, ale po pewnym czasie dochodzi się do ściany, a za nią zaczyna się inflacja” – to w Niemczech dość często cytowana przestroga Kennetha Rogoffa, profesora z Harvardu.

Na inflację Niemcy reagują alergicznie. W zbiorową pamięć wryła się hiperinflacja z lat 20. XX w. Potem wielki kryzys, Hitler – reszta znana. Bolesne zderzenie z inflacją Niemcy przeżyły także po drugiej wojnie światowej. Nie dziwi więc, że widmo galopujących cen narasta, a w telewizji pokazują zwykłych Niemców zamieniających w bankach banknoty euro na sztabki złota czy kolejkę do notariusza, bo ludzie chcąc uciec od gotówki, inwestują w mieszkania, działki itp. W cenie są poradniki „Jak przeżyć inflację”, a w gazetach ogłaszają się podejrzani guru, oferujący udział w seminariach na ten temat.

Niemcy stracili zaufanie do euro, tęsknią za D-Marką, która była symbolem prosperity. Euro to teraz dla nich „teuro” (gra słów: teuro, czyli drożyzna). Długi państw europejskich rujnują reputację tej waluty. Stąd w Niemczech można spotkać opinie – może absurdalne, ale jednak – że skoro nie wypada Grecji wyprowadzać ze strefy euro (poprawność polityczna), to może Niemcy sami powinni z niej wyjść?

W Centrum Polityki Europejskiej we Freiburgu opracowano nawet teoretyczny plan takiej operacji. W pół roku, bazując na doświadczeniach przy wprowadzaniu 10 lat temu euro, można by stworzyć nową strefę walutową z udziałem Niemiec, państw skandynawskich i Beneluksu, a słabszych partnerów UE zostawić ze starym euro.

 

Kaganiec na obietnice

Merkel i jej minister finansów chcą jednak uzdrawiać niemieckie finanse po bożemu: w każdym roku ciąć wydatki państwa, zwiększać dochody i zaciągać coraz mniejsze kredyty.

Jeszcze w połowie 2009 r., przed wyborami i w szczycie światowego kryzysu finansowego, politycy konserwatywnej CDU i lewicowej SPD zgodnie wprowadzili poprawkę do konstytucji, która od 2016 r. zmusza kolejne rządy i parlamenty do utrzymywania deficytu budżetowego nie większego niż 0,35 proc. PKB. Gdyby to przeliczyć na dzisiejsze warunki, deficyt nie powinien przekroczyć 10 mld euro. Finanse poszczególnych landów mają być zrównoważone do roku 2020. Reguła „0,35 proc.” przypomina tzw. kotwicę Rostowskiego, który chce trzymać w ryzach wydatki polskiego państwa i nie dać im przekroczyć poziomu inflacji powiększonego o 1 punkt procentowy.

Niemcom należy się uznanie za polityczną determinację. Oto wielka koalicja CDU i SPD, która rządziła cztery lata, pod koniec kadencji zużyła się i skłóciła. Do wyborów zaplanowanych na koniec września 2009 r. stanęły naprzeciw siebie dwa konkurencyjne bloki z dwoma kandydatami na kanclerza – Merkel (CDU) i Steinmeier (SPD). Ale trzy miesiące wcześniej strony solidarnie nałożyły sobie kaganiec finansowy, by w kampanii nie obiecywać ludziom złotych gór.

Dzisiaj, by dojść do poziomu zadłużenia przewidzianego w konstytucji na rok 2016, Niemcy muszą rok po roku dokonywać kolejnych cięć. Program oszczędnościowy nie ma wielu zwolenników, choć na poziomie ogólnym 80 proc. ankietowanych uważa go za konieczny. Oczywiście do momentu, w którym człowiek nie dowiaduje się, jakie mu właśnie odbierają przywileje.

Sama Merkel twierdzi, że rozmach programu oszczędnościowego to „pokaz siły państwa”. Nie przeszkodziło to związkom zawodowym – pięć dni po wystąpieniu Merkel wyprowadziły swoich ludzi na ulice pod hasłem „Nie będziemy płacić za wasz kryzys”. Takie transparenty widać było wcześniej w Rzymie, Atenach i Paryżu. Wszędzie lewica uważa, że planowane przez rządy oszczędności dotkną biednych i klasę średnią, a ominą najbogatszych.

Jesienią w Niemczech może wrócić społeczne żądanie podwyższenia podatków najwyżej zarabiającym. Merkel chciałaby uniknąć tej dyskusji, by nie drażnić koalicjanta – FDP, który szedł do wyborów pod hasłem obniżki danin. Dzisiaj Guido Westerwelle, wicekanclerz i szef FDP, wykonuje łamańce w stylu orwellowskim, twierdząc, że brak wzrostu podatków oznacza ich obniżkę.

Ekonomiści z kolei uważają program Merkel za zbyt defensywny. Owszem, czyni pewne oszczędności w wydatkach państwa, ale w małym stopniu kreuje wzrost gospodarczy. Paul Krugman, noblista, zadaje retoryczne pytanie w „New York Timesie”: „Jeśli wszyscy będą oszczędzać jak Niemcy, to kto u diabła na tym świecie będzie kupował?”.

No właśnie. Program Merkel to też towar. Czy Niemcy go kupią?

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną