Rynek

Czterej panowie B

Liberałów spór o gospodarkę

Piotr Bławicki/EN; Tomasz Wawer/AG; Andrzej Stawiński/Reporter; Bartosz Bobkowski/AG
Balcerowicz, Boni, Bielecki i Belka. Czterej liberałowie. Ale cztery różne style myślenia, cztery wizje polityki gospodarczej i liberalizmu. Co wyniknie ze starcia między nimi?

To nas zatopili – takiego esemesa jeden z ministrów wysłał znajomemu, gdy w ubiegłym tygodniu zarząd PO zdecydował, że zmiany podatkowe, które rząd od miesiąca przygotowywał w największej tajemnicy, sprowadzą się głównie do podniesienia VAT z 22 na 23 proc.

Parę miliardów dodatkowych wpływów z tego tytułu niczego nie załatwia. O istotnym impulsie rozwojowym nie ma mowy. A w opinii publicznej Platforma straciła dziewictwo tak samo, jakby je straciła, podnosząc podatki o 20 mld. Opozycja będzie w tę podwyżkę waliła bez końca. Zarazem brak istotnej podwyżki podatków oznacza, że nie tylko nie będzie znaczącego zmniejszenia deficytu, ale przede wszystkim zabraknie pieniędzy na konieczne inwestycje publiczne w naukę, edukację, kulturę, służbę zdrowia, rynek pracy. A bez nich na dłuższą metę nie da się realizować strategii przyspieszonego rozwoju, bo po 20 latach transformacji proste rezerwy i mechanizmy wzrostu się skończyły.

Rząd szukając ścieżki przyspieszonego rozwoju od dwóch lat konsekwentnie przesuwał się ku nowej logice rozwojowej, ale z różnych względów mówił o tym oszczędnie. Jego polityczne i społeczne zaplecze tkwiło więc w starych schematach i poglądach.

Balcerowicz

Oczywistym liderem i symbolem starej wiary jest od lat Leszek Balcerowicz, czerpiący siłę z tzw. ekonomii klasycznej, z autorytetu twórcy polskiej transformacji i z dwóch dekad stale prowadzonej społecznej dydaktyki. To od Balcerowicza Polacy dowiedzieli się, czym jest kapitalizm.

Znaczące dziś polityczne, ekonomiczne i medialne elity, które przez transformację szły za Balcerowiczem, dostarczanej przez niego pewności zawdzięczają swoje dobre samopoczucie. Ta pewność składa się z prostych dogmatów dających łatwe narzędzia oceny rzeczywistości. Im mniej państwa (zwłaszcza w gospodarce), tym lepiej. Podatki i składki tym lepsze, im niższe. Budżet im szczuplejszy, tym lepszy. Prywatne jest dobre, a państwowe (publiczne, społeczne) złe. Przede wszystkim zaś: tylko rynek może rozwiązać nasze prawdziwe problemy, bo tylko on skutecznie mobilizuje oraz trafnie ocenia i wycenia.

Te prawdy nie tylko sprawdziły się w czasie transformacji, ale też urzekły Polaków prostotą, która w dominującym dyskursie stworzyła swoistą ekonomiczną wulgatę. Prawdziwym jej triumfem był powszechny aplauz, z jakim przyjęto pisowskie obniżki składki rentowej i PIT. Entuzjazm był tak wielki, że w publicznej debacie zagłuszono pytanie, jak rząd zamierza załatać kilkudziesięciomiliardową dziurę budżetową. A jeśli komuś udało się je postawić, wyznawcy wulgaty powoływali się na krzywą Laffera – hipotezę, wedle której obniżenie podatków miało powodować równoważący ubytki wzrost dochodów budżetu. Złudzenie nie trwało jednak długo.

Wyznawcom wulgaty rząd Tuska wydawał się spełnieniem odwiecznych marzeń. Ale już na początku sam Leszek Balcerowicz zgasił nadmierny entuzjazm ogłaszając, że nie ma mowy o kolejnych obniżkach podatków, dopóki budżet nie ograniczy wydatków. Krzywa Laffera poszła do lamusa ekonomicznych złudzeń. A potem sprawy zaczęły się jeszcze bardziej komplikować.

Boni

Liderem intelektualnym rządu został Michał Boni, mający solidne oparcie w nowoczesnych teoriach modernizacyjnych oraz w politycznej sile samego premiera Tuska. Pierwszy poważny cios ekonomicznej wulgacie Boni zadał hasłem „więcej Finlandii w Irlandii”. Był to otwarty rozbrat z powszechnie przypisywaną Irlandii wizją modernizacji opartej na abdykacji państwa i przeciwstawienie jej modelu fińskiego opartego na długofalowej inżynierii społecznej, wielkich inwestycjach w oświatę, kulturę i spójność społeczną oraz aktywnej roli państwa w modernizacji przemysłu.

Ale pierwsze poważne starcie z wulgatą stoczyć musiał minister Jacek Rostowski. Kanonicznym jej poglądem jest niechęć do podatku Belki, czyli opodatkowania dochodów kapitałowych (giełda, lokaty), stanowiącego standard w krajach OECD. Przeciwko podatkowi lobbował m.in. wicepremier Pawlak związany z giełdą rolną oraz założona przez Balcerowicza Fundacja Obywatelskiego Rozwoju.

Kiedy podczas spotkania z Rostowskim główny ekonomista FOR zażądał zniesienia podatku Belki, minister wypalił, że to liberalny populizm. Państwo potrzebuje podatków. Nie ma powodu, by ci, którzy powierzają swoje pieniądze spółkom, nie płacili podatku od zysków, gdy muszą go płacić ci, którzy zarabiają we własnym biznesie.

Słowa Rostowskiego były bolesnym ciosem. Jego kompetencji ani wolnorynkowych, liberalnych poglądów nie dało się kwestionować. Uchodził za sztandarowego zwolennika euro, co w kanonie wulgaty jest jednym z panaceów na polskie problemy. Reakcję ministra przypisano więc nerwowości wywołanej przez problemy z budżetem i sprawa szybko przyschła, choć podatek ocalał.

Starcie o budżet

Problem powrócił, kiedy wybuchł kryzys i minister zaproponował budżet na 2010 r., zawierający gigantyczny deficyt przekraczający 50 mld zł. Wyznawcy wulgaty byli w szoku. Pierwszy od dawna liberalny rząd, który rozdyma deficyt, był dla nich czymś nie do pojęcia. Na rząd posypały się gromy z powodu reformatorskich zaniechań. Odpowiedź była mglista.

Premier kładł nacisk na to, że inne kraje planują jeszcze wyższe deficyty. Nie tłumaczył, że znaczna część deficytu to efekt obniżki podatków i składki rentowej. Brak reform tłumaczył głównie oporem prezydenta i koalicjanta. Opinia publiczna wzięła to za dobrą monetę. Głosy Boniego i Rostowskiego tłumaczących, że problem jest nie tylko polityczny, ginęły wśród żądań likwidacji „rozdętych wydatków socjalnych”. Co z KRUS? Co z emeryturami mundurowych? Co z cięciami w administracji? Co z wiekiem emerytalnym i zrównaniem kobiet z mężczyznami?

Rząd przegrał tę debatę. Bo nie zmierzył się z kultem wielkich reform i nie odważył się wyjaśnić społeczeństwu, że w krótkim okresie żadna postulowana reforma nie zmniejszy w sposób istotny gigantycznej dziury, którą spowodowały obniżki, a kryzys dramatycznie pogłębił. Większość postulowanych reform na początku oznacza bowiem koszty, a oszczędności przynosi po latach.

 

 

Mit reform

Mundurówce nie można odebrać obecnego systemu emerytalnego, bo to prawo nabyte. Zmiana może dotyczyć tylko osób, które rozpoczną służbę. Oszczędności pojawią się za kilkadziesiąt lat. Reforma KRUS wydaje się prosta, ale większość gospodarstw nie dźwignie normalnych składek. Podnoszenie wieku emerytalnego musi się odbywać powoli, bo inaczej gwałtownie skoczy bezrobocie i koszt może być większy niż oszczędność. Jeśli dąży się do realnej zmiany, wiek emerytalny można sensownie podnosić o pół roku raz na kilka lat. By jednak podniesienie stało się realne (a ludzie np. nie uciekali na renty), trzeba zmodernizować strukturę gospodarki (więcej pracy kwalifikowanej – w fizycznej wiek jest poważnym ograniczeniem), poprawić służbę zdrowia, zorganizować przekwalifikowania do drugiej kariery. To na początku musi przede wszystkim kosztować.

Wulgata abstrahuje od tych okoliczności. Liczy tylko papierowe oszczędności i powtarza, że gdyby rząd reformował, dziura budżetowa by znikła. A rząd rozumie wprawdzie, że to są pułapki, ale społeczeństwu tego nie tłumaczy.

Polska 2030

Rząd Tuska jednak spróbował. Raport „Polska 2030”, opracowany pod kierunkiem Boniego i przedstawiony przez samego premiera, był taką zasadniczą próbą. Boni twierdził, że Polska żadnych wielkich reform już nie potrzebuje, a potrzebuje modernizacyjnych cięć prowadzonych przy użyciu lasera. Zaproponował intelektualnie zaawansowane zarządzanie rosnącą złożonością gospodarki, społeczeństwa i państwa starającego się o lepsze miejsce w globalnym podziale pracy. Mało kto jednak ten program przeczytał, a ci, którzy go przeczytali, uznawali na ogół, że jest to ćwiczenie intelektualne bez większego wpływu na realną politykę.

Przez jakiś czas dwa kompletnie odmienne dyskursy starały się nie wchodzić w jawny konflikt. Ale w połowie grudnia z okazji dwudziestej rocznicy planu Balcerowicza jego autor powtórzył w „Gazecie” główne tezy wulgaty (szybciej prywatyzować, mocniej ciąć przywileje, a głównie prawa emerytalne, radykalnie ograniczać deficyt) jako nowy plan Balcerowicza. Przy okazji poddał gwałtownej krytyce strategię rządu zakładającą kierowanie dużych środków do regionów biedniejszych oraz ściślejsze (przez sieć komunikacyjną i telekomunikacyjną) powiązanie ich z metropoliami. Ogłosił, że to wyrzucanie pieniędzy, bo rynek metropolii sam przyciągnie prowincję, a zatrzymywanie ludzi poza wielkimi centrami to strata energii.

Rząd znów nie podniósł rękawicy. Odpowiedział tylko Boni przypominając, że wielki transfer ludności do dużych ośrodków towarzyszący socjalistycznej industrializacji dziś już w grę nie wchodzi. Wymagałby milionów nowych mieszkań i wyższych płac, bo życie w większych ośrodkach jest droższe. Premier dyplomatycznie milczał. To stworzyło wrażenie, że spór toczy się między Bonim a Balcerowiczem. Polska żyła już zbliżającymi się wyborami prezydenckimi.

Bielecki

W marcu premier Tusk powołał Radę Gospodarczą. Na jej czele stanął Jan Krzysztof Bielecki – jeden z twórców polskiego liberalizmu, były premier, były wiceprezes EBOiR, od niedawna też były wieloletni prezes Pekao SA – największego prywatnego banku w Polsce. Bieleckiego – podobnie jak Rostowskiego – nie można podejrzewać o niekompetencję, niechęć do liberalizmu, wrogość wobec rynku czy prywatnej własności. Przeszedł do historii jako promotor prywatyzacji, deregulacji rynku.

Tym większe było zdziwienie, gdy wkrótce po objęciu funkcji zaczął wygłaszać tezy jawnie niezgodne z wulgatą. W wywiadach mówił, że w Polsce wielkie reformy nie są już pilnie potrzebne i że prywatyzacja musi toczyć się dalej, ale nie na oślep, bo z kilkunastu największych i najlepszych przedsiębiorstw, takich jak PZU czy PKO BP, będzie większy pożytek, jeśli będą regularnie wpłacały zyski do budżetu. Nigdy wcześniej ważny polityk nurtu liberalnego nie odważył się w Polsce wygłosić takiej tezy.

Wyznawcy wulgaty ze zdumieniem słuchali Bieleckiego, bo większość z nich miała go za swego. Liczyli, że zneutralizuje Boniego, a poszedł dużo dalej w podważaniu kanonu. Zwłaszcza że jego słowa traktowano, jakby wygłaszał je premier. Ukuto więc tezę, że Bielecki robi cnotę z tego, co rząd uważa za konieczność, a co w istocie jest objawem politycznego tchórzostwa i próbą uniknięcia „koniecznych niepopularnych reform”. Prawda była jednak nieporównanie trudniejsza.

Po latach spędzonych w międzynarodowym biznesie Bielecki wrócił do polskiej polityki z wiedzą o złożoności, omylności, niepewności, niejednoznaczności współczesnych rynków, gospodarek, przedsiębiorstw, mechanizmów. Jego stwierdzenia, że kapitał ma narodowość, że państwa zrośnięte są z korporacjami, które realizują państwowe strategie, było w jawnym konflikcie z ideą totalnej prywatyzacji obojętnej wobec strategicznych skutków politycznych i ekonomicznych.

Wojna

Wyznawcy wulgaty byli zszokowani, gdy zamiast zająć się szybką prywatyzacją lub cięciem przywilejów, Rada Gospodarcza zaczęła od porządkowania ładu korporacyjnego, czyli zarządzania państwowymi spółkami. „Zamiast się tym zajmować, trzeba prywatyzować!” – pisano i mówiono. To wtedy po raz pierwszy w polskiej debacie wyraźnie zarysował się podział na tych, którzy wraz z większością Zachodu wyciągnęli wnioski z kryzysu, i tych, którzy najpierw nie chcieli przyjąć kryzysu do wiadomości, a potem – za Balcerowiczem – utrzymywali, że jest on skutkiem wtrącania się państwa w gospodarkę.

Prawdziwy szok wybuchł jednak, kiedy się wydało, że Bielecki i Ministerstwo Skarbu przygotowują zakup przez PKO BP banku BZ WBK. Pomysł, by państwowy kupował prywatnego, uderzał w doktrynalne jądro. Z oburzeniem pisano, że to nacjonalizacja, a Leszek Balcerowicz porównał autorów pomysłu do Hugo Chaveza. Bielecki powoływał się na przykład Norwegii, gdzie firmy państwowe działają wzorowo, i tłumaczył, że dla bezpieczeństwa Polski ważne jest zwiększenie udziału krajowych banków w rynku, bo kryzys pokazał, że banki transgraniczne mogą zrujnować lokalną gospodarkę, wycofując w obliczu zagrożeń kapitał do krajów macierzystych.

Przykład PKO BP, który w czasie kryzysu dzięki wsparciu państwa rozszerzył akcję kredytową i wielu firmom ułatwił przetrwanie, podczas gdy córki instytucji międzynarodowych ograniczyły udzielanie kredytów, co zagroziło wielu przedsiębiorstwom, nie przemawiał do krytyków fuzji. Z legendy i nadziei liberałów szef Rady Gospodarczej stał się czarnym charakterem podejrzewanym, a nawet pomawianym o niejasne intencje.

Kłopot

Bielecki mówił i proponował rzeczy szokujące w polskiej publicznej debacie, choć zwykle dość oczywiste w międzynarodowych sferach gospodarczych, lecz również nie miał odwagi lub chęci powiedzieć wprost, że po 20 latach transformacji to właśnie schematyczny dyskurs ekonomiczny stał się w Polsce przez swą polityczną siłę głównym hamulcem rozwoju. Mówiło się już po cichu, że problem z Balcerowiczem i jego wyznawcami zaczyna przypominać paraliżujący politykę lat 90. problem z Lechem Wałęsą i jego wyznawcami.

Liderzy wielkich zmian, którym społeczeństwa i państwa wiele zawdzięczają, z reguły stają się problemem, gdy kończy się epoka, która ich wyniosła. Trwają bowiem w tym, co dało im sukces, gdy po kolejnym zwrocie świat potrzebuje już czegoś nowego.

Bielecki był pierwszą ważną dla polskiej polityki postacią tłumaczącą zmianę swoich ekonomicznych poglądów głównie doświadczeniem kryzysu, które zmieniło wiele wybitnych umysłów, z niedawnym guru rynków Alanem Green­spanem na czele.

Belka

Drugą taką postacią okazał się Marek Belka – były premier i minister finansów, gospodarczy szef administracji okupacyjnej w Iraku, dyrektor do spraw Europy w ONZ i MFW, a od niedawna prezes NBP wskazany przez Bronisława Komorowskiego. Znaczenie kryzysu dla wiedzy ekonomicznej Belka opisał jeszcze dosadniej niż Bielecki. Jego zdaniem oznaczał on „klęskę wiary, że świat jest prosty i można go opisać z pomocą prostych reguł”. Był to cios w wulgatę.

Nie oznaczało to jednak poparcia dla nikogo. Belka z całym swoim pragmatyzmem każdej sytuacji przygląda się osobno. Pytany o zakup WBK odpowiadał, że firmy państwowe są w Polsce niestabilne, ale to nie znaczy, że zawsze i na każdych warunkach należy sprzedawać ani że nie należy korzystnie kupować. Boni też był w tej sprawie neutralny. Nie zgłaszał doktrynalnych zastrzeżeń, ale się zastanawiał, czy pieniędzy wydanych na WBK nie zabraknie w budżecie na modernizację.

Jeśli Boni przywracał polityce gospodarczej świadomość, że gospodarka to proces społeczny, a Bielecki starał się przywrócić debacie gospodarczej menedżerski realizm, to Belka dołożył do tego zgodnego ze światowymi trendami, właściwego sobie ducha pragmatyzmu. „Trzeba działać z głową, a nie zgodnie z doktryną” – powtarzał, gdy go pytano, czy ciąć wydatki, czy podwyższać podatki, czy prywatyzować.

W trzy ognie

Wulgata została więc wzięta w trzy ognie. To wywołało dramatyczną kumulację napięcia. Jej wyznawcy dominujący wśród medialnych ekonomistów, dziennikarzy i posłów poczuli zagrożenie ze strony trzech panów B. A czwarty pan B mocnymi słowami robił, co w jego mocy, by te obawy wzmocnić. Wybuch wisiał w powietrzu, nim jeszcze Michał Boni ujawnił, że rząd pracuje nad podwyżką podatków. A gdy te słowa padły, odpowiedzią musiały być najtwardsze slogany. O sięganiu do kieszeni ludzi, o tym, że podwyżka jest jak wyrywanie serca, że to wynik reformatorskiego tchórzostwa. Struna była już zbyt napięta, a konflikt zbyt gorący, by politycy mogli się zdobyć na racjonalny osąd.

W ekonomii obniżka i podwyżka podatków to takie same narzędzia polityki gospodarczej państwa jak stopy procentowe, koncesje, cła, inwestycje infrastrukturalne, programy edukacyjne, ulgi, dotacje, struktura budżetu, deficyt finansów, regulacje systemu finansowego czy rynku kredytowego. W Polsce jest inaczej. Obniżanie podatków stało się sztywnym dogmatem religii politycznej. Obniżka podatków jest dobra bez względu na to, czego nas pozbawia. Podwyżka jest zła – bez względu na to, co dostaniemy w zamian. W debacie o podwyżce nie padło nawet pytanie, na co rząd te pieniądze wyda i czego nie zrobi, jeśli ich nie dostanie.

Podobna debata toczy się w większości rozwiniętych krajów. Trwa miesiącami, ujawnia argumenty, interesy, potrzeby, możliwości. Czemu nie u nas? Pora ją zacząć na poważnie.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Pokolenie iGen: jakie jest i co mu zagraża

Przedstawiciele młodego pokolenia iGen nie wyobrażają sobie życia bez stałego kontaktu z całym światem, który jest zamknięty w małym pudełeczku, na dodatek w kieszeni – mówi dr Tomasz Grzyb, psycholog, profesor na Uniwersytecie SWPS we Wrocławiu.

Teresa Olszak
25.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną