Polemika w sprawie czterech panów B.

Czterej panowie b. nieliberalni
Robert Gwiazdowski odpowiada na tekst Jacka Żakowskiego o ikonach polskiego liberalizmu.

Jacek Żakowski napisał znamienity artykuł okładkowy o „ikonach” polskiego liberalizmu: Balcerowiczu, Bieleckim, Bonim i Belce (POLITYKA 32). Szczerze mówiąc, nie za bardzo interesuje mnie pytanie autora, o co kłócą się „Czterej panowie B.” i co z tego wyniknie. Ale przy okazji redaktor Żakowski dokonał paru uogólnień na temat liberalizmu w ogóle, a polskiego w szczególności i ukuł nawet specjalny termin: „wulgata” dla opisu podstawowych idei liberalnych. I to właśnie domaga się riposty, bo, jak pisał Konfucjusz: „gdy słowa tracą swe znaczenie, ludzie tracą wolność”.

Wulgata i sublima

Wulgarna teoria ekonomiczna (wulgata) zakłada, zdaniem Żakowskiego, że „im mniej państwa (zwłaszcza w gospodarce), tym lepiej. Podatki i składki tym lepsze, im niższe. Budżet im szczuplejszy, tym lepszy. Prywatne jest dobre, a państwowe (publiczne, społeczne) złe... Tylko rynek może rozwiązać nasze prawdziwe problemy, bo tylko on skutecznie mobilizuje oraz trafnie ocenia i wycenia”.

Nie wiem dokładnie, kogo autor do wyznawców wulgaty zalicza – wydaje się, że z opisywanej przez niego czwórki tylko Balcerowicza. Ja się nie przyznaję.

Pewnie, a contrario, wysublimowana teoria ekonomiczna powinna brzmieć mniej więcej tak: „Im więcej państwa (zwłaszcza w gospodarce), tym lepiej. Podatki i składki tym lepsze, im wyższe. Budżet im bardziej rozdęty, tym lepszy. Państwowe, społeczne jest dobre, a prywatne, indywidualne złe... Tylko urzędnicy mogą rozwiązać nasze prawdziwe problemy, bo tylko oni skutecznie mobilizują oraz trafnie oceniają i wyceniają”.

Kto tu jest prawdziwym liberałem

Po powołaniu rządu Mazowieckiego mieliśmy w mediach zatrzęsienie informacji, że Leszek Balcerowicz realizuje politykę monetarystyczną, której twórcą był Milton Friedman (zdecydowanie wulgata). Ale we wrześniu 1990 r. autor „Intrygującego pieniądza” przyjechał do Polski wraz z Ronaldem Reaganem i nie omieszkał wytknąć byłemu amerykańskiemu prezydentowi poparcia, którego ten podczas wystąpienia w Stoczni Gdańskiej udzielił prowadzonemu wówczas w Polsce programowi stabilizacji waluty. Chodziło o sztywny kurs dolara, przy którym „afera FOZZ” (oczywiście w wymiarze ekonomicznym, a nie polityczno-aferalnym) była nieznaczącym wydarzeniem. Kiedy Friedman usłyszał, co to jest popiwek (mieliśmy taki podatek od ponadnormatywnego wzrostu płac) i ceny sztywne węgla – głównego nośnika energii – podsumował: „jak to jest monetaryzm, to ja jestem keynesistą”. Po tej wizycie media przestały nazywać polską reformę monetarystyczną.

Jan Krzysztof Bielecki współtworzył gdański Kongres Liberałów, ale gdy został premierem, jego rząd (w którym Leszek Balcerowicz pozostawał wicepremierem) wprowadził ograniczenia w ustawie Wilczka, podwyższał koszty pracy, tworzył liczne luki podatkowe, z których mieli szansę skorzystać tylko ci, którzy o nich zawczasu wiedzieli, prowadził prywatyzację bez reprywatyzacji, na skutek czego państwo zachowywało się jak paser (słynna sprzedaż Wedla razem z prawem do nazwiska), co miało się do liberalizmu jak przysłowiowa pięść do nosa. Ukoronowaniem działań polskich „liberałów” była ustawa o podatku dochodowym od osób fizycznych. W czasie gdy liberałowie na całym świecie proponowali wprowadzenie podatku liniowego i gdy wprowadzały go rządy większości państw postkomunistycznych, myśmy zafundowali sobie ustawę z fatalnie skonstruowaną skalą progresji podatkowej, która wepchnęła większość przedsiębiorców w objęcia szarej strefy – bo mieli płacić podatki według takich stawek jak w Niemczech, Szwecji czy we Francji, ale za to od 10-krotnie niższych dochodów!

„Wyznawcy wulgaty ze zdumieniem słuchali Bieleckiego” (gdy zgłaszał nowe, etatystyczne pomysły gospodarcze – przypis mój) – pisze Żakowski. I znowu zrobiło mi się miło, że do wulgaty się nie zaliczam, bo wcale mnie nie zdziwiło to, co mówi Bielecki. Nie ma bowiem żadnej sprzeczności w tym, co mówi dziś, z tym, co robił jako premier.

Marek Belka o poglądach Miltona Friedmana napisał w swoim doktoracie, że „są generalnie błędne”, mają „wyraźne uwarunkowania klasowe”, a jego doktryna „odpowiada interesom klas posiadających, broni istniejącej struktury podziału bogactwa i prawa do nieskrępowanego jego użytkowania”, a w habilitacji suchej nitki nie zostawił na programie gospodarczym rządu Reagana. Więc skąd to mniemanie o liberalizmie Belki? W 1998 r. to Belka napisał uzasadnienie do weta prezydenta Kwaśniewskiego do ustawy podatkowej przygotowanej przez Balcerowicza. I choć nie była ona żadnym ideałem, choć wcześniej udało się Balcerowiczowi doktrynalnie unicestwić ideę podatku liniowego przez upór, że jego stawka ma wynosić 22 proc. (czyli więcej niż najniższa w skali), to gdyby ustawa ta weszła w życie, ułatwiłaby istotnie funkcjonowanie polskich przedsiębiorstw przed zbliżającym się wówczas kryzysem. Kwaśniewski, przy intelektualnej pomocy Belki, zawetował ją z powodów czysto politycznych, prowadząc wojnę z rządem AWS-UW. Więc nie jest wykluczone, że animozje pomiędzy obu „panami B.” mają swoje uzasadnione podłoże osobiste i historyczne, a niekoniecznie doktrynalne – jak sugeruje Żakowski.

Skąd te pretensje?

Z kolei Michał Boni w środowisku opozycji Uniwersytetu Warszawskiego uchodził za socjaldemokratę, a nie liberała. Więc jego akces do KLD wywołał pewne zdziwienie wśród dawnych znajomych z UW. Ale za to nie było żadnym zaskoczeniem, że to akurat on zapowiedział podwyżkę podatków. Przecież był podsekretarzem stanu w rządzie Mazowieckiego, ministrem w rządzie Bieleckiego, wiceministrem w rządzie Suchockiej i szefem gabinetu politycznego ministra pracy w rządzie Buzka – czyli wszystkich rządów, które podwyższały podatki (czasem nawet sprzecznie z konstytucją, jak orzekł Trybunał Konstytucyjny o „zamrożeniu” progów podatkowych w 1993 r.) i zwiększały koszty pracy, które dziś są kulą u nogi polskiej gospodarki.

Żakowski chwali jako dowód modernistycznej polityki słynne wypracowanie przygotowane pod redakcją Boniego: „Polska 2030”, i twierdzi, że mało kto je przeczytał. Klnę się, że przeczytałem – choć nie było to ciekawe zajęcie. Raport jest zlepkiem różnych analiz, ale nie ma w nim żadnej syntezy, a poszczególne rekomendacje są ze sobą sprzeczne. Ciekawe jednak, że zawarty jest w nim postulat zmniejszenia klina podatkowego, czyli właśnie różnicy między wynagrodzeniem netto pracownika i kosztem jego pracy brutto dla pracodawcy, który to „klin” był sukcesywnie zwiększany przez wszystkie rządy, w których Boni zasiadał.

Liberał Friedman (czyli wulgata) radził w 1990 r., abyśmy nie opierali się na polityce krajów najwyżej rozwiniętych, lecz raczej na tej, jaką stosowały wówczas kraje najszybciej się rozwijające, czyli takiej samej, jaką państwa najlepiej rozwinięte stosowały wtedy, gdy znajdowały się na takim etapie rozwoju jak Polska u progu lat 90. XX w.

Alvin Rabushka (jeden z twórców idei podatku liniowego – czyli też wulgata) pisał w przedmowie do polskiego wydania swojej książki, że starając się uzyskać odpowiedź na pytanie o przyszłość kraju, powinniśmy poszukiwać inspiracji na Zachodzie, jeśli jednak „polscy przedsiębiorcy obciążeni zostaną wysokimi podatkami i objęci rządową regulacją, co hamuje wzrost gospodarczy Europy Zachodniej, sektor prywatny nigdy naprawdę w Polsce nie rozkwitnie”.

Myśmy zrobili dokładnie na odwrót, niż radzili Friedman i Rabushka, a w Polsce Centrum Adama Smitha. Więc dlaczego mamy pretensje do liberalizmu?

Bez przymiotników

„Kiedy podczas spotkania z Rostowskim główny ekonomista FOR zażądał zniesienia podatku Belki, minister wypalił, że to liberalny populizm” – pisze Żakowski. Skoro prowadzi nas w kuluary, to się poskarżę troszeczkę, że nie dostąpiłem zaszczytu spotkania z „najlepszym ministrem finansów w Europie”, choć zapewniam, że niczego nie śmiałbym od niego „żądać”. No bo niby w jakim trybie? Ale postarałbym się wyjaśnić, co to takiego liberalizm, a co populizm. Bo jak ktoś mówi o liberalnym populizmie, to chyba za dużo się naczytał o demokracji socjalistycznej, bo te pojęcia tak samo do siebie pasują.

Minister Rostowski nie zajmuje się jednak, jak kiedyś powiedział, teoriami zmarłych ekonomistów. A szkoda, bo jakby się zajął, to nie miałby takiej dziury budżetowej.

 

Autor jest dr. hab. nauk prawnych, prof. WSHiP im. R. Łazarskiego, adwokatem i prezydentem Centrum im. Adama Smitha.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną