Afery w polskim górnictwie

Czyszczenie węgla
Prezesom Kompanii Węglowej i Katowickiego Holdingu Węglowego, największych firm górniczych w UE, prokuratura postawiła zarzuty korupcji. Kolejna afera węglowa ma swój szczególny charakter: węgiel jest w niej właściwie najmniej ważny.
Corbis

Leszek Zych/Polityka

Od 20 lat każdy etap reformowania górnictwa, bardziej lub mniej udany, miał swoje charakterystyczne przekręty, które naraziły Skarb Państwa na stratę w sumie ok. 50 mld zł. Ostatnie kombinacje, za które Prokuratura Apelacyjna w Katowicach postawiła zarzuty korupcji 19 osobom ze świecznika górniczej władzy, wydają się najbardziej wyrafinowane.

Ogólnie chodzi o to, aby pracujący na rzecz kopalni dostawcy i firmy usługowe dzieliły się zyskiem za legalnie wykonaną pracę. Powstał układ, w którym rzecz jasna nikt nie używał słowa „łapówka”.

Odkleił się od interesu

Prokurator Leszek Goławski z Wydziału Przestępczości Zorganizowanej katowickiej Prokuratury Apelacyjnej rozszyfrowuje jeden z mechanizmów: – Dajesz, to idziesz od razu do kasy po pieniądze, nie dajesz, czekasz przynajmniej kilka miesięcy na zapłatę za wykonaną pracę. Za terminową płatność, a więc za coś, co powinno być normalne w obrocie gospodarczym, pobierano zwyczajową stawkę – średnio 3 proc. wartości kontraktu.

Płacenie po uważaniu zawsze było czymś powszednim – można się tylko domyślać przyczyn, dla których prezesi węglowych spółek i dyrektorzy kopalń patrzą na jedne firmy przychylnie, a wobec innych bezradnie rozkładają ręce i pokazują puste kieszenie.

Proceder był w zasadzie bezkarny. Pieniędzy nie brano za przymykanie oczu na gorszą jakość towaru czy usługi (tu nie było zmiłuj); według prokuratury, pieniądze brano za samą możliwość pracy na rzecz górnictwa.

W 2003 r. znowelizowany został kodeks karny. Pojawił się w nim artykuł o nieuczciwej konkurencji poprzez preferowanie nabywców lub odbiorców towarów, usług lub świadczeń. Wcześniej takiego przestępstwa nie było, podobnie jak zarządzający wielkimi państwowymi przedsiębiorstwami nie byli traktowani jako funkcjonariusze publiczni. Od kilku lat ten przepis drzemał sobie w kodeksie i mało kto zwracał na niego uwagę. – Afery węglowe, jak się o nich popularnie mówi, miały różne oblicza i wspólny mianownik: kopalnie perfidnie oszukiwano i okradano – komentuje prokurator Goławski. Bywało, że przy udziale węglowych decydentów. W tym przypadku kopalnie nie straciły złotówki. Tylko firmy, które dla nich pracowały.

Wreszcie Andrzej B., współwłaściciel spółki Emes Mining Service z Katowic, specjalizującej się w podziemnych robotach i produkującej kleje do górniczych stropów, nie wytrzymał i w ubiegłym roku poszedł do ABW. Bo z jednej strony: jaka firma, która potrzebuje środków obrotowych na codzienną działalność, może sobie pozwolić na kilkumiesięczne zamrożenie gotówki? A z drugiej, jak długo można wytrzymać obciążenie taką daniną?

W śledztwie ustalono, że w latach 2004–07 z kasy jednej tylko spółki poszło na łapówki ok. 3 mln zł! A takich firm, większych i mniejszych, krążących wokół górnictwa (mającego rocznie blisko 20 mld zł przychodów) są tysiące.

W górnictwie chore jest to, że każdą czynność pod ziemią lub na powierzchni (poza bezpośrednim wydobyciem) trzeba zlecać firmom obcym – mówi Jerzy Markowski, węglowy ekspert, były wiceminister gospodarki, który nadzorował górnictwo. To, jego zdaniem, efekt zbyt radykalnej redukcji zatrudnienia. Robi wrażenie, gdy czytamy, że w górnictwie pracuje około 120 tys. ludzi, a u progu gospodarki rynkowej branża zatrudniała 420 tys. Tyle że na dole pracuje blisko 25 tys. górników z obcych firm, a następne 20 tys. – na powierzchni. Bez nich nie byłoby wydobycia. Bywa też, że wykonawcy robót zatrudniają na umowy zlecenia górników danej kopalni. W soboty i niedziele, a często i po swojej szychcie zostają na drugą zmianę – nawet się nie przebierają – i zaczynają pracę pod innym szyldem. – To kolejny absurd, przecież oni mogliby to zrobić w wydłużonym czasie pracy i sobie dorobić – komentuje Markowski. – Oceniam, że firmy zewnętrzne kosztują węglowe spółki więcej, niż gdyby prace prowadzone były własną załogą przy trochę większym zatrudnieniu.

Te obce firmy, wykonujące często specjalistyczne dostawy i usługi, w większości nie mają poza górnictwem racji bytu. Stają się więc łatwym łupem. Tym cenniejszym, że skończyły się poprzednie możliwości zarabiania na przestępczym handlu węglem. Ten proceder został ograniczony do małych kantów, drobnych oszustw, jakie zdarzają się wszędzie.

Czarne zawsze przegrywa

Historia górnictwa to także historia węglowych kombinacji. Przez całą PRL kopalnie wydobywały węgiel, ale nigdy go nie sprzedawały, bo albo przejmował go Węglozbyt (kraj) i Węglokoks (eksport), albo dostarczany był według rozdzielnika. Po 1990 r. kopalnie musiały same sobie radzić ze sprzedażą.

Pierwsze afery polegały na tym, że węgiel zamawiano – i za niego nie płacono. Często na telefon, bez stosownych umów. Całe transporty szły do spółek-krzaków, zakładanych tylko po to, żeby odebrać jedną partię, sprzedać i zniknąć. Sprzyjała temu nadprodukcja węgla. Kopalnie, a potem węglowe spółki, sprzedawały go z odroczonymi terminami płatności, bywało, że na pół roku i dłużej. Byle gdzieś go upchnąć. Do kopalnianej kasy nie wpływały pieniądze za pierwszą dostawę, a już szły następne transporty.

Kiedy udało się sformalizować sprzedaż węgla i ograniczyć do minimum proste machlojki, pojawiły się tysiące pośredników między kopalniami i odbiorcami węgla. Wśród nich królowała Barbara Kmiecik, słynna śląska Alexis, szefowa Polskiego Towarzystwa Węglowego. Istnienie pośredników między kopalnią a sąsiadującą z nią elektrownią czy koksownią miało sens pod jednym warunkiem: sporych upustów cenowych. I takie dostawali. Węgiel jechał drogą przetartą od dziesięcioleci, tylko że nie jako towar z kopalni, lecz ze spółki.

Prokurator Goławski pamięta sprawę z Elektrownią Połaniec, która potrzebowała określonego gatunku miału węglowego. – Nikt w kraju takiego węgla nie spalał i nikt, oprócz Połańca, by go nie kupił – mówi. – A jednak szedł przez pośredników.

W 1996 r. Jerzy Markowski, jako wiceminister odpowiedzialny za górnictwo, nakazał wyeliminować z handlu węglem ok. 3,5 tys. pośredników. – Po tej decyzji przez kilka miesięcy musiałem korzystać z ochrony UOP – wspomina. Potem zaczął kwitnąć handel węglowymi wierzytelnościami. Zarządy spółek i dyrekcje kopalń znowu decydowały „po uważaniu” komu (za długi) sprzedać węgiel o połowę taniej.

Przekręty dotyczyły także jakości. Wysokiej klasy gatunki wyjeżdżały z kopalni jako marny węgiel, a po drodze odzyskiwały w papierach przewozowych właściwą jakość. Rósł również fikcyjny eksport przy udziale celników. Bo węgiel przeznaczony za granicę był sporo tańszy niż na składowiskach w kraju. Kiedy fałszerstwa kwitów celnych nie wystarczały, pociągi z węglem wjeżdżały na parę godzin do Czech lub na Ukrainę i innym przejściem wracały do Polski.

Większość śledztw związanych w nieprawidłowościami w handlu węglem prowadziły prokuratury na terenie całego kraju. Tam, gdzie działały spółki widma. Statystyka dotycząca samej apelacji katowickiej daje już jakiś pogląd na skalę zjawiska. W 1992 r. prowadzono na Śląsku sześć tzw. afer węglowych. W następnych latach – 26, 104 i 233 w 1995 r. W 1996 r. było 114 postępowań, potem 63 i 22 w 1998 r. W latach 2002–07 prokuratury prowadziły 42 śledztwa dotyczące wyłudzenia węgla wartości ok. 20 mln zł. – Kopalnie się uszczelniły, teraz zdarzają się tylko pojedyncze oszustwa – mówi prokurator Goławski. Dzisiaj każda ingerencja w jakość węgla, liczbę dostaw czy cenę pozostawia wyraźny ślad. Tamta epoka się skończyła.

Prezesowi ku pamięci

Po doniesieniu Andrzeja B., który sam korumpował, ale zgodnie z prawem uniknie odpowiedzialności, przeprowadzono wiele rewizji, także u jego wspólnika Antoniego G. Znaleziono u niego notes z nazwiskami dyrektorów i prezesów, a przy nich różne cyferki: „5”, „4”, czasami „2”... To kwoty łapówek liczone w tysiącach – zeznał Andrzej B. Nie, to szkolne oceny jakości współpracy z prezesami i dyrektorami! – zaprzeczał po aresztowaniu Antoni G.

Pierwsze zarzuty postawiono pod koniec ubiegłego roku dziewięciu byłym szefom spółek i kopalń. Posypały się areszty. Przynajmniej jeden z aresztowanych zgodził się na współpracę z prokuraturą. We wrześniu br. zarzuty usłyszało kolejnych 10 prominentnych węglowych menedżerów. Wśród nich: Leszek J., były prezes Jastrzębskiej Spółki Węglowej, podejrzany o przyjęcie 600 tys. zł. Maksymilian K., były prezes Katowickiego Holdingu Węglowego, obecnie wiceprezes Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Węgla Kamiennego i Brunatnego – 305 tys. zł. Franciszek N., były wiceprezes Kompanii Węglowej – 200 tys. zł. Stanisław G., ostatni prezes KHW, zdymisjonowany 21 września przez wicepremiera Waldemara Pawlaka – 186 tys. zł. Mirosław K., prezes Kompanii Węglowej (też zdymisjonowany 21 września) – 16 tys. zł. Na taką sumę miałby połaszczyć się prezes największej spółki węglowej w Europie? – Na taką kwotę mamy twarde dowody! – uściśla prokurator.

Na razie podsumowano korupcyjne daniny tylko z jednej firmy. W kręgu zainteresowania śledczych jest ich więcej. Na pewno pojawią się nowe nazwiska.

Zarzuty nieuczciwej konkurencji dotyczą nie tylko przyspieszania wypłat za zrealizowane kontrakty. Chodzi też o samo przystąpienie do wykonywania robót. Firma wygrała przetarg na pomalowanie budynku kopalnianej administracji, ale jej pracownicy nie dostali przepustek, aby wejść na teren zakładu. Dopiero łapówka otworzyła bramę kopalni.

Póki nie pęknie ogniwo

Spółka Emes Mining wygrała przetarg na dostawę kleju – opisuje Goławski. Procedury były czyste, przejrzyste, klej dobrej jakości – nie ma do czego się przyczepić. W przetargach nie ma żadnego cwaniactwa. Tylko co z tego? – Przetarg przetargiem, ale kopalnia mogła nie kupić kleju w zakontraktowanej ilości – wyjaśnia prokurator. Kiedy na biurku pojawił się dowód wdzięczności, dostawy i usługi były realizowane bez zakłóceń. Na tym polegał ten „wolny rynek”. Jeden ze świadków zeznał, że pieniądze zostawiało się „ku pamięci”: „Ku pamięci, panie prezesie”.

Mamy do czynienia z przestępczością, która ma charakter ciągły i całkowicie indywidualny – mówi Goławski. Wszystko w cztery oczy. – W zasadzie nie do wykrycia, jeżeli w tym korupcyjnym łańcuchu nie pęknie jakieś ogniwo.

Waldemar Pawlak, wicepremier i minister gospodarki, który sprawuje funkcje właścicielskie wobec węglowych spółek, po odwołaniu prezesów Kompanii Węglowej i Katowickiego Holdingu Węglowego powiedział, że od lat był w kontakcie z prokuraturą w sprawie korupcji, ale decyzji kadrowych nie podejmował, żeby nie utrudniać śledztwa. „Przy tej sprawie wzięliśmy pod uwagę doświadczenia z afery hazardowej – wyjaśniał w „Polsce – Dzienniku Zachodnim”. – Staraliśmy się postępować ostrożnie, by nie dawać nikomu powodu do podejrzeń, że jest w sferze zainteresowania śledczych”.

Z tej sytuacji wicepremier wyszedł z tarczą, choć korupcyjna gra, zresztą wyjątkowo bezczelna, toczyła się na podwórku, za które przecież odpowiada – uważa minister Jerzy Markowski.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną