Związki zawodowe na wojennej ścieżce

Idzie gorąca wiosna
Związki zawodowe zapowiadają protesty. Powodem jest nie tylko obawa, że interesy ich członków są zagrożone, ale przekonanie, że teraz jest na to najlepszy czas. Politycy walczący o władzę potrafią zapłacić za głosy wysoką cenę.
Protestujący górnicy. Tym razem manifestację zorganizowały wspólnie wszystkie centrale związkowe.
Andrzej Grygiel/PAP

Protestujący górnicy. Tym razem manifestację zorganizowały wspólnie wszystkie centrale związkowe.

Pielęgniarki okupowały sejmową galerię, ale nie znalazły zrozumienia. Nawet wśród innych pielęgniarek.
Krzysztof Żuczkowski/Forum

Pielęgniarki okupowały sejmową galerię, ale nie znalazły zrozumienia. Nawet wśród innych pielęgniarek.

Najbardziej radykalna w żądaniach jest Solidarność. Po licznej manifestacji w Katowicach nowy lider Piotr Duda zapowiedział jeszcze liczniejszą w Warszawie. Teraz mówi się nawet o strajku generalnym. Z tym generalnym to mocna przesada, o swoje interesy walczą bowiem głównie górnicy i energetycy. Bezpośrednim impulsem stała się zapowiedź rządu, że spółki węglowe nareszcie będą prywatyzowane.

Na początku lata na giełdzie ma zadebiutować Jastrzębska Spółka Węglowa. Nie można powiedzieć, że górnicze związki są prywatyzacji przeciwne – to przecież okazja, by w ręce pracowników za darmo trafiło 15 proc. akcji przedsiębiorstwa. Jak się je natychmiast sprzeda, ludzie wzbogacą się co najmniej o setki milionów złotych. A więc prywatyzacja jak najbardziej, ale taka, żeby broń Boże nie pojawił się w firmie prywatny właściciel. Górnicy żądają – i już to zresztą uzyskali – żeby minister skarbu sprzedał tylko taki pakiet, który nie spowoduje utraty kontroli państwa nad kopalnią. Czyli prywatyzacja na ćwierć gwizdka, po której nic się w spółce nie zmieni. Tak, by kolejny protest znów można było kierować do rządu.

Nie zmarnują jednak sposobności, by przy okazji prywatyzacji pozornej wywalczyć pakiety socjalne, gwarantujące im zachowanie licznych, posiadanych obecnie, przywilejów. Nie tylko pensji trzynastej i czternastej, a także specjalnej premii, tak zwanego piórnikowego, ale także dziesięcioletnich gwarancji zatrudnienia. Takich, jakie załatwili sobie koledzy związkowcy z energetyki.

Na tym tle żądanie 10-proc. podwyżki płac (średnia płaca w JSW wynosi ponad 6 tys. zł) nie wydaje się szczególnie wygórowane. Górników do walki zagrzewa Dominik Kolorz, który w związkowej strukturze zajął właśnie miejsce Piotra Dudy – został szefem Regionu Śląsko-Dąbrowskiego, wcześniej szefował Solidarności górniczej. Musi się więc pokazać z jak najlepszej strony. Podwyżka płac ma dotyczyć, oczywiście, wszystkich spółek węglowych. Identycznej żądają energetycy. Związkowcy z Polskiej Grupy Energetycznej umieją liczyć. Dlatego nie zaakceptują propozycji zarządu, który gotów jest podwyższyć im zarobki o 2,3 proc. Przecież inflacja wyniosła 3,8 – oburzają się związkowcy. W drugą stronę liczenie idzie gorzej. Podwyżka ma wynieść 10 proc. Oprócz wzrostu cen, argumenty są jeszcze dwa – wzrosły pensje zarządu, a spółka ma świetne wyniki finansowe. Cokolwiek wywalczą związkowcy, zostanie nam dopisane do rachunków za prąd, to przecież monopoliści terytorialni.

Żeby chociaż opóźnić

Zapowiedź restrukturyzacji przedsiębiorstwa stała się też powodem niepokojów na Poczcie Polskiej. To największy pracodawca w kraju, zatrudnia blisko 100 tys. osób. Gdyby zapowiadana, już po raz kolejny, restrukturyzacja rzeczywiście doszła do skutku, kilka tysięcy osób mogłoby pracę stracić. I to w małych miejscowościach, w których trudno o następną. Poczta chce bowiem likwidować swoje placówki tam, gdzie przynoszą one największe straty. A więc na wsi i na prowincji. Mają je zastąpić prywatne agencje. Lokalne protesty pocztowych związkowców już odbyły się między innymi w Olsztynie i na Mazowszu. Następny ma już objąć cały kraj. Do walki o zagrożone miejsca pracy solidarnie stanęły wszystkie 23 pocztowe związki.

Niewypałem okazała się biała galeria Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych. Siostry opuściły Sejm niczego nie zwojowawszy. Ale też postulaty od początku miały nierealne i, co gorsza, łamiące konstytucję. Jeszcze bowiem w połowie lat 90. Trybunał Konstytucyjny orzekł, że państwo nie może zabraniać pielęgniarkom zatrudnienia na kontraktach. A to był teraz główny postulat OZZPiP. Determinacja okupujących sejmową galerię pielęgniarek wzięła się ze strachu. Posłowie właśnie uchwalili pakiet ustaw zdrowotnych, w tym także tę przyspieszającą przekształcanie szpitali publicznych w spółki prawa handlowego. Siostry boją się, że teraz będą zmuszane do zamiany etatów na kontrakty. Ale ich koleżanki, które na kontraktach pracują już teraz, wyraźnie nie życzą sobie, żeby – dla odmiany – ktoś kazał im z tych kontraktów rezygnować.

Wszystkie te protesty mają dwa spoiwa. Łączy je obawa, że dotychczasowe status quo zostanie naruszone. Sytuacja pracowników pogorszy się w wyniku działań zapowiadanych przez państwo. Protesty mają je powstrzymać albo przynajmniej opóźnić. – Ale państwo występuje tu w roli podwójnej – zauważa Maciej Bukowski, szef Instytutu Badań Strukturalnych. – Jest nie tylko regulatorem, ale także pracodawcą. Można próbować zmusić je do ustępstw, na które na pewno nie zgodziłby się pracodawca prywatny.

Wyjątkiem na strajkowej mapie są protesty związkowców z Fiat Auto Poland. Żądają tylko wyższych płac. Niewykluczone, że chcą też pokazać swoim włoskim kolegom, że też potrafią walczyć. Kiedy wybuchł kryzys, włoscy pracownicy Fiata wypowiadali się o Polakach z lekceważeniem. Że za dużo pracują jak na tak małe pieniądze. Włosi na takie warunki nigdy się nie zgodzą.

Gest Kozakiewicza

Związkowcy mają więc powody do niezadowolenia. Prof. Juliusz Gardawski z SGH nie uważa jednak, że grozi nam coś na kształt wiosny ludów. Wręcz odwrotnie. – Nasi związkowcy i tak zachowują się bardziej pokojowo niż ich koledzy z innych krajów, zwłaszcza południa Europy. Od czasu wybuchu światowego kryzysu finansowego nie odnotowaliśmy żadnych niepokojów społecznych. Ludzie bali się o pracę, nie chcieli strajkować. Związki zgodziły się nawet na pakt antykryzysowy, który ograniczał prawa pracownicze. Teraz, gdy myślą, że kryzys mamy już za sobą, chcą o sobie przypomnieć.

Dziwne byłoby, gdyby tego nie robiły. W ciągu ostatnich miesięcy rząd jest nieustannie krytykowany przez liberalnych ekonomistów za niechęć do robienia reform. Te pożądane reformy, wyszczególnione w opracowaniu Forum Obywatelskiego Rozwoju prof. Leszka Balcerowicza, uderzałyby przecież w największe związkowe zdobycze – specjalne emerytury górnicze (wywalczone właśnie pod Sejmem tuż przed wyborami w 2005 r.), emerytury mundurowe, zablokowanie prywatyzacji kopalń itp. Związkowcy chcą więc przypomnieć rządowi, że są silni i próbują, dla równowagi, zaatakować go z drugiej strony. Pokazują reformatorom gest Kozakiewicza. Wiedzą, co robią. Politycy wszystkich opcji wielokrotnie dali dowody, że w kampanii wyborczej gotowi są finanse państwa psuć. Trzeba im tylko przystawić do głowy pistolet strajkowy.

Liderzy związkowi wydają więc groźne pomruki, ale sami nie są już pewni siły swoich armii. Przed kilkoma laty związki na Poczcie Polskiej zrobiły referendum, w którym pytały ludzi, czy są gotowi strajkować. Twierdząco odpowiedziało aż 70 proc. załogi. Tyle że jak naprawdę przyszło do strajku, pracę przerwało zaledwie 5 proc. Dla związkowego lidera to kompromitacja. Jego następca będzie już o wiele bardziej ostrożny z wezwaniem do przerwania pracy. Zwłaszcza że o wiele bardziej skuteczne okazują się działania mniej spektakularne.

Cichym sprzymierzeńcem pocztowców jest PSL. Dla ludowców zachowanie obecnej liczby placówek jest sprawą ważną – to przecież prawie partyjna infrastruktura. Więc PSL działa cicho, ale skutecznie. Nowy prezes PP Jerzy Jóźkowiak wydaje się już restrukturyzować z mniejszym impetem. A premier Donald Tusk zapewnia, że likwidacja urzędu pocztowego w małej miejscowości nastąpi tylko wtedy, kiedy „będzie absolutnie i bezwzględnie potrzebna do realizacji programu naprawczego poczty. A to oznacza, że w wielu miejscowościach jest poważne uzasadnienie społeczne, żeby te urzędy nadal działały”.

Na razie związkowi liderzy straszą rząd, ale sami nie wiedzą, czy mają w ręku pistolet, czy atrapę. Badania pokazują, że związkowa baza się kurczy. Do związków należy coraz mniej osób, z badań CBOS wynika, że już niecały milion pracujących. W dodatku związkowcy się starzeją, a dla młodych związki nie są już atrakcyjne.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną