Nadciąga inflacja?

Kiedy strzelba strzela w stopy
Przez ostatnie lata martwiliśmy się możliwą recesją, załamaniem giełdy, kłopotami banków. Ale nie martwiliśmy się o inflację. Czas sobie o niej przypomnieć.
Wszystko wskazuje na to, że problem inflacji już wkrótce na trwałe zawita do Polski.
Janusz Kapusta/Corbis

Wszystko wskazuje na to, że problem inflacji już wkrótce na trwałe zawita do Polski.

Żywność i ropa zdrożały w ciągu minionego półtora roku o ponad 60 proc.
Janusz Kapusta/Corbis

Żywność i ropa zdrożały w ciągu minionego półtora roku o ponad 60 proc.

Temat inflacji na nowo staje się w Polsce ważny. Prezentowany przez prezesa PiS koszyk podstawowych towarów żywnościowych może nie podrożał w ciągu ostatnich trzech lat dwukrotnie, ale jednak o ponad 20 proc. Przeciętnie żywność zdrożała od jesieni 2007 r. o 17 proc., wszystkie ceny wzrosły o 13 proc. Można oczywiście się pocieszać, że jeszcze dekadę temu zbliżonej skali inflację odnotowaliśmy w samym tylko 2000 r., a dwie dekady temu taki wzrost cen następował w skali miesiąca. Mimo to są powody do zmartwienia, bowiem dynamika cen w ciągu ostatnich miesięcy wyraźnie przyspiesza, przekraczając już cel inflacyjny NBP. Oczywiście należy sobie zdawać sprawę z tego, że rosnące ceny żywności czy paliw są zjawiskiem globalnym (cena cukru na rynkach światowych w ciągu ostatnich 8 miesięcy podwoiła się). Co czyni sytuację jeszcze gorszą, bo oznacza to, że główne źródła kłopotów znajdują się poza bezpośrednim zasięgiem oddziaływania naszej własnej polityki. Co wcale nie zwalnia NBP i rządu z obowiązku działania.

Efekt drugiej rundy

Ekonomiści od stu lat dyskutują na temat inflacji. Większość zgadza się, że na dłuższą metę zależy ona od tempa wzrostu ilości pieniędzy. Kiedy przybywa ich znacznie szybciej niż towarów na rynku, ceny muszą wzrosnąć. W latach 1995–2000, gdy podaż pieniądza rosła w Polsce w średnim tempie 23 proc. rocznie, a PKB 5 proc. rocznie – inflacja wynosiła przeciętnie 14 proc. w skali roku. Gdy jednak w kolejnej pięciolatce przyrost podaży pieniądza spowolnił do 7 proc. rocznie, a wzrost PKB do 3 proc., inflacja również obniżyła się do 2 proc. Nie mamy tu do czynienia z dokładną, arytmetyczną zależnością, ale generalnie długookresowy związek między podażą pieniądza i inflacją nie ulega wątpliwości. Oznacza to, że na dłuższą metę jedyną instytucją, która może przeciwstawiać się inflacji, jest bank centralny. Ma on bowiem w ręku narzędzia, za pomocą których można regulować ilość pieniędzy na rynku (przede wszystkim stopy procentowe).

Na krótką metę na inflację oddziałują jednak również inne czynniki, nie tylko pieniądz. Może ona wynikać ze wzrostu cen surowców, osłabienia waluty, nadmiernego przyspieszenia wzrostu płac. Stawia to banki centralne przed trudnymi wyborami. Jeśli na świecie rosną ceny ropy naftowej, powoduje to natychmiastowy wzrost cen na stacjach benzynowych nawet wówczas, gdy podaż pieniądza ani na jotę się nie zmienia. Gdyby bank centralny zdecydował się wówczas ograniczyć podaż pieniądza, inflacja nie musiałaby trwale wzrosnąć. Kosztem tego byłoby jednak spowolnienie produkcji, wyhamowanej przez wyższe stopy procentowe. Gdyby z kolei bank centralny pragnął w takiej sytuacji nie dopuścić do spadku dynamiki PKB, powinien zwiększyć podaż pieniądza. Ale to spowodowałoby utrwalenie wyższej inflacji.

W tym momencie cała sprawa ulega jednak dalszej komplikacji. Pracownicy, widząc trwale podwyższoną inflację, zażądaliby podwyżek płac. To z kolei przełożyłoby się na wyższe koszty produkcji i na dalszy wzrost cen. I znowu bank centralny stałby przed dylematem: albo zwiększyć podaż pieniądza i pogodzić się z wystąpieniem spirali płacowo-cenowej, albo utrzymać podaż pieniądza bez zmian, ryzykując recesją. Innymi słowy, jakikolwiek wzrost cen, choćby nawet niespowodowany nadmiernym popytem w kraju, zawsze może doprowadzić do tzw. efektów drugiej rundy, które przekształcą go w długotrwałą i trudną do zwalczenia inflacyjną zmorę.

Puste pieniądze

Ponieważ na dłuższą metę nie da się rozerwać związku pomiędzy wzrostem podaży pieniądza a inflacją, przed światem stoją nie lada kłopoty. W ciągu minionych 3 lat najważniejsze banki centralne – amerykański FED, Bank Japonii, Bank Anglii, a w mniejszym stopniu również Europejski Bank Centralny – wypuściły na rynek ogromne ilości pustego pieniądza po to, by pomóc rządom sfinansować gigantyczne deficyty budżetowe. Jeszcze kilka lat temu coś takiego nie mieściłoby się w głowie. Kiedy jednak przyszedł wielki kryzys finansowy, rządy doszły do wniosku, że bez względu na konsekwencje muszą ratować przed bankructwem swoje instytucje finansowe i walczyć z recesją poprzez kolosalne pakiety stymulacyjne. A banki centralne uznały, że nie mogą odmówić im pomocy i muszą wydrukować morze pustych pieniędzy – tak by rządy miały co wydawać.

Najgorzej sprawy się mają w przypadku dolara. Podaż pieniądza w USA wzrosła w ciągu kryzysu o 2 bln dol., czyli o niemal 30 proc., przy jednoczesnym zerowym wzroście PKB. Zgodnie z całą wiedzą ekonomiczną powinniśmy więc zobaczyć w USA dwucyfrową inflację. Powinniśmy – ale nie widzimy. Na krótką metę działają bowiem nadal potężne czynniki, które hamują wzrost cen i nie wypuszczają całej tej masy pieniądza na rynek. Po pierwsze, rolę taką odgrywa wysoki poziom bezrobocia i niski wzrost płac. Po drugie, inflacja utrzymywana jest wciąż w ryzach przez tani import – zwłaszcza z Chin (import ten pozostaje tani tylko dlatego, że rząd chiński jak na razie nie dopuszcza do umocnienia się swojej waluty gromadząc ogromne rezerwy walutowe). Po trzecie, duża część wydrukowanych przez FED dolarów wcale nie trafia do gospodarki amerykańskiej, ale ląduje w skarbcu Narodowego Banku Chin. No i wreszcie, po czwarte, ta część, która jednak trafiła do amerykańskich banków, w większości wcale ich nie opuściła. Bo banki wolały gromadzić gotówkę w swoich własnych skarbcach, zabezpieczając się przed ryzykiem bankructwa, zamiast udzielać kredytów amerykańskim firmom i gospodarstwom domowym.

Wyemitowane biliony pustych dolarów są jednak jak wisząca na ścianie strzelba Czechowa – skoro w pierwszym akcie dramatu zostały przez FED wydrukowane, w którymś z kolejnych aktów muszą wypłynąć na rynek. A to doprowadzi do silnego wzrostu inflacji najpierw w USA, a potem na całym świecie.

Choć strzelba nadal wisi na ścianie, już obecnie wystarczy choćby niewielkie przyspieszenie rozwoju, by natychmiast pojawiała się groźba inflacji. Źródłem tej groźby są rynki surowcowe. Zanim wybuchł obecny kryzys, na rynkach surowcowych zaczęła zarysowywać się rosnąca przewaga popytu nad podażą. Po względnej stabilizacji w ciągu dekady lat 90., w latach 2003–08 dolarowe ceny surowców i nośników energii potroiły się, a ceny żywności wzrosły dwukrotnie. Kryzys i wywołana nim recesja spowodowały czasowe załamanie cen w 2009 r. Gdy jednak tylko najgorsze minęło, ceny surowców ponownie zaczęły szaleć. Żywność i ropa zdrożały w ciągu minionego półtora roku o ponad 60 proc.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną