Rynek

Co się stało z naszą pracą

Rozmowa o polskim problemie z pracą

Wojciech Łukowski, profesor w Instytucie Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego i na Wydziale Historyczno-Socjologicznym Uniwersytetu w Białymstoku. Wojciech Łukowski, profesor w Instytucie Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego i na Wydziale Historyczno-Socjologicznym Uniwersytetu w Białymstoku. Tadeusz Późniak / Polityka
O tym, jak się w Polsce znajduje zatrudnienie i jak to wyniszcza społeczeństwo - mówi socjolog, prof. Wojciech Łukowski.
Polskie społeczeństwo powoli się rozjeżdża.Image Broker/Forum Polskie społeczeństwo powoli się rozjeżdża.
Londyn, stacja Ravenscourt Park. Młodzi Polacy przeglądają oferty pracy.Jacek Herok/Newsweek Polska/Reporter Londyn, stacja Ravenscourt Park. Młodzi Polacy przeglądają oferty pracy.

Juliusz Ćwieluch: – Czy to prawda, że pracę można dostać tylko po znajomości? Z badań CBOS wynika, że młodzi Polacy są o tym święcie przekonani.
Wojciech Łukowski: – Ten mechanizm tak silnie wrył się w tkankę społeczną, że ludzie nawet się już z nim po części pogodzili. Odbyłem ciekawą rozmowę z mieszkańcem małego miasta w północno-wschodniej Polsce, ojcem dwójki zdolnych dzieci, które kończyły szkołę; rozmawialiśmy o ich przyszłości. On był przekonany, że muszą wyjechać do Warszawy, bo w okolicy może im załatwić tylko pracę sprzątaczki na przejściu granicznym. Taki miał krąg znajomych i możliwości. I nie mówił tego z żalem, tylko stwierdzał fakty. Gdyby był lepiej umiejscowiony w lokalnej elicie, to mógłby dzieciom załatwić coś lepszego. Traktował ten mechanizm jako coś naturalnego.

Bada pan mazurską prowincję, żeby stwierdzić, co właściwie przydarzyło się polskiemu społeczeństwu po 1989 r. Dlaczego akcentuje pan sprawę pracy?
Bo podstawą przeobrażeń społecznych były właśnie przetasowania na rynku pracy. Nazwaliśmy je dekompozycją negatywną, bo polegały one głównie na redukcji miejsc pracy. Chodzi zwłaszcza o spektakularne upadki wielkich zakładów pracy.

Które musiały upaść.
Wiele wskazuje na to, że nie wszystkie. Ale na początku transformacji panowało przekonanie, że nie ma innego wyjścia. Myślę, że toczyła się wtedy silna, podskórna walka o zasoby. Ci, którzy lepiej rozumieli nowe mechanizmy, wiedzieli, że własność ziemi i środków produkcji umożliwia dobre wejście w nowy system. To oni w dużym stopniu organizowali przemianę. Przynajmniej na poziomie lokalnym.

Przewidujący i przedsiębiorczy poczuli wiatr w żagle. A co z resztą?
Znaczna część społeczeństwa nie rozumiała konsekwencji zasadniczej zmiany, jaka wtedy nastąpiła. Czyli tego, że zaczyna obowiązywać nowa makroreguła: prymat państwa został zastąpiony przez prymat własności prywatnej. Owszem, ludzie tracili pracę, ale z reguły pojawiało się jakieś zasilanie ze strony państwa. Może skromne, ale jednak. Ludzie mieli takie naiwne przeświadczenie, że także im jakiś kawałek tortu się dostanie, jakieś akcje, obligacje. Nowy system ich fascynował. W moim rodzinnym Giżycku symbolem nowych czasów był lokalny bazar. Pewnego razu spotkałem tam babinę z Gruzji, która sprzedawała czosnek i coś tam jeszcze. Zapytałem, jak ona w ogóle dojechała do Giżycka? A ona mówi: normalnie, wsiadłam w samolot do Moskwy, później pociągiem do Wilna, a z Wilna autobusem i tutaj siedzę. Pamiętam, jak ludzie biegali po tym rynku i skupowali niepotrzebne im gadżety. Jakieś śrubokręty, bormaszyny; to po prostu pulsowało, tak było każdego dnia. To był spektakl.

Który stwarzał pozór uczestnictwa w przemianach?
Ludziom wydawało się, że robią jakieś wielkie interesy. Gdy kupią dwie pary majtek w cenie jednej, to już są kapitalistami. Starsi tak się tym zachłysnęli. Widziałem dom, w którym wisiało sześć zegarów. Tylko sześć, bo na 40 m kw. trudno było powiesić więcej. Te zegary sobie tykały, a zmiany się dokonywały. W połowie lat 90. bezrobocie ustabilizowało się na poziomie trzydziestu paru, czterdziestu procent. Co miało upaść, upadło. W Giżycku właściwie wszystko. Zaczął się kolejny etap: emigracja, która początkowo mogła dawać poczucie życiowego sukcesu. Stosunek dochodów uzyskiwanych w Giżycku do tych z migracji był jak jeden do pięciu, czasem – siedmiu. Ludzie z Giżycka stworzyli nawet rodzaj kolonii w Ostii pod Rzymem. Wyjechało tam kilkaset osób. I ściągali następnych znajomych.

Ci, którzy nie wyjechali, musieli jakoś podzielić się skromną pulą miejsc pracy?
Z naszych badań w Ełku wynika, że ukształtował się dualny model rynku pracy i przestrzeni społecznej. Nie inspirowaliśmy się żadnym modelem teoretycznym, ale okazało się, że nasze wyniki częściowo pokrywają się z koncepcją amerykańskiego ekonomisty Michaela J. Piore’a, który dostrzegł, że rynek pracy rozwiniętych krajów kapitalistycznych jest właśnie dualny. Dzieli się na segment uprzywilejowany i segment podrzędny. A pomiędzy tymi segmentami jest szyba, czyli przepływ pracowników jest niemożliwy albo mocno ograniczony. W segmencie podrzędnym prace są kiepsko płatne. Raczej na umowę niż na etat, a czasem w ogóle bez umowy. Jak silnym mechanizmem jest dualizm, widać było na przykładzie gospodarki Wielkiej Brytanii, która po wejściu Polski do Unii zasysała Polaków właśnie do tego segmentu. Wykonując najsłabiej płatne prace, podtrzymywali oni całą strukturę rynku angielskiego.

Jak wygląda w Polsce segment uprzywilejowany?
W tej kwestii nasze wyniki różnią się od koncepcji Piore’a. U nas rynek uprzywilejowany lepiej nazwać rynkiem reglamentowanym. Przy czym należy od razu zaznaczyć, że nie opieramy się na spiskowej teorii demiurga reglamentacji, nie zakładamy istnienia tajemniczego stolika, przy którym rozdaje się pracę swoim.

Ale się ją rozdaje?
Jedni mają szansę ją dostać, a inni nie. Choć ich kompetencje bywają porównywalne. Kluczem do pracy są znajomości i pozycja zajmowana w grupie, która ma wpływ na podział miejsc pracy. Wszystko odbywa się w przyjacielskiej, ciepłej, miłej atmosferze. Reglamentacji podlega nawet tak niskie stanowisko jak palacz. Zresztą bardzo pożądane, ponieważ nie wymaga dużych kompetencji i daje możliwość połączenia pracy z innymi aktywnościami ekonomicznymi, np. rentą. A przede wszystkim dochód jest stały i pewny. Etat palacza jest po prostu przedmiotem reglamentacji przez pewną sieć znajomych, przyjaciół, którzy akurat mają do tego dostęp. Osoba będąca świetnym palaczem, która straciła pracę i nie ma dojścia do sieci, wolnego miejsca nie dostanie. To nie kompetencje są gwarancją zdobycia pracy.

Na palaczach to się może sprawdzać, ale na specjalistach od pozyskiwania środków unijnych raczej nie.
W jednej z badanych miejscowości wykryliśmy taką oto sytuację: ogłoszono konkurs na stanowisko specjalisty w urzędzie. Wystartowało kilkanaście osób. Wśród nich dziewczyna, która pochodziła z tego miasta i skończyła Sorbonę. Oraz człowiek, który zrobił dyplom zaocznie w jakiejś małej prywatnej uczelni. Kto wygrał konkurs?

Dziewczyna miała wyższe kompetencje niż burmistrz. Władza nie lubi konkurencji.
Zgadza się. Podniosła poprzeczkę tak wysoko, że nie tylko nie przeskoczyliby jej inni pracownicy w tym wydziale, ale sam burmistrz czułby się zagrożony. Dziewczyna nie miała takiego samego habitusu.

Czyli?
Żeby nie zostać odrzuconym przez grupę, trzeba być do niej podobnym. Trzeba mieć taki sam sposób uśmiechania się, dysponować takim samym zasobem pojęć, mieć taki sam sposób podlizywania się, prawienia sobie uprzejmości. Trzeba być spójnym na poziomie języka, komunikacji niewerbalnej, stylu.

Słowem, nie można powiedzieć, że na przemianach 1989 r. wygrała konkretna grupa społeczna, np. inteligencja. Wygrali ludzie z odpowiednią siatką znajomości, którzy szybko przejęli kontrolę nad segmentem uprzywilejowanych miejsc pracy i zamknęli do nich dostęp?
Tak. Owszem, zdarza się, że ktoś otrzymuje stanowisko w szkole, w urzędzie poza reglamentacją. Ale to jest raczej wyjątek, a nie reguła.

A więc Polska B sama się skazuje na gorszą pozycję, odrzucając najzdolniejszych i wymuszając na nich migrację za pracą?
Odrzuceni przez lokalny rynek pracy muszą jej szukać w dużych miastach. Tam mogą odnieść sukces, nie mając zaplecza. (Choć i w wielkich miastach działają mechanizmy reglamentacji rynku). W Ełku funkcjonuje bardzo dobre liceum. Ono jest również elementem podtrzymywania mechanizmu reglamentacji. Elita musi gdzieś kształcić swoje dzieci. Pozostali uczniowie są niejako efektem ubocznym. W mieście zamieszkanym przez 50–60 tys. ludzi rynek jest w stanie wchłonąć jakieś 15 proc. absolwentów z każdego rocznika. Pozostali muszą poradzić sobie gdzie indziej. Najzdolniejsi z reguły sobie radzą.

Moja znajoma mieszkająca w podwarszawskiej wsi zaobserwowała, że kiedyś dzieci jej sąsiadów kończyły edukację na poziomie średnim i z czasem zaczynały zapijać frustrację. Teraz ogromnym wysiłkiem całej rodziny kończą studia i też piją. Nie ma dla nich żadnej pracy. Sam dyplom nic nie daje.
Ci ludzie są narybkiem do segmentu podrzędnego, w którym można się znaleźć w trzech podstawowych rolach. Pierwsza to deklasacja, czyli podjęcie pracy np. w dużej fabryce, która konkuruje w skali globalnej jakimś stosunkowo prostym produktem. Priorytetem jest tam redukcja kosztów pracy. Zarobki rzędu 1,5 tys. zł pozwalają na przeżycie, ale dają tylko pozorną stabilizację. Przy utracie zdrowia czy nagłym wydatku rzędu 600 zł bardzo szybko można stracić stabilność ekonomiczną. Te 1,5 tys. zł nie daje żadnych szans na coś więcej. Na rozwój, zmianę czegokolwiek w życiu.

Jeśli nie deklasacja, to co?
Kolejną rolą jest migracja. Najczęściej również do podrzędnego segmentu rynku pracy. Tyle tylko, że w krajach rozwiniętych zarabia się na życie plus małe coś jeszcze. Emigranci, odmawiając sobie nie tylko tego coś jeszcze, a nawet godnych warunków życia, są w stanie oszczędzić. Ta minimalizacja kosztów powoduje degradację kulturową. Mieszkają po sześciu, siedmiu w pokoju. Pojawia się alkohol, tymczasowe związki.

 

Przynajmniej trzecia grupa ma jakieś szanse?
Tę trzecią grupę nazwaliśmy pominiętymi. Zdobyli jakieś wykształcenie, na przykład wyższe, bo takie możliwości teraz istnieją. Natomiast system ich nie absorbuje. Są spoza układu. Z tej grupy rekrutują się na przykład przedstawiciele handlowi. Niby zarabiają i mają jakąś pozycję, ale ta praca jest tak wyniszczająca, że w dłuższej perspektywie – jest też tymczasowa. Po jej utracie często znów są w punkcie wyjścia. Bez znajomości i możliwości.

Kiedy pracy jest mało, staje się ona przedmiotem zaciętej walki.
Siłą rzeczy pojawia się napięcie. Nie ma siły, żeby nie pojawiły się mechanizmy reglamentacyjne. To dobrze mieć dobre wykształcenie. Ale dyplom niepoparty układami nie jest gwarancją sukcesu. Układami rodziców, bo dziecko nie miało szansy jeszcze ich sobie wyrobić. A przecież zdecydowana większość rodziców marzy o jednym: żeby dzieci przynajmniej zachowały ich status społeczny. A najlepiej, żeby go jeszcze podwyższyły. Jeśli jest tak ciasno na rynku pracy, to każdy nawet najbardziej szlachetny rodzic raz się złamie i zadzwoni do kolegi po pomoc.

Pan ma dzieci?
Tak. Ale – uprzedzając pytanie – nie musiałem dzwonić do kolegi. Mój syn jest tak suwerenny, że aż się o niego boję. W ogóle nie ma takiej opcji, żeby pozwolił mi gdzieś zadzwonić.

To znaczy, że jest jeszcze jedna grupa, której nie opisaliście. Ambitni, niezależni, nastawieni na samorealizację.
Płacą za to ogromną cenę. Odbijają się od tej szyby. Ale myślę, że są na tyle zdeterminowani, że z czasem wywalczą sobie pozycję uprzywilejowaną. Na razie działają wbrew obowiązującym regułom gry społecznej.

Idąc za logiką pańskiej klasyfikacji, wskazałbym jeszcze ludzi, którzy potrafią wypatrzyć niszę na rynku i ją zająć.
Żeby była jasność: nie wszystko w życiu społecznym jest raz na zawsze poukładane. Są osoby zdeterminowane, które szukają nisz i je znajdują. Ale jak sam pan zauważył, w tym wypadku rozmawiamy o niszach. Problem w czym innym. Spojrzenie na rzeczywistość uwzględniające mechanizm reglamentacji rynku pracy pociąga nie tylko zakwestionowanie kapitalistycznego mitu równych szans. Bardziej niepokoi mnie coś innego. Osoby mogące liczyć na uprzywilejowaną pozycję w wyniku reglamentacji mają świadomość swojej wyjątkowości już na poziomie gimnazjum. Dojrzewają z nią, bo otoczenie też zna ów mechanizm i dodatkowo ich utwierdza w tym przekonaniu. Nawet gdy nieco obsuną się w nauce, to kapitał kulturowy wyniesiony z domu pozwoli im powrócić do pozycji, na którą są namaszczani. Tym dzieciom nie tylko więcej wolno. Im się więcej wybacza. Takie osoby przestają być responsywne.

Kontaktowe?
Przestają być wrażliwe na to, co się dzieje w społeczeństwie. One mają wszystko dane. Wystarczy, że będą w miarę sumiennie wpisywać się w rolę. Nie muszą walczyć, nie znają uczucia prawdziwej porażki, odrzucenia. Duża część tych osób zasila administrację publiczną. Gdy patrzę na sposób, w jaki samorząd lokalny precyzuje swoje zadania, to widzę pokłosie tego braku wrażliwości. To nie jest przypadek, że samorząd obsesyjnie skupia się na infrastrukturze, a nie zauważa zwykłego człowieka. Teraz wszyscy budują baseny. Każda gmina ma ambicję posiadania basenu. A czemu nie ma ambicji poprawy demografii?

Twierdzi pan, że ta reglamentacja to maszynka do produkcji ludzi z ułomną empatią? To by wiele tłumaczyło w kontaktach z urzędnikami.
W swojej masie są niezwykle konformistyczni. Wejście w system reglamentacji eliminuje w nich inicjatywę własną. A trzymanie się raz zdobytej pozycji zabija w nich odwagę i eliminuje samodzielne myślenie. Nie do wyobrażenia jest, żeby jakiś urzędnik z własnej inicjatywy powiedział burmistrzowi czy prezydentowi, że coś powinno wyglądać inaczej albo że on ma jakąś inną wizję. To się prawie nie zdarza.

Bądźmy sprawiedliwi – ten konserwatyzm myślowy dotyczy nie tylko urzędników.
Obecnie piekielnie trudno jest zidentyfikować wybitnego studenta; wyłapać podczas zajęć, seminariów tych, którzy rzeczywiście są wyjątkowi, i gratyfikować ich za to. Nie mówię o załatwianiu im pracy, tylko o inwestowaniu w nich. Podsuwaniu odpowiednich lektur, stymulowaniu do dyskusji i poszukiwań intelektualnych.

Może problem jest nie ze studentami, tylko ich wykładowcami?
Trafił pan w sedno. Kadra naukowa stała się bardzo mało responsywna i nie dostrzega tych najlepszych. A dlaczego taka się stała? Bo sprzedawała swój kapitał ponad miarę, na niby-wolnym rynku. Żeby dostać pracę na uczelni, być może też trzeba mieć dostęp do odpowiednich kręgów. Nie wystarczy być superdobrym.

Choroba się rozszerza?
Polskie społeczeństwo powoli się rozjeżdża. Tworzy się szpagat pomiędzy tymi dwoma segmentami. Szpagat to nie jest wygodna pozycja. Przed większymi niepokojami uratował nas w 2004 r. wentyl migracyjny. Młodzi, często dobrze wykształceni i zdesperowani do granic możliwości, w ciągu kilku miesięcy masowo opuścili kraj. Atmosfera się uspokoiła. Popyt na miejsca pracy i ich podaż nieco się zrównoważyły. Ale znów wywierana jest gigantyczna presja na sektor publiczny, by upychać tam kolejnych uprzywilejowanych. A w czasie kryzysu budżet tego nie wytrzyma.

Jest jeszcze sektor prywatny. Coś się produkuje.
Ludzie sukcesu zajęli bezpieczną pozycję ustawionych i nie mają zamiaru niczego zmieniać. Nie ingerują w układ społeczny. Czasem płacą jakąś daninę, żeby zachować status quo. Są bardzo mało prorozwojowi. Osiągnęli swoją wyspę szczęścia. Siedzą tam i mówią: wy tutaj nie wejdziecie, a my stąd nie wyjdziemy, bo po co. Kapitał zagraniczny nie wszedł do nas na tyle głęboko, żeby mechanizmy rynkowe okrzepły i dawały nową wartość. Przynajmniej na prowincji.

No to mamy pat nieomal jak w Egipcie. Hermetyczna, zhierarchizowana struktura i frustracja młodych – wykształconych i odrzuconych.
Siłą napędową polskiej ekonomii, a co za tym idzie spokoju społecznego, jest popyt. Polacy mają, wydawałoby się, nieograniczony popyt. Rząd Donalda Tuska tak lawiruje, żeby – nie daj Boże – go nie zmniejszyć. Ten popyt napędzają emigranci poprzez transfery pieniędzy i swoje zachowania konsumpcyjne. A często po prostu napędzany jest poprzez kredyty. Piekielnie trudno mi zrozumieć moje Giżycko, gdzie jest siedem supermarketów i wszystkie funkcjonują, choć mieszkańców jest tylko 25 tys. Dopóki są pieniądze z Unii, dopóty jakoś to będzie.

A jak się skończą? Pula miejsc reglamentowanych się wyczerpuje. Ci wykluczeni już nie chcą być wykluczeni. Wyjechać też już się nie da, bo gdzie indziej też kryzys. Wentyl się zatkał. Skrzykną się na Facebooku i podpalą ten kram?
Cała klasa polityczna jest beneficjentem tej reglamentacji i nie potrafi zaproponować czegoś innego. Nie widzi, że podcina własne korzenie. Lecz Tusk ma rację, że większość z nas nie chce być już rewolucjonistami. Teraz chcemy ciepłej wody w kranie.

A jak poleci zimna?
Ciągle możliwa jest próba stopniowego otwierania tego systemu, przestawiania go na reguły bardziej przejrzyste i otwarte. Dopiero gdyby ta pełzająca rewolucja nie naprawiła sytuacji, to synowie wystąpią przeciw ojcom. Może to przekona polityków do naprawiania systemu.

 

Wojciech Łukowski, profesor w Instytucie Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego i na Wydziale Historyczno-Socjologicznym Uniwersytetu w Białymstoku. Członek Ośrodka Badań nad Migracjami UW. Wraz ze współpracownikami przygotowuje książkę „Reglamentacja i migracja. O przestrzeni społecznej Polski na początku XXI w.”. W wywiadzie profesor odwołuje się do realizowanego w latach 2009–10 projektu badawczego „Wyzwania metodologiczne w badaniach nad współczesnymi migracjami. Rewizja etnosondażu”, koordynowanego przez Ośrodek nad Migracjami UW, Center for Immigration Research Reykjavik Academy, a także partnera z Norwegii, Fafo Institute for Applied Social Science. Badania terenowe zostały przeprowadzone w Ełku na Mazurach. Współautorami badań byli Stefan Marcinkiewicz i Tomasz Własik.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Dlaczego książki dla młodzieży już nie uczą i nie wychowują

Ukazanie się „Księgi dla starych urwisów”, książki Krzysztofa Vargi o twórczości Edmunda Niziurskiego, to dobry powód, by zapytać, dlaczego nie ma już miejsca na literacki dydaktyzm.

Mirosław Pęczak
20.04.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną