Bez GMO będzie drożej

Strach politycznie modyfikowany
Czekają nas kolejne podwyżki cen żywności. Prawdopodobnie wejdzie w życie uchwalona przed laty i przesuwana kolejnymi moratoriami ustawa dotycząca żywności genetycznie modyfikowanej. Czy można jeszcze coś zrobić w tej sprawie?
Protest Greenpeace przeciw organizmom genetycznie modyfikowanym, zorganizowany w Brukseli.
John Thys/AFP/EAST NEWS

Protest Greenpeace przeciw organizmom genetycznie modyfikowanym, zorganizowany w Brukseli.

Polskie krowy od kilkunastu lat karmione są paszami z modyfikowanej soi i kukurydzy.
macieklew/Flickr CC by SA

Polskie krowy od kilkunastu lat karmione są paszami z modyfikowanej soi i kukurydzy.

Oficjalnie Polska pozostaje krajem wolnym od GMO.
BEW

Oficjalnie Polska pozostaje krajem wolnym od GMO.

Minę, która wybuchnie w 2013 r., podłożył rząd Prawa i Sprawiedliwości, LPR i Samoobrony w 2006 r., ogłaszając Polskę krajem wolnym od GMO (organizmów genetycznie modyfikowanych). Najpoważniejszym przejawem tej wolności miał być zakaz uprawiania w kraju roślin z nasion modyfikowanych genetycznie oraz zakaz sprowadzania ich do Polski w celu przerobienia na pasze. Prof. Stanisław Zięba, szef Rady Gospodarki Żywnościowej przy ministrze rolnictwa, pamięta, że jednym z inicjatorów owych zakazów był przewodniczący ówczesnej senackiej komisji rolnictwa Jerzy Chruścikowski z PiS. Przekonywał do nich twierdzeniem, że w prawa boskie nie wolno ingerować. Tym, że uchwalamy prawo niezgodne z unijnym, nikt się nie przejmował. Koalicja rządząca, w ramach paktu stabilizacyjnego, „produkowała” prawo, nie tracąc czasu na dyskusje. Dziś PiS zdaje się już o tym nie pamiętać. Nad konsekwencjami dla krajowego rynku żywnościowego i eksportu również się nie zastanawiano.

Rzetelna analiza

A przecież zakaz produkowania pasz z roślin modyfikowanych genetycznie oznaczać musiał ogromne podwyżki cen mleka, drobiu, wołowiny i wieprzowiny, czyli większości artykułów żywnościowych. Cała bowiem polska, podobnie jak światowa, produkcja pasz wysokobiałkowych oparta jest przecież na soi oraz kukurydzy, sprowadzanych z USA, Brazylii i Argentyny, gdzie powszechnie używa się nasion GMO. Dają wyższe plony, czyli wyższy zarobek. Strach przed GMO, choć niepoparty argumentami naukowymi, jest w Polsce wielki, więc ogłoszenie naszego kraju wolnym od tej zarazy społeczeństwo przyjęło z uznaniem.

A rolnicy produkujący na rynek i hodowcy zwierząt – z przerażeniem. Zwolennicy teorii spiskowych wręcz uważali, że to unijni farmerzy, wystraszeni polską konkurencją, przekupili polskich polityków, żeby utrupili rodzime rolnictwo. W kraju szybko rosła bowiem produkcja drobiu i mleka i – dzięki niższym cenom – zdobywaliśmy coraz więcej zagranicznych rynków. Dotychczasowi potentaci, m.in. francuscy i niemieccy, polską konkurencją zachwyceni nie byli. Świeżo uchwalone prawo polską konkurencję eliminowało zarówno z europejskiego, jak i światowego rynku.

Ustawa o paszach zapewne nie jest w naszym parlamencie wyjątkiem, raczej ilustracją, jak powstaje prawo. Posłowie uchwalili ustawę nie mając pojęcia ani o skutkach, jakie przyniesie, ani nawet o rzeczywistości, którą drastycznie zmienia. Kompletnie nieodpowiedzialnie. Ówczesny wicepremier i minister rolnictwa Andrzej Lepper już po uchwaleniu ustawy dowiedział się ze zdziwieniem, że wszystkie polskie kurczaki, świnie i krowy od kilkunastu lat karmione są paszami z modyfikowanej soi i kukurydzy, identycznie jak w pozostałych krajach Unii. I że żaden kraj na świecie nie wprowadził całkowitego zakazu importu śruty z modyfikowanych nasion. Nawet w Unii, której społeczeństwo najbardziej się obawia żywności pochodzącej z roślin modyfikowanych genetycznie, tylko 12 proc. soi przerabianej na pasze pochodzi z plantacji non GMO. Uprawy niemodyfikowane kurczą się z każdym rokiem, a ceny soi naturalnej są coraz wyższe.

Izba Zbożowo-Paszowa jako pierwsza poczuła się zagrożona i przygotowała rzetelną analizę, z którą politycy przed uchwaleniem ustawy nawet nie chcieli się zapoznać. Producenci pasz do tej pory wdzięczni są Lepperowi, że choć późno, jednak ich wysłuchał. I zrozumiał, że jeśli obecne światowe zapotrzebowanie na soję niemodyfikowaną wynosi zaledwie 5,5 mln ton (5 proc. zużycia), a sama Polska potrzebuje 2 mln, to ceny muszą poszybować. Powiększymy przecież światowy popyt na niemodyfikowaną soję o 40 proc.! Obecnie różnica w cenie nasion modyfikowanych i niezmienionych wynosi kilkanaście procent.

Kiedy więc do wicepremiera dotarło, jakie prawo uchwaliła koalicja Samoobrony, PiS oraz LPR, musiał się bardzo zdziwić. Skutki zakazu produkcji pasz z nasion modyfikowanych muszą być dla całego rynku żywności druzgocące. Dla kieszeni konsumentów też. Droga pasza spowoduje wielką podwyżkę cen drobiu, jaj, wieprzowiny, mleka i wołowiny. Podwyżki mogą być tak duże, że będzie się opłacało sprowadzać żywność z innych europejskich krajów. Z innych krajów sprowadzimy mięso, mleko i jaja od zwierząt karmionych paszą z surowca genetycznie modyfikowanego, bo krajowe towary staną się droższe. A klienci, jak pokazuje praktyka, zawsze wybiorą te tańsze, czyli – po wejściu w życie nowego prawa – zagraniczne. Polskie firmy – producenci pasz, właściciele kurników, hodowcy wieprzowiny i bydła – przestaną być konkurencyjni zarówno za granicą, jak i w kraju. Ich miejsce na światowych rynkach ponownie zajmą producenci francuscy, niemieccy czy duńscy.

A jednak. Nawet gdyby polscy politycy w konsekwencji jednej głupiej ustawy uchwalili następną, zamykającą polskie granice przed zagraniczną żywnością powstałą z roślin GMO, wyegzekwowanie takiego zakazu byłoby nierealne. – Nie wynaleziono jeszcze metody pozwalającej stwierdzić, czy brojler lub inne zwierzę było karmione paszą z roślin modyfikowanych czy niemodyfikowanych – zapewnia Maciej Tomaszewicz z Izby Zbożowo-Paszowej. Chyba że wystąpimy z Unii i w ogóle zamkniemy granice.

Uchwalając ustawę o paszach posłowie zapomnieli, że z tej samej soi modyfikowanej genetycznie powstaje również olej. Jego obecność w polskich sklepach nie została zakwestionowana.

Wicepremier Andrzej Lepper wystraszył się nie na żarty. Konsekwencjami absurdalnej ustawy musiał też postraszyć swego szefa Jarosława Kaczyńskiego. Nie informując opinii publicznej, przesunięto wejście w życie groźnych przepisów do 12 sierpnia 2008 r. Już nie zastanawiano się nad relatywizmem, z jakim podchodzi się do boskich praw. Oficjalnie nadal Polska pozostała krajem wolnym od GMO. W praktyce, i na szczęście, bzdurnych przepisów nie wprowadzono w życie. Ale ustawa ciągle obowiązuje! Jest wyrok, tyle że w zawieszeniu. Gorący kartofel stał się zmartwieniem kolejnego rządu.

Poprzeczka bezpieczeństwa

Koalicja PO-PSL zdaje sobie sprawę z fatalnych konsekwencji, jakie niesie ze sobą ustawa o paszach. Boi się ich. Już teraz opozycja jak w bęben wali w drożyznę. Następnej wysokiej fali podwyżek cen żywności nie wytrzyma żaden rząd. Ale obie partie rządzące paraliżuje także strach przed przeciwnikami GMO. Zwłaszcza że opozycja na pewno ich poprze. W każdej chwili mogą rozpalić emocje.

Marek Sawicki, minister rolnictwa, zamiast zmienić absurdalne prawo, obchodzi je więc metodą Leppera. Co jakiś czas przesuwa cichcem moratorium na wejście ustawy w życie. Zainteresowani oddychają z ulgą, a konsumenci i tak są nieświadomi, co się dzieje. Zakaz produkcji pasz z roślin modyfikowanych genetycznie obowiązuje do końca 2012 roku. Problem wróci więc dopiero po wyborach. A kolejny raz terminu moratorium przesunąć już się chyba nie da.

Przed Trybunałem Europejskim w Strasburgu Polska została zaskarżona o łamanie unijnego prawa. Zgodnie z nim możemy nie uprawiać roślin modyfikowanych genetycznie, ale rząd nie może zakazywać handlu nimi. Niechybna przegrana oznacza konieczność zapłaty wielomilionowej kary i dostosowanie się do wymogów unijnego prawa.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną