Rynek

AKCJONARIAT OBYWATELSKI. Wyspa wśród oceanu

Kto gra na parkiecie warszawskiej GPW?

Na Wall Street średnie dzienne obroty wynoszą 70 mld dol. Na Wall Street średnie dzienne obroty wynoszą 70 mld dol. aurélien / Flickr CC by SA
Kto inwestuje na GPW w Warszawie, powinien rozumieć, co dzieje się na giełdzie nowojorskiej. Bo choć ul. Książęcą dzielą od Wall Street tysiące kilometrów, to wydarzenia dziejące się za Oceanem mają istotny wpływ na nasze zyski i straty.
Polityka
Polityka

Na Giełdzie Papierów Wartościowych mieliśmy w tym roku już cztery krótkotrwałe załamania indeksów. W styczniu z powodu gwałtownego wzrostu cen żywności, w lutym na fali rewolucji w Tunezji i Egipcie, w marcu wskutek trzęsienia ziemi w Japonii, w maju z powodu kłopotów Grecji. Każde z tych wydarzeń wywołało spadki w Warszawie, choć trudno dostrzec związek między niepokojami w Kairze a liczbą kont zakładanych w PKO BP, czy między katastrofą w japońskiej elektrowni jądrowej Fukuszima a ilością paliwa kupowanego na stacjach PKN Orlen. Wprawdzie po spadkach każdorazowo przychodziły wzrosty, a WIG20 zyskał od początku roku ponad 4 proc., ale nasza giełda z pewnością nie była zaciszną wyspą, osłoniętą od zmiennej pogody na światowych rynkach finansowych.

Jeśli trzymać się żeglarskich porównań, GPW jest raczej łódką, umiejętnie manewrującą na oceanie zagranicznego kapitału. Warszawska giełda jest największa w Europie Środkowo-Wschodniej, ale dużo mniejsza od tej w Nowym Jorku. Na Wall Street średnie dzienne obroty wynoszą 70 mld dol. (w przeliczeniu ok. 200 mld zł), przy Książęcej w dobrym dniu osiągają 2 mld zł. Podczas gdy w Ameryce prym wciąż jeszcze wiedzie rodzimy kapitał, w Polsce spory udział mają inwestorzy zagraniczni, którzy zwykle bardziej wyczuleni są na sygnały płynące z gospodarki światowej niż z polskiej. A to czyni polską giełdę bardziej podatną na złe wiadomości z zagranicy niż na te dobre z kraju. Polscy inwestorzy indywidualni powinni o tym pamiętać.

Co ma Stambuł do Warszawy

Dla globalnych graczy Polska jest jednym z wielu rynków wschodzących – mówi Wojciech Białek, główny analityk Centralnego Domu Maklerskiego Pekao SA. Mimo dobrej passy w czasie światowego kryzysu Polska wciąż siedzi w koszyku krajów obejmującym Europę Środkową, Bliski Wschód i Afrykę (EMEA). Brzmi to absurdalnie, ale dla inwestorów za Oceanem Polska jest tylko plamą w ciągu mniej i bardziej rozwiniętych gospodarek sąsiadujących z Europą Zachodnią. Na podobnej zasadzie wschodząca Azja jest przyklejona do Japonii, a Ameryka Południowa do Stanów Zjednoczonych. Co nie znaczy, że analitycy w Londynie, Nowym Jorku czy Tokio nie śledzą sytuacji w Warszawie.

Inwestorzy zagraniczni codziennie oceniają relatywną atrakcyjność naszego rynku i w razie potrzeby przesuwają kapitał gdzie indziej – mówi Białek. Jak oceniają? Porównują wskaźniki ceny akcji do zysku spółki i ceny do wartości księgowej – jeśli w danym kraju są one korzystniejsze niż w innym, inwestor może więcej zarobić. W ostatnich miesiącach obserwowaliśmy np. przepływ kapitału z giełdy tureckiej na polską. Ale bywa też, że wielcy gracze likwidują pozycje w obu tych krajach naraz – dzieje się tak wówczas, gdy obie inwestycje były częścią większego, regionalnego zakładu, w którym zyski z Polski miały pokrywać straty w Turcji. Jeśli straty w jednym kraju zrobiły się za duże, zakład jest likwidowany bez oglądania się na zyski w tym drugim. Podczas wielkiego kryzysu w finansach międzynarodowych sprzed kilku lat bywało, że jednakowo traktowano wszystkie inwestycje kapitałowe we wszystkich krajach Europy Środkowo-Wschodniej i byłych krajów postkomunistycznych. Ostatnio, wskutek coraz mocniejszego ich zróżnicowania gospodarczego, zaczyna się to stopniowo zmieniać.

Oprócz samych spółek, inwestorzy zagraniczni obserwują oczywiście kondycję gospodarek, w których te firmy działają, a więc najważniejsze wskaźniki makroekonomiczne: wzrost PKB, inflację, bezrobocie, produkcję i konsumpcję. Jeśli nie mają czasu albo specjalistów od Polski, zdają się na rekomendacje wielkich banków inwestycyjnych. – Trafne czy błędne, działają one jak samospełniające się przepowiednie – mówi Piotr Kuczyński, główny analityk firmy doradztwa finansowego Xelion. – Jeżeli Goldman Sachs mówi kupuj lub sprzedaj polskie akcje, musi to wpłynąć na zachowanie indeksów w Warszawie. A jeśli na giełdzie ruszą się inwestorzy zagraniczni, krajowi prędzej czy później zrobią to samo.

Z ziemi japońskiej do Polski

Jeśli Polska jest Ziemią, to Ameryka jest dla niej Słońcem, a Europa Księżycem, który odbija światło zza Oceanu – mówi Kuczyński. Na otwarcie w Warszawie największy wpływ ma zamknięcie giełd w Nowym Jorku, a także to, co działo się w nocy w Tokio i Hongkongu. Przed południem jest kilka godzin na trawienie informacji z Europy i z Polski – giełda reaguje na dane ze spółek, publikację wskaźników inflacji, bezrobocia, produkcji itp. Ale już około południa zaczyna się gra pod otwarcie w Ameryce; inwestorzy próbują przewidzieć, w jakim nastroju obudzą się gracze za Oceanem i zarobić na zmianach, jakie mogą nastąpić w ciągu kilku godzin równoległego handlu. Warszawa zasypia zapatrzona w Nowy Jork.

Właśnie owe nastroje są drugim, obok danych, czynnikiem wpływającym na giełdę – często w sposób decydujący. Dane można prognozować, ich publikacja wynika z kalendarza, tymczasem nastroje są funkcją percepcji ryzyka, klimatu politycznego i nagłych wydarzeń, jak trzęsienie ziemi w Japonii czy aresztowanie dyrektora generalnego MFW. – Nasz rynek często reaguje silniej na wydarzenia zagraniczne niż na komunikaty GUS, bo na informacje z zagranicy reagują globalni gracze – mówi Białek. – Czasem trudno znaleźć właściwe proporcje pomiędzy reakcją na to, co dzieje się na światowych giełdach, a zdroworozsądkową konstatacją, że trzęsienie ziemi było jednak w Japonii, a nie w Polsce.

 

Bywa jednak, że giełda w Warszawie reaguje powściągliwie. Tak było 2 czerwca tego roku, gdy po fatalnych danych makroekonomicznych zza Oceanu, indeksy w Ameryce i Europie traciły po 2 proc., a w Polsce tylko 0,21 proc. Nasza giełda okazała się mądrzejsza. Paradoksalnie mały rozmiar rynku pomógł zapanować nad emocjami. Takie sytuacje należą jednak do wyjątków, regułą jest dyktat nastrojów i danych z zagranicy. – W Warszawie przeżywamy te same wahania akceptacji ryzyka, stóp procentowych, cen surowców i kursów głównych walut, co na całym świecie. Obserwujemy synchronizację cykli koniunkturalnych w skali globu, a giełdy są ze sobą coraz bardziej zestrojone – mówi Białek.

Z Kijowa nad Wisłę

Zestrojone ze sobą, ale nie z realną gospodarką. Kiedyś indeksy giełdowe na tyle wiernie odzwierciedlały dynamikę PKB, że uważano je za wskaźnik wyprzedzający koniunktury: początek hossy zwiastował boom, a krach poprzedzał recesję. Dziś nie ma już tak oczywistych związków. Gdyby polska giełda odzwierciedlała rodzimą koniunkturę, nie powinna była zaliczyć ani jednej bessy, ponieważ od 1992 r. w Polsce nie było recesji. A bessy były wywołane kryzysami finansowymi w Azji, Argentynie, Rosji, a ostatnio w USA.

Stąd bierze się też wspomniany dyktat nastrojów – sama rzeczywistość nie dostarcza dość pretekstów, by uzasadnić ciągłe zmiany kursów. Oczywistym skutkiem takiego handlu jest wahliwość rynków, która od ostatniego kryzysu jest w zasadzie zjawiskiem stałym. Wbrew stereotypom nie są temu winni spekulanci z cygarami w zębach. To efekt uboczny królującego na amerykańskich giełdach tzw. handlu wysokiej częstotliwości, czyli transakcji wspomaganych przez komputery.

Skoro międzynarodowy rynek pozostaje rozchwiany, a indeksami targają emocje przygnane zza Oceanu, jaki jest pożytek z utrzymywania własnej giełdy? Odpowiedź brzmi: ogromny. Po pierwsze, GPW to furtka polskiej gospodarki do wielkiego kapitału – nawet największym firmom trudno byłoby wejść na Wall Street, tymczasem czołowi inwestorzy, jeśli chcą, z łatwością docierają na Książęcą. Po drugie, giełda działa jak zawór wyrównujący ciśnienie w połączonych naczyniach światowej gospodarki – w tym wypadku między względnie otwartą gospodarką polską a resztą świata. Po trzecie, stwarza oczywiście okazję do zarobku nie tylko dla zagranicznych, ale także dla polskich inwestorów.

Kwitnąca giełda to wreszcie symbol zdrowia polskiej gospodarki. Wystarczy spojrzeć na giełdę w Budapeszcie – węgierskie firmy myślą o przenosinach do Warszawy, bo na ich rodzimym rynku panuje stagnacja i niedobór kapitału. Na polską giełdę sprowadzają się też przedsiębiorstwa z krajów b. ZSRR, które chcą być notowane w Unii Europejskiej, ale dla których giełda we Frankfurcie jest za droga – siedem firm ukraińskich i kilka gruzińskich rozważa podobno emisję akcji na naszym parkiecie. Napływ nowych emitentów przyciąga z kolei amerykańskie banki inwestycyjne – w maju swoje biuro w Warszawie otworzył Goldman Sachs. Będzie doradzać firmom wchodzącym na giełdę, ale też z bliska przyglądać się Polsce.

To wszystko sprawia, że w nadchodzących latach GPW stanie się jeszcze bardziej międzynarodowa. Tegoroczne prywatyzacje i upublicznienia przyciągną jeszcze więcej inwestorów zagranicznych – w 2011 r. ich udział w obrotach może przekroczyć granicę 50 proc. Dla giełdy będzie to kolejne świadectwo dojrzałości, a dla rodzimych inwestorów przypomnienie, że muszą patrzeć nie tylko na zieloną wyspę, ale przede wszystkim na ocean dookoła.

Polityka 26.2011 (2813) z dnia 20.06.2011; Rynek; s. 70
Oryginalny tytuł tekstu: "AKCJONARIAT OBYWATELSKI. Wyspa wśród oceanu"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Pomocnik Historyczny

Jak walczono o wolność Ameryki Łacińskiej

Wojny o niepodległość, narodziny państw narodowych Ameryki Łacińskiej i pierwsze ich stulecie.

Piotr Łaciński
10.12.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną