Niełatwo ogłosić upadłość

Trudno upaść
Kto nie z własnej winy popadł w poważne tarapaty finansowe, może za zgodą sądu ogłosić upadłość konsumencką. Od wprowadzenia tego prawa minęły więcej niż dwa lata. Dlaczego korzystają z niego tak nieliczni?
Upadłość konsumencka jest drugą szansą dla osób, którym się nie powiodło nie z własnej winy, ale z powodu zdarzeń losowych.
Erwin Wodicka/PantherMedia

Upadłość konsumencka jest drugą szansą dla osób, którym się nie powiodło nie z własnej winy, ale z powodu zdarzeń losowych.

Niektórzy idą do sądu w nadziei, że wyrok automatycznie anuluje ich wszystkie zobowiązania.
Janusz Kapusta/Corbis

Niektórzy idą do sądu w nadziei, że wyrok automatycznie anuluje ich wszystkie zobowiązania.

Ona – trzydziestokilkuletnia wdowa z małym dzieckiem. 10 lat wcześniej poręczyła pożyczkę dewizową ówczesnemu pracodawcy, który potem zniknął, a wraz z nim inni żyranci. Bank zaczął ją obciążać ratami i nie reagował na prośby o zmniejszenie gigantycznego długu, sięgającego miliona złotych. Do tego musiała wyprowadzić się z mieszkania komunalnego, które przejęli spadkobiercy dawnego właściciela i podnieśli czynsz z 300 do 2 tys. zł.

On – trzydziestokilkuletni doradca finansowy, który jeszcze niedawno robił to, co radził swoim klientom. Zaciągał kredyty we frankach, kupował mieszkania, wynajmował je i w ten sposób spłacał pożyczki. Gdy przyszedł kryzys, misterny plan się załamał. Doradca stracił pracę i został z olbrzymim długiem, a przy okazji z alimentami na dziecko.

Te dwie osoby, choć ich historie są tak różne, mają ze sobą wiele wspólnego. Obie należą do bardzo małej grupy tych, którzy skorzystali w Polsce z prawa o upadłości konsumenckiej, ale nie są jeszcze całkiem oddłużeni. Na razie realizują ustalony przez sąd plan spłat: przez kilka lat wyznaczoną część swoich dochodów będą oddawać wierzycielom. Jeśli zwrócą te pieniądze terminowo, będą mogli rozpocząć – przynajmniej w wymiarze finansowym – nowe życie. Wszelkie pozostałe niespłacone długi zostaną im darowane. Po raz pierwszy od lat nikomu nie będą nic winni. Czy wykorzystają szansę daną im przez prawo, zależy już tylko od nich.

Nadzieja na ratunek

Bo upadłość konsumencka jest właśnie taką drugą szansą dla osób, którym się nie powiodło nie z własnej winy, ale z powodu zdarzeń losowych: nagłej choroby, śmierci najbliższych, porażek biznesowych, których nie dało się przewidzieć. Gdy w marcu 2009 r. system, funkcjonujący już wcześniej w innych krajach, wchodził w Polsce w życie, nietrudno było znaleźć informacje krzepiące dłużników. Nawet osoby bardzo zadłużone miały nadzieję na ratunek. Z kolei wierzyciele – banki, spółdzielnie mieszkaniowe, sklepy sprzedające na raty – zaczynali się niepokoić, czy przypadkiem z upadłości nie skorzysta zbyt dużo Polaków. Dziś wiemy, że nie mieli powodu do obaw. Bo upaść zgodnie z prawem w naszym kraju jest trudno.

Świadczą o tym statystyki. Przez pierwsze półtora roku od nowelizacji prawa upadłościowego do sądów w całej Polsce trafiło ponad 1,3 tys. wniosków o upadłość. Ale tylko 19 osób dostało na to sądową zgodę. Niemal połowę wniosków sądy odrzuciły z powodu błędów formalnych. Kolejnych ponad pół tysiąca oddalono po stwierdzeniu, że starający się o upadłość nie spełniają ustawowych kryteriów.

Dlaczego tak trudno złożyć poprawny wniosek? – Trzeba spełnić wymogi analogiczne jak w przypadku upadłości przedsiębiorstw. A są one, zwłaszcza dla osób bez rozległej wiedzy prawniczej, bardzo trudne. Niestety, w ustawie nie przewidziano żadnego uproszczonego trybu dla osób fizycznych. Sądy zatem często od razu zwracają niekompletne lub niepoprawne wnioski, ewentualnie wzywają do ich uzupełnienia. Ale na to starający się o upadłość konsumencką ma zaledwie siedem dni, więc często nie zdąży poprawić wszystkich błędów – mówi Joanna Opalińska, prodziekan Krajowej Izby Syndyków.

Odrzucane są nawet pisma przygotowane z pomocą prawników. Znacznym utrudnieniem jest też wymóg wymienienia już na wstępie we wniosku wszystkich wierzycieli i aktualnych zobowiązań wobec nich. A przecież wiele osób w trudnej sytuacji finansowej straciło już rachubę swoich długów, zgubiło się w gąszczu należności. Inni zapominają o złożeniu na piśmie oświadczenia o prawdziwości danych zawartych we wniosku. To akurat łatwo naprawić, ale przecież traci się czas.

Jeżeli w końcu sąd zaakceptuje wniosek, zaczyna sprawdzać, jaki majątek ma nadal kandydat na bankruta. Żeby upaść na drodze sądowej, nie można, niestety, być zbyt biednym. Dlaczego? Bo koszty postępowania sądowego powinna pokryć osoba wnioskująca o upadłość. Jeśli nie mamy pieniędzy ani stałego źródła dochodu, sądy najczęściej nie będą dalej zajmować się naszą sprawą. Gdyby to zrobiły, koszty sądowe musiałby pokryć albo Skarb Państwa, albo sami wierzyciele, którzy przecież chcą odzyskać choć część pieniędzy, a nie dopłacać do upadłości.

Prośba o upadłość

Niełatwo z góry określić, ile całe postępowanie, w tym wynagrodzenie syndyka, może kosztować. Praktyka sądów bywa więc różna. Jedne potrafią przeprowadzić całą sprawę za kilka tysięcy złotych, inne uważają, że potrzeba przynajmniej 25–30 tys. zł. To zresztą kolejny błąd w ustawie. Gdyby z góry określić koszty, każdy zadłużony mógłby jeszcze przed złożeniem wniosku ocenić, czy jest w stanie taką sumę sam lub z pomocą innych uzbierać.

Ale i ta przeszkoda nie jest wcale największa. Wielu wnioskodawców nie potrafi przekonać sądu, że w długi popadli z przyczyn przez siebie niezawinionych. Najczęściej bowiem o upadłość proszą osoby, które niefrasobliwie zaciągały kredyty, żyły ponad stan albo dokonywały ryzykownych operacji finansowych. Dla sądów argumenty poszkodowanych, dotyczące „wzrostu kosztów życia” czy „galopującej inflacji” (to modne sformułowania), nie są wystarczające. I choć wiele wniosków zwracanych jest z powodów formalnych, eksperci uważają, że i tak osoby je składające nie miałyby szans na upadłość konsumencką. – Nie potrafią udowodnić, że popadły w tarapaty z powodów wyjątkowych i od siebie niezależnych. Co więcej, często nie mogą niczego zaoferować swoim wierzycielom. A przecież ten instrument ma służyć nie tylko oddłużeniu, ale także częściowemu zaspokojeniu roszczeń tych, którzy kiedyś dłużnikom zaufali – mówi Marek Jaślikowski z Instytutu Wymiaru Sprawiedliwości, autor raportu na temat funkcjonowania upadłości konsumenckiej w Polsce.

Dłużnicy nie tego się spodziewają. Niektórzy idą do sądu w nadziei, że wyrok automatycznie anuluje ich wszystkie zobowiązania. Tymczasem, żeby upaść, trzeba nie tylko móc opłacić koszty postępowania, ale też choć w części spłacić długi. Sądy same muszą ocenić, w jakim zakresie starający się o ogłoszenie upadłości może zrekompensować straty wierzycieli.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną