Minister Jacek Rostowski rozlicza się z czterech lat rządzenia finansami państwa

Gdzie schowałem 140 miliardów
O tym, na co wydaje, a na czym oszczędza i jak Polska przygotowana jest do kolejnej kryzysowej fali - mówi Jacek Rostowski.
Jacek Vincent-Rostowski profesor ekonomii, minister finansów w rządzie Donalda Tuska.
Wojciech Olkuśnik/Agencja Gazeta

Jacek Vincent-Rostowski profesor ekonomii, minister finansów w rządzie Donalda Tuska.

„Mamy poduszkę finansową na wypadek wstrząsów na świecie. Cały czas pamiętam jesień 2008 r”.
Piotr Bławicki/EAST NEWS

„Mamy poduszkę finansową na wypadek wstrząsów na świecie. Cały czas pamiętam jesień 2008 r”.

„Nie można zjeść ciastka i je mieć, ale u nas trochę tak jest, bo drugie ciastko daje nam Unia”.
Wiktor Dąbkowski/Corbis

„Nie można zjeść ciastka i je mieć, ale u nas trochę tak jest, bo drugie ciastko daje nam Unia”.

Joanna Solska: – Nie wiemy, czy w końcu będzie pan publicznie debatował z przedstawicielami opozycji. Na razie mamy debatę zastępczą; poseł PiS Zbigniew Girzyński nazwał pana arogantem i ignorantem, a pana poprzedniczka Zyta Gilowska uważa, że jesteście chaotyczni, marnotrawni i źli. Musi się pan z tych czterech lat rozliczyć. Podobno zmarnował pan pieniądze, które wam zostawił rząd PiS?
Jacek Rostowski: – Przejęliśmy władzę 16 listopada 2007 r. razem z przygotowanym przez poprzedników projektem budżetu na 2008 r. To był najbardziej rozrzutny budżet w minionym 20-leciu, wydatki rosły w nim aż o 54 mld zł. Sam fundusz płac w budżetówce wzrastał o prawie 18 proc. Prawo i Sprawiedliwość chciało hojnie sypnąć kasą przed wyborami, m.in. prokuratorom, sędziom, urzędnikom. Szli na maksa, najwyraźniej uważając, że najpierw trzeba wygrać wybory, a potem jakoś to będzie. Obcięliśmy 6 mld zł wydatków, by móc od razu 3 mld przeznaczyć na podwyżki dla nauczycieli, których PiS nie uwzględnił. Głębsze ingerencje w projekt groziły jednak tym, że Lech Kaczyński może skorzystać z okazji, iż ustawa budżetowa nie zostanie uchwalona na czas i rozwiąże Sejm.

A mimo to premier Donald Tusk w exposé obiecywał jeszcze więcej: obniżkę podatków, kolejne podwyżki dla lekarzy i nauczycieli. Miło się słuchało.
Ale wysłaliśmy jednocześnie czytelny, choć symboliczny sygnał, że będziemy ograniczać deficyt budżetowy. Obniżyliśmy go z planowanego przez PiS na 29,5 mld zł do 27 mld. Wtedy jeszcze liczyliśmy na szybki rozwój gospodarki. Owoce wzrostu chcieliśmy w równych częściach przeznaczyć na redukcję deficytu, podwyższenie wydatków i obniżenie podatków. To był plan na całą kadencję. Gdyby się udał, deficyt budżetowy w 2009 r. skurczyłby się do 18,9 mld zł, w kolejnym do 10 mld, a w 2011 r. zbliżałby się do zera.

Byłoby się czym chwalić w roku wyborczym, ale plan nie wypalił. Na świecie wybuchł kryzys, którego nie przewidzieliście. Pana poprzedniczka też nie, zapewniała o co najmniej „pięciu latach tłustych”. Kiedy zdał pan sobie sprawę z tego, że sytuacja jest naprawdę poważna?
Tego samego dnia co wszyscy na świecie, 12 września, gdy upadł Lehman Brothers.

Nagle wszystkie banki straciły do siebie zaufanie i przestały pożyczać sobie pieniądze.
Bankowcy wywierali na nas olbrzymią presję, żeby państwo dało gwarancję na wszystkie ich depozyty. Nie te, które mają ludzie, ale banki między sobą.

To byłyby setki miliardów złotych?
Tak, ale takie gwarancje mogłyby też zachęcić banki do nieodpowiedzialności. Jeśli ktoś inny w razie czego zwróci twoją pożyczkę, to dlaczego na przykład nie wytransferować tych pieniędzy do innego kraju? Mieliśmy kilka spotkań z prezesami banków i powiedzieliśmy stanowcze „nie”. Bardzo się wtedy sprawdził Europejski Bank Centralny. Określił, przy współpracy z nami, standardy postępowania. Mogliśmy się do nich odwoływać.

Gwarancji na swoje operacje oczekiwał też NBP, co było dość dziwne. Jeszcze dziwniejsze było to, że pan się na to zgodził.
Sytuacja była naprawdę niebezpieczna, nie należało jej zaogniać. Zgodziliśmy się gwarantować połowę kredytu refinansowego, jakiego NBP udzielał bankom komercyjnym. Zgodnie z wszystkimi zasadami za brak płynności na rynku międzybankowym, czyli za to, że banki nie mają pieniędzy, odpowiada bank centralny. Pomysł, aby przejąć od niego ryzyko, które wynikało z jego obowiązków ustawowych, był dziwaczny. Ale są rzeczy jeszcze ważniejsze od konsekwencji, takie jak odpowiedzialność i rozwaga.

Do walki z kryzysem powołano Komitet Stabilności Finansowej. Pan stanął na jego czele, a w skład, oprócz MF, wchodził także Narodowy Bank Polski i Komisja Nadzoru Finansowego. Wysyłał pan uspokajające sygnały, ale wszyscy wiedzieli, że między ramionami tego trójkąta potwornie iskrzy. Plotkowano, że bank centralny robi rządowi na złość. Pan jednak zaklinał rzeczywistość, że kryzysu bankowego w Polsce nie ma.
Bo nie było powodu, żeby nastąpił. Polskie banki, w odróżnieniu od holenderskich, belgijskich, niemieckich, francuskich czy angielskich, były zdrowe. Baliśmy się tylko psychologii, tego, że ludzie – słysząc, co się dzieje na świecie, ruszą do banków po swoje oszczędności. To byłoby nieszczęście.

Banki w nocy ładowały bankomaty, żeby nawet przez moment nie zabrakło w nich gotówki, bo to groziło wybuchem paniki. Panowała też histeria, że zagraniczne banki matki zaczną ze swoich polskich córek wysysać gotówkę i transferować ją do siebie.
Tymczasem stało się odwrotnie. Tylko w czwartym kwartale 2008 r. zagraniczne banki wpompowały do swoich córek w Polsce ponad 40 mld zł.

Z troski o naszą gospodarkę?
Nie. Dlatego, że u nas te pieniądze zarabiały. Firmy brały mniej kredytów, ale z nich nie zrezygnowały.

Konflikty między rządem a bankiem centralnym nie są niczym nadzwyczajnym. Niemal każdy minister finansów zwykle uważa, że stopy procentowe są za wysokie, co hamuje wzrost gospodarczy. Pan, jako jedyny, jeszcze przed wybuchem kryzysu uczynił zarzut, że polityka monetarna NBP jest za luźna. Chodziło o to, że pieniądz stał się za tani i zaczęliśmy zbyt dużo pożyczać. W 2008 r. suma udzielonych kredytów wzrosła aż o 30 proc. Kryzys uratował nas przed kłopotami?
Gdyby wybuchł później, mielibyśmy dużo większe.

Kiedy brak współpracy między NBP a rządem stał się najbardziej groźny?
W marcu 2009 r. Złoty bardzo się osłabił, baliśmy się, że za euro trzeba będzie płacić nawet 5 zł. Niektóre banki, wcześniej udzielające kredytów w zagranicznych walutach, mogłyby mieć poważne problemy. Ich klienci mieliby bowiem kłopoty ze spłatą pożyczek. Zdumieliśmy się więc, gdy prezes Sławomir Skrzypek publicznie ogłosił, że NBP nie będzie w obronie złotego interweniował. Mogło to zostać odebrane jako zachęta dla spekulantów do ataku na naszą walutę.

Wtedy rząd postanowił sobie radzić bez pomocy banku centralnego i niejako przejął jego rolę. To pan wtedy interweniował w obronie złotego…
Zobaczyłem tylko okazję do zarobku, z której nie chciał korzystać NBP. Część środków unijnych sprzedaliśmy na rynku za pośrednictwem Banku Gospodarstwa Krajowego. To nie była interwencja. Mimo że nie były to duże sumy, rynek był na tyle płynny, że trend się odwrócił i złotówka zaczęła się umacniać.

Opozycja cały czas domagała się, aby rząd zasilił zwalniającą gospodarkę. Ale pan się zaparł. Dlaczego, przecież inne kraje uznały, że deficyt jest mniej groźny niż recesja?
Jeszcze w październiku 2008 r. przeżyłem chwilę grozy. Okazało się, że rynki nie chcą kupować naszych obligacji mimo bardzo wysokiej rentowności, aż 7,5 proc. rocznie! Dwa tygodnie szukaliśmy kupców. Powiedziałem sobie wtedy „nigdy więcej”. Co z tego, że zgodzimy się na większy deficyt, jeśli nie będzie można go sfinansować? Ostatnie noce 2008 r. spędzaliśmy w ministerstwie, licząc każdy grosz. Dochody budżetu spadały, ale jeszcze nie wiedzieliśmy, jak bardzo. Informacje spływają z miesięcznym opóźnieniem. Baliśmy się, że przekroczymy deficyt zapisany w ustawie.

Za co grozi Trybunał Stanu. To dlatego 2009 r. zaczęliście od szukania 20 mld i drenowania państwowych spółek z dywidendy?
Ograniczyliśmy wydatki o 13,5 mld zł. Pobraliśmy dochody, które należą do właściciela. Wszystkie te działania dały 22 mld zł. Mimo to dochody do sektora publicznego spadły w 2009 r. o 10 mld zł.

Zyta Gilowska przedstawia zupełnie inne wyliczenia. Wychodzi jej, że od czasu rządów PiS wydatki państwa wzrosły aż o 140 mld zł i że wydał pan te pieniądze na głupstwa. Proszę się z nich wyliczyć.
To jest źle policzone, powinno być 150 mld zł. Jeśli jednak odejmiemy wydatki, które finansuje Unia Europejska i które chcemy przecież zwiększać, a nie zmniejszać, to wzrost pozostałych wydatków w całym sektorze publicznym wyniósł 133 mld zł.

Też dużo.
Więc liczmy. Wydatki krajowe na budowę dróg, te, które my ponosimy, wzrosły o 10 mld zł. O kolejne 17 mld powiększyła się kasa NFZ, czyli pula na służbę zdrowia. Ogromną pozycję stanowi waloryzacja rent i emerytur, aż 25 mld zł. 2,5-krotnie zwiększyliśmy też sumy przeznaczone na aktywne formy walki z bezrobociem, czyli mamy następne 4 mld zł. Więcej kosztują płace nauczycieli, aż o 7 mld zł. Wzrosła także składka na Unię Europejską (o prawie 4 mld zł) – byliśmy zieloną wyspą, więc nasz udział w PKB Unii wzrósł, a zatem i nasza składka. Gdybyśmy jej nie płacili, to UE nie wypłaciłaby nam funduszy strukturalnych. O pieniądzach dla wojska też nie decyduje minister finansów, rosną automatycznie razem z PKB. Za PiS było to 21 mld, teraz – 25 mld zł. Także w miarę wzrostu nominalnej wartości długu wzrosły koszty jego obsługi o 6,5 mld zł. I wreszcie pamiętajmy, że największy wzrost wydatków, bo aż o 54 mld zł, nastąpił w 2008 r., czyli w okresie, gdy realizowano budżet przygotowany przez Zytę Gilowską. Co więcej, gdybym nie obciął ich o 3 mld zł na początku 2008 r., wydatki wzrosłyby o 57 mld zł. Najważniejsze jednak jest to, że twardo ograniczamy wzrost wydatków w tym roku i przyszłym. Na skutek tego w 2012 r. będziemy mieli najniższą relację wydatków (wykluczając te unijne) do PKB od początku transformacji.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną