Rozmowa z Jeffrey'em Sachsem

Obrona Oburzonych
Protesty z Wall Street doprowadzą w końcu do stworzenia nowego ruchu politycznego, a nie eskalacji agresji. Ten zalążkowy ruch społecznej zmiany, ci Oburzeni są znacznie bliżej tego, co sądzi prawdziwa Ameryka - mówi znany amerykański ekonomista, prof. Jeffrey Sachs.
Jeffrey Sachs sympatyzuje z prostestującymi na Wall Street.
Orjan F. Ellingvag/Corbis

Jeffrey Sachs sympatyzuje z prostestującymi na Wall Street.

Demonstranci zajęli skwer Zuccotti Park w pobliżu Wall Street.
_PaulS_/Flickr CC by SA

Demonstranci zajęli skwer Zuccotti Park w pobliżu Wall Street.

„To my jesteśmy 99 procentami” - jedno z najczęściej używanych haseł podczas protestów.
Sharese Ann Frederick/Flickr CC by SA

„To my jesteśmy 99 procentami” - jedno z najczęściej używanych haseł podczas protestów.

Powinniśmy naprawiać kapitalizm według wzorców skandynawskich, gdzie polityka państwa jest skoncentrowana na prawach socjalnych - uważa Sachs.
Sharese Ann Frederick/Flickr CC by SA

Powinniśmy naprawiać kapitalizm według wzorców skandynawskich, gdzie polityka państwa jest skoncentrowana na prawach socjalnych - uważa Sachs.

Radosław Korzycki: – Był pan ostatnio na Wall Street?
Jeffrey Sachs: – Byłem. Z protestującymi w pełni ideologicznie sympatyzuję.

Wielu ludzi zgadzających się ogólnie z Oburzonymi zarzuca im jednak brak poważniejszego pomysłu. Ich jedynym narzędziem zdaje się być czysty bunt.
Nie, nie zgadzam się z tym, że protestujący nie mają pomysłu na polityczną zmianę. Niech przykładem będzie wydarzenie sprzed kilkunastu dni: Komisja Nadzoru Papierów Wartościowych i Giełd (SEC) kazała Citigroup zapłacić karę w wysokości 285 mln dol. za oszustwa finansowe. Cała afera jest wręcz symbolicznym przykładem zachowań ludzi z Wall Street, które w 2008 r. doprowadziło do załamania się rynków i wybuchu pierwszej fali kryzysu. Wcześniej Goldman Sachs i JP Morgan musiały zapłacić karę za podobne zachowanie. W protestach Oburzonych jest całkiem konkretny program, jak ukrócić to bezprawie. Zwłaszcza że dotychczasowe rządy chroniły bankierów. I to na różne sposoby, między innymi coraz bardziej deregulując rynki. Ideą protestów jest nie tylko sprzeciw wobec wielkiej kumulacji bogactwa. Protest jest przede wszystkim wymierzony w zależność między polityką a wielkim kapitałem. Oburzeni chcą się jej pozbyć. To bunt przeciwko nadużyciom władzy, których konsekwencją jest niesprawiedliwość społeczna.

A w telewizji widzimy obrazki jak z rewolucji październikowej, że Oburzeni rwą bruk.
To bzdura. Media głównego nurtu albo naprawdę nie rozumieją, albo cynicznie nie chcą zrozumieć, że żyją w środku bańki mydlanej o grubych ścianach, szczelnych wobec rzeczywistości. Z jednej strony, same się chronią, z drugiej – bezmyślnie ulegają wielkiej piarowskiej machinie potężnych korporacji. „Wall Street Journal” i telewizja Fox News, należące do imperium Ruperta Murdocha, zajadle atakują Oburzonych. Ale tu jest konflikt interesów, bo medium jest też stroną w sporze, a sam Murdoch to jeden ze szwarccharakterów protestów na Wall Street. To instytucja, przeciwko której ludzie wyszli na ulice.

Czy jest sens porównywać arabską wiosnę do Oburzonych z Wall Street?
To na razie małe protesty, nieporównywalne z tym, co się dzieje w Tunezji, Egipcie czy nawet Izraelu. Wiadomo, że w Ameryce nie powtórzy się scenariusz z ludowych protestów na Bliskim Wschodzie. Ze względu na każdą możliwą skalę: wielkość USA, organizację systemu politycznego etc. Stany Zjednoczone nie są zresztą w tak głębokim kryzysie, w jakim np. Polska była w 1989 r. czy jak kraje arabskie dziś.

Zresztą przeprowadzenie społecznej czy politycznej zmiany jest dziś w Stanach Zjednoczonych wyjątkowo trudne. Gorąco wspieram protestujących, ale nie jest to jeszcze ruch takiej skali, żeby wytworzyła się z niego wielka siła polityczna, która już teraz dokona niezbędnych reform. Cieszmy się z tego, że na razie mamy zalążek.

Protestujący w USA chcieliby poprawki do ustawy zasadniczej, która gwarantowałaby, by rząd kontrolował z urzędu działalność wielkich korporacji finansowych. Co pan na to?
Mamy w naszej politycznej strukturze USA dwie podstawowe słabości. Po pierwsze – pieniądze wielkiego biznesu kreują w Ameryce politykę. Co więcej, niedawno Sąd Najwyższy jeszcze bardziej zderegulował zasady finansowania kampanii wyborczej, w absurdalny sposób powołując się na pierwszą poprawkę do konstytucji [chroniącą wolność słowa – red.]. Sędziowie orzekli, że ograniczenia w finansowaniu kampanii to zatykanie ust ludziom... Sąd postawił znak równości między wolnością wypowiedzi a pieniędzmi z konta korporacji na konto partii. To głupie i niebezpieczne.

Druga sprawa to cykl wyborczy. Co dwa lata wybiera się cały skład Izby Reprezentantów, kongresmeni żyją pod presją permanentnej kampanii. Dzień po złożeniu ślubowania zaczynają zbierać pieniądze na reelekcję. Okres trwania kampanii prezydenckiej spuchł tymczasem niebywale. Do wyborów zostało 13 miesięcy, a media i kandydaci żyją wyłącznie wyścigiem do Białego Domu. To anachronizm naszej konstytucji sprzed ponad 220 lat. Jakiekolwiek zmiany w ustawie zasadniczej wprowadza się mozolnie, a w dzisiejszych czasach graniczy to z niemożliwością.

Dlatego nie wierzę we wprowadzenie konstytucyjnego progu długu, ani – nawet jeśli byłoby to społecznie usprawiedliwione – w poprawkę regulującą rynki finansowe. Nie uda się zbudować konsensu wobec żadnej z tych spraw.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną