Unijny system ostrzegania o niebezpiecznej żywności

Zdrowie nasze kieszenie wasze
Jak unijny system ostrzegania o niebezpiecznej żywności zakwalifikował informację o dosypywaniu soli drogowej do niektórych polskich wyrobów? Nie pojawiła się w rubryce „alert”, tylko „news”. Jednak nie jest to zły system.
Unijny system ostrzegania o niebezpiecznej żywności działa błyskawicznie, ale dopiero wtedy, gdy zagrożenie zostanie wykryte.
Piotr Męcik/Forum

Unijny system ostrzegania o niebezpiecznej żywności działa błyskawicznie, ale dopiero wtedy, gdy zagrożenie zostanie wykryte.

Krajowy nadzór nad produkcją żywności jest restrykcyjny, ale nieskuteczny. A przy tym źle zorganizowany.
Leszek Zych/Polityka

Krajowy nadzór nad produkcją żywności jest restrykcyjny, ale nieskuteczny. A przy tym źle zorganizowany.

O bezpieczeństwo żywności będziemy mogli być w pełni spokojni tylko wtedy, gdy zdrowie konsumentów stanie się ważniejsze niż pieniądze producentów.
William Radcliffe/Science Faction/Corbis

O bezpieczeństwo żywności będziemy mogli być w pełni spokojni tylko wtedy, gdy zdrowie konsumentów stanie się ważniejsze niż pieniądze producentów.

The Rapid Alert System for Food and Feed (RASFF) działa bezbłędnie, kiedy wszyscy przestrzegają reguł. Po to wszystkie unijne krowy legitymują się paszportami, a laboratoria każdego z 27 krajów członkowskich za wspólnotowe pieniądze zostały wyposażone w najnowocześniejszy sprzęt, by – w razie stwierdzenia zagrożenia – nie tylko szybko ostrzec całą Unię, ale także w ciągu kilku godzin zlokalizować jego źródło. Po kodzie, jakim oznaczony jest każdy kawałek mięsa czy jajko w sklepie, szybko trafić można do gospodarstwa, z jakiego pochodzą, a także do zaopatrujących się w nim odbiorców.

W 2010 r. (nowszych danych na razie brak) czerwona lampka w Brukseli, gdzie znajduje się centrala RASFF, zapalała się 3358 razy, ale tylko w 592 przypadkach wszczynano alarm i podejrzany produkt wycofywano z obrotu. Jak wtedy, gdy we włoskim laboratorium odkryto salmonellę w salami, które zdążyło trafić do klientów także we Francji i Wielkiej Brytanii. Bez strat w ludziach wycofano je z obrotu. Albo gdy inspektor irlandzki zaalarmował, że w angielskim jogurcie wykrył obecność jajek, których w recepturze producent nie deklarował.

Czasem sygnały alarmowe płyną do Brukseli także z Polski. Jak w grudniu ubiegłego roku, gdy powiatowy inspektor sanepidu w Gdańsku odkrył w pasztecie grzybowym z Czech obecność glutenu. – Zagrożenie dla zdrowia konsumentów było spore, bo według deklaracji producenta pasztet miał być bezglutenowy, przeznaczony dla ludzi, którzy tej substancji nie tolerują – twierdzi Maria Suchowiak, dyrektor Departamentu Bezpieczeństwa Żywności i Żywienia w Głównym Inspektoracie Sanitarnym. Gdyby, zgodnie ze wskazówkami na opakowaniu, zjadły go osoby cierpiące np. na fenyloketonurię, miałyby poważne kłopoty ze zdrowiem. Bruksela uznała, że zagrożenie jest duże i czeski pasztet, który trafił nie tylko do Polski, ale także na Słowację, został ze sklepów wycofany. O pasztecie czeskiego producenta za pośrednictwem RASFF powiadomiona została cała Unia. Taka wpadka, najprawdopodobniej wynikająca z niedbałości, to dla niego finansowy dramat. Stracił wielu dotychczasowych klientów, incydent może się też odbić na opinii o czeskiej żywności.

Malinowe wirusy

Czy można się więc dziwić determinacji naszych południowych sąsiadów, którzy od kilku miesięcy domagają się od nas listy producentów dosypujących do swoich wyrobów słynną sól wypadową (w praktyce drogową) z włocławskiego Anvilu, zamiast spożywczej? Przypadek z polską solą także trafił do RASFF, ale system nie zakwalifikował jej do rubryki „alert”, tylko „news”. Bardziej interesujący media niż inspektorów odpowiedzialnych za bezpieczeństwo żywności. Szczegółowe badania wykazały bowiem, że w feralnej soli nie było żadnych pierwiastków mogących zagrażać zdrowiu konsumentów. Co nie znaczy, że wszystko było w porządku.

System kontroli i nadzoru jednak okazał się dziurawy. Afery nie wykryła żadna ze służb sanitarnych, ale media. Na razie prokuratura w Poznaniu listy producentów upubliczniać nie pozwoliła. Jeśli zmieni zdanie, niektórzy nasi eksporterzy przetworów mięsnych mogą stracić dobrą opinię. Na otwartym, coraz bardziej konkurencyjnym rynku, tego typu incydenty są nie tylko pilnie śledzone, ale także bez pardonu wykorzystywane przez konkurencję. To ona dyscyplinuje producentów o wiele bardziej niż ewentualne kary.

To dlatego blady strach padł na wszystkich polskich eksporterów malin, gdy w jednym ze szwedzkich domów opieki zmarło kilka osób po zjedzeniu deseru z tych owoców. Przyczyną zgonów okazały się norowirusy, które – jak przypuszczano – znalazły się na owocach wskutek braku higieny osób zbierających je na plantacjach. Przedstawiciela Polski wezwano na forum Komisji Europejskiej, sprawa wyglądała na przegraną. Kiedy jednak nasz człowiek w Brukseli zapytał, czy na obecność norowirusa badane były osoby, które w Szwecji przepakowywały polskie maliny, okazało się, że takich badań nie ma. Czyli – podejrzanych może być już dwóch, a winy nie można udowodnić żadnemu. Polscy plantatorzy uratowali eksport i pieniądze, Polska – dobrą opinię o naszej żywności. Od tamtej pory właściciele plantacji mają obowiązek ustawiania przenośnych toalet oraz beczkowozów z możliwością umycia przy nich rąk. Odpowiednie inspekcje powinny sprawdzać, czy zbieracze z nich korzystają.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną