Jak ratować wielkie banki? Nie wiadomo

Kolosy na cel
Na co komu wielkie banki? Amerykanie rozważają podział swoich gigantów, ale największe megabanki są dziś w Europie. I nie mamy nawet procedur na wypadek, gdyby trzeba je było ratować.
Londyńskie centrum finansowe Canary Wharf. W głębi, pośrodku: siedziba Citi, które może być główną ofiarą ostatnich afer bankowych.
Ben Stansall/AFP/EAST NEWS

Londyńskie centrum finansowe Canary Wharf. W głębi, pośrodku: siedziba Citi, które może być główną ofiarą ostatnich afer bankowych.

Krytycy banków pytają, co to za kapitalizm, w którym giganci z Wall Street nie mogą upaść. Rozmiar megabanków nie tylko naraża państwo i deformuje rynek, ale rzutuje też na ich własną wydajność.
anieto2k/Flickr CC by SA

Krytycy banków pytają, co to za kapitalizm, w którym giganci z Wall Street nie mogą upaść. Rozmiar megabanków nie tylko naraża państwo i deformuje rynek, ale rzutuje też na ich własną wydajność.

Problemem Europy są banki zbyt duże, by mogło je ocalić pojedyncze państwo.
justinpickard/Flickr CC by SA

Problemem Europy są banki zbyt duże, by mogło je ocalić pojedyncze państwo.

Polityka

Jak niegdyś nad Imperium Brytyjskim, nad Citigroup nigdy nie zachodzi słońce. 160 krajów, 261 tys. pracowników, 200 mln kont – żaden bank nie jest tak widoczny, wszechobecny i globalny jak ten zarządzany przez Vikrama Pandita. Ale potężne kiedyś Citi to kolos na glinianych nogach. W 2008 r. rząd amerykański wyłożył 45 mld dol., by uratować go przed upadłością, a pierwszym bankiem Ameryki jest dziś JPMorgan. Citi wciąż trawi toksyczne aktywa i próbuje przekonać inwestorów, że nie jest zombie, jak banki japońskie po tamtejszym kryzysie lat 90. Ma zyski, ale jego kapitalizacja giełdowa sięga zaledwie połowy wartości księgowej, co oznacza, że inwestorzy wątpią w pełne zmartwychwstanie. Mają powody: w marcu bank nie zaliczył testów symulujących kolejny kryzys.

Nie tykać banków

Gdyby podwładni Baracka Obamy wykonywali jego polecenia, wielkiego Citi już by nie było. – W marcu 2009 r. prezydent nakazał Departamentowi Skarbu przygotować plan rozbicia banku – mówi Ron Suskind, autor książki „The Confidence Men”, opisującej początek zmagań Obamy z kryzysem finansowym. Po koszmarze z Lehman Brothers wielkie banki uznano za too big to fail, zbyt duże, by pozwolić im upaść. Państwo je wsparło, ale bankierzy spodziewali się brutalnej reformy, sam Obama zapowiadał, że zrobi z nimi porządek. – Chciał, by było jak w Szwecji. Megabanki miały zostać rozbite, toksyczne aktywa wydzielone do „złych” banków, a na Wall Street miały powrócić mniejsze, za to zdrowe instytucje – mówi Suskind.

Ale Obama przegrał z własnymi doradcami. Timothy Geithner, sekretarz skarbu, a wcześniej szef Banku Rezerwy Federalnej w Nowym Jorku, który gasił pożar na Wall Street po upadku Lehmana, planu nie przygotował. Główny doradca ekonomiczny Lawrence Summers powtarzał, by nie tykać banków, bo kryzys finansowy rozleje się na realną gospodarkę. Dokładnie tym samym straszyli bankierzy, na czele z prezesem rady nadzorczej Citi Robertem Rubinem, prywatnie znajomym Summersa i Geithnera. Kryzys i tak się rozlał, ale politycy ulegli szantażowi i banki uciekły spod noża. – Obama był zbyt zielony, by przeforsować własne zdanie – mówi Suskind. – A mógł zostać reformatorem na miarę Roosevelta.

Za czasów tamtego prezydenta, w 1933 r., uchwalono ustawę Glassa-Steagalla, zakazującą łączenia bankowości inwestycyjnej i detalicznej. Z Wielkiej Depresji Amerykanie wyciągnęli prostą lekcję: nie wolno mieszać gry na instrumentach finansowych z pilnowaniem oszczędności zwykłych ludzi. Tak było do 1998 r., gdy niejaki Sanford Weill dopiął swoją fuzję stulecia – połączył firmę inwestycyjną Travelers z bankiem Citicorp. Nowo powstała Citigroup łamała ustawę, ale Weill ani myślał dzielić imperium. Postanowił zmienić prawo, a pomogli mu w tym ówczesny sekretarz skarbu Rubin i jego zastępca Summers. Przez lata Weill chełpił się, że to on rozbił Glassa-Steagalla. Aż pod koniec lipca nagle stwierdził, że ustawę należy przywrócić, a banki podzielić.

JPMorgan ma dziś więcej aktywów niż Citi u szczytu potęgi. W ostatnim kwartale zarobił ponad połowę więcej niż dawny konkurent, ale ma własne problemy: w maju jeden z jego londyńskich traderów stracił 6 mld dol. na nieudanych transakcjach. Inne megabanki też są na cenzurowanym. HSBC, największy bank świata, walczy z zarzutami prania brudnych pieniędzy. Barclays, brytyjski numer dwa, zapłacił rekordową karę za manipulacje stawkami Libor (POLITYKA 28), przeciw kolejnym gigantom trwają dochodzenia. Chodzą słuchy, że w Ameryce największą ofiarą skandalu może być Citi – według magazynu „Fortune” ten bank najbardziej zaniżał stawki, zapewne po to, by uwolnić się od podejrzeń, że brakuje mu kapitału.

 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną