Rynek

Trudnoustępliwy

Kim jest Jarosław Zagórowski - prezes Jastrzębskiej Spółki Węglowej

Synek, czyli chłopiec z Warszawy – mówiono na Śląsku po objęciu prezesury JSW przez Jarosława Zagórowskiego. Synek, czyli chłopiec z Warszawy – mówiono na Śląsku po objęciu prezesury JSW przez Jarosława Zagórowskiego. Andrzej Wawok / Reporter
Jarosław Zagórowski, prezes Jastrzębskiej Spółki Węglowej, pobił dwa rekordy jednocześnie: w intensywności starć ze związkami zawodowymi oraz w długości trwania na stanowisku.
Jarosław Zagórowski jest zdania, że o skuteczności jego działań najwięcej mówią wyniki.Irek Dorożański/Edytor.net Jarosław Zagórowski jest zdania, że o skuteczności jego działań najwięcej mówią wyniki.

Pochodzi ze Starego Sącza, syn leśnika i nauczycielki. Mówił, że w Katowicach nie ma do załatwienia żadnych spraw, żadnych powiązań, więc od niczego i nikogo nie zależy. Nie jest członkiem żadnej partii, ma poglądy liberalne i uważa, że trzeba elastycznie dostosowywać się do rzeczywistości.

Jego rzeczywistość to ciągnący się sześć lat konflikt ze związkami zawodowymi, w branży uznawany za wyjątkowy zarówno ze względu na jego ostrość, jak i czas trwania. Prezesem został wiosną 2007 r., jeszcze w końcówce rządów Prawa i Sprawiedliwości. W 2011 r., stając przeciw związkom zawodowym, wprowadził JSW na giełdę, robiąc z niej jedyną spółkę węglową na warszawskim parkiecie.

Projekt Menedżer

Prezesuje do dziś, mimo powracających co jakiś czas doniesień o jego rychłym odwołaniu. Spółka zatrudnia 23 tys. ludzi, na etatach związkowych ma aż 70 osób. Przeciętna pensja w Jastrzębiu-Zdroju to 6,3 tys. zł brutto – rekordowo dużo. W okolicy nie ma pracodawców porównywalnych z JSW – największym w Unii Europejskiej producentem węgla koksowego.

Jarosław Zagórowski jest zdania, że o skuteczności jego działań najwięcej mówią wyniki: – JSW jest jedyną firmą na Śląsku, która odwróciła wieloletni trend spadkowy w wydobyciu. W 2011 r. wydobyliśmy 12,7 mln ton węgla. W 2012 r. założyliśmy 13,3 mln, a było 13,5 mln ton.

Synek, czyli chłopiec z Warszawy – mówiono na Śląsku po objęciu prezesury JSW (wówczas cztery kopalnie i koksownia Przyjaźń) przez Jarosława Zagórowskiego, 37-latka, wcześniej urzędnika w Ministerstwie Gospodarki. Krzysztof Tchórzewski, ówczesny wiceszef resortu, który formalnie go wskazał, wspomina, że taka decyzja wydawała mu się naturalna. Zagórowski był w radzie nadzorczej JSW, także jako jej szef, i – co z dzisiejszej perspektywy może zaskakiwać – nie budził kontrowersji. W ministerstwie przepracował 11 lat, przeżył wszystkie ekipy polityczne. Sam mówi o sobie, że nie był dobrym urzędnikiem, ale ta samokrytyka ma drugie dno: – Przez wszystkie lata w resorcie tylko jeden z moich przełożonych – wiceministrów, mówił, że nasza rola jest służebna. A ja od czasu studiów na Politechnice Śląskiej miałem nastawienie na realizację projektów, nie na sprawowanie władzy.

Projekt Budryk

Krótko po objęciu stanowiska przez Jarosława Zagórowskiego minister gospodarki (wówczas Waldemar Pawlak) podpisał decyzję o przyłączeniu do JSW ornontowickiej kopalni Budryk. Górnicy z Budryka, żądając podwyżek pensji do wysokości średniej w innych kopalniach spółki, rozpoczęli kilkutygodniowy strajk – część z nich prawie tydzień spędziła pod ziemią. Protest w Budryku udało się zakończyć na początku 2008 r. podpisaniem porozumienia o podwyżkach, choć niższych, niż żądali związkowcy. Prezes zwolnił też dyscyplinarnie organizatorów strajku. Większość z nich sąd przywrócił do pracy, ale znajomych Zagórowskiego przy tamtej okazji po raz pierwszy zdziwił radykalizm jego poczynań.

 

Kilkanaście miesięcy później konflikt znów się zaognił. Zarząd zdecydował, że kopalnie będą pracować od poniedziałku do czwartku, a pensje zostaną zamrożone. Kryzysowy 2009 r. był dla górnictwa fatalny. Spółce wydobywającej węgiel koksowy używany w produkcji stali, a przez to szczególnie narażonej na wahania koniunktury, przyniósł 669 mln zł straty. Wiosną przed domami kierownictwa firmy pojawiły się pikiety. Sąsiedzi Zagórowskiego z bloku w Tychach dostali od protestujących ulotki z prezesem w więziennym ubraniu i kajdankach.

– Tym razem to związkowcy złamali pewien standard – uważa prof. Marek Szczepański z Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskiego. – Najostrzejsze protesty pracownicze rozstrzyga się w zakładzie pracy, ewentualnie w Warszawie. Dom to azyl.

Jarosław Zagórowski skierował przeciwko pikietującym pozwy cywilne. A gdy jakiś czas później związkowcy kolejny raz domagali się podwyżek, prezes zwrócił się do nich z listowną prośbą o wypożyczenie flag do oflagowania własnego biura w związku z zamrożeniem płac zarządu. Po pierwszych latach na stanowisku „synek z Warszawy” znacznie częściej opisywany był jako młody wilczek górnictwa. Ale też pojawiały się komentarze, że przesadza, że wojenno-prześmiewcza retoryka nie służy rozwiązywaniu sporów, a w czasie oficjalnych spotkań zdarza mu się używać inwektyw.

Projekt Debiut

Pod koniec 2010 r. padła oficjalna zapowiedź wprowadzenia spółki na giełdę. W zorganizowanym wiosną 2011 r. referendum 90 proc. załogi było przeciw wejściu na giełdę, jeszcze więcej poparło pomysł strajku. Tydzień później stanęły wszystkie kopalnie i zakłady spółki. Potem był jeszcze strajk włoski, a także zapowiedzi blokady wysyłki węgla, protesty central związkowych. Prof. Marek Szczepański zwraca uwagę, że na Śląsku szczególne znaczenie ma społeczny kontekst takich decyzji jak prywatyzacja. – Manipulacyjna pedagogika przez lata zrobiła swoje. W czasach realnego socjalizmu górnicy kopali nie węgiel, tylko czarne złoto, nie byli robotnikami, tylko tragarzami cywilizacji, w czołówce w rankingu prestiżu zawodów. No i byli przekonani, że wszystko tutaj jest ich. To przekonanie przetrwało dramatyczny kryzys w branży w latach 90. i dożyło do dziś, gdy praca na państwowym wydaje się gwarancją pewności, a do kopalń z powrotem przyciągają wysokie zarobki.

W 2011 r. górnicze protesty skończyły się po zapewnieniu załodze podwyżek, 10-letnich gwarancji zatrudnienia i deklaracji rządu, że Skarb Państwa zachowa w spółce większość udziałów. Wszyscy pracownicy spółki, nie tylko ci, którzy w świetle ustaw mają do tego prawo, dostali darmowe akcje. To kolejne niestandardowe rozwiązanie prezesa, który namówił na ten krok ministra skarbu. Upatrywał w tym, jak mówi, szansy na transfer świadomości, czyli budowy współodpowiedzialności za firmę. Dodatkowe udziały kupiła cała załoga, wcześniej sprzeciwiająca się wejściu na giełdę. W cztery miesiące udało się przygotować prospekt emisyjny. JSW zadebiutowała na giełdzie 6 lipca.

Jednak debiut skończył się ledwie 3-proc. wzrostem. 6 lipca 2011 r. dominowały rozważania o bankructwie Grecji i obniżeniu wiarygodności kredytowej Portugalii. Giełdą rządzą nastroje, nie wycena poszczególnych przedsiębiorstw. Prezesowi trudno się było z tym pogodzić: – To niesprawiedliwe, że gdy ogłaszamy rekordowe zyski za 2011 r.: 2,1 mld zł!, nasze notowania spadają. A gdy związki zapowiadają strajk – rosną.

 

Dziś akcje, które początkowo kosztowały ponad 130 zł, są warte ok. 90 zł. Związkowcy wyrzucają, że 5,3 mld zł zarobione na debiucie trafiło do Skarbu Państwa, do kasy spółki nie wpadł ani grosz. – Właściciel może robić ze swoimi pieniędzmi, co chce – kwituje Zagórowski. – A zyski wypracowane w ostatnich latach przez spółkę wystarczają nam na inwestycje. Jego samego przestała obejmować ustawa kominowa, więc bardzo dobrze zarabia – 80 tys. zł miesięcznie.

Ale w ostatnim, ubiegłorocznym referendum strajkowym w 2012 r. niemal cała załoga Jastrzębia znów opowiedziała się za protestem. Związkowcy argumentowali, że prezes łamie prawo wobec nowych pracowników, zatrudnianych na gorszych zasadach niż wcześniej zatrudnieni w spółce. Państwowa Inspekcja Pracy zgodziła się z zarzutami, kilka miesięcy później w świetle fleszy zgłosiła sprawę do prokuratury. Z krytyką związków spotkał się też kolejny niekonwencjonalny pomysł szefa JSW – częściowe powiązanie wysokości wynagrodzeń z efektywnością pracowników.

Projekt Porozumienie

Po kilku rundach nieudanych rozmów o pomoc poproszono Jana Lityńskiego z Kancelarii Prezydenta. Ten przyznaje, że relacje w spółce bardziej przypominają konflikt okołorozwodowy niż merytoryczny spór: – Prezes Jarosław Zagórowski jest niezwykle energicznym menedżerem, który chce unowocześnić spółkę, ale ma zdecydowanie za słaby kontakt ze związkami zawodowymi.

Miał być strajk, jednak gdy nadszedł 19 października, na który zaplanowano protest, połowa załogi wzięła urlopy na żądanie lub zwolnienia lekarskie. Spośród obecnych w pracy strajkował ledwie co drugi. Te statystyki przytacza się jako świadectwo moralnego zwycięstwa Zagórowskiego nad liderami związków. Ostatecznie w listopadzie udało się zawrzeć porozumienie: nowi pracownicy dostali podobne uprawnienia do tych, które mieli zatrudnieni wcześniej, a cała załoga – podwyżki o 3,4 proc., a w kolejnych trzech latach o poziom inflacji.

Obie strony zgadzają się jednak jeszcze co do jednego – porozumienie jest przede wszystkim wynikiem zmęczenia, nie ma u podstaw głębszego pojednania.

Preteksty do sporów jeszcze będą: dla cyklicznie funkcjonującego górniczego biznesu 2013 r. będzie stosunkowo ciężki, co więcej, przedstawiciele Ministerstwa Skarbu od kilku miesięcy wspominają o możliwej dalszej prywatyzacji spółki, w której Skarb Państwa ma ponad 56 proc. udziałów. Więc związki zawodowe znów zapowiadają protesty. Kiedyś władze zwykle ustępowały górnikom. Odkąd jest tu Zagórowski – nie wiadomo.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Twarz stała się narzędziem walki w Hongkongu. Kto kogo przechytrzy?

Władze Hongkongu wykorzystują nowe technologie, żeby namierzyć i ukarać demonstrantów. Ale to broń obosieczna. Walka, choć nierówna, chwilami przypomina grę protestujących z władzą i policją.

Aleksandra Żelazińska
18.08.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną