Rynek

Ziemia zakazana

Kto sprowadził trujące ukraińskie odpady

Odpady ukraińskie przybyły do Gdańska morzem i lądem w workach plastikowo-jutowych i tzw. big bagach. Odpady ukraińskie przybyły do Gdańska morzem i lądem w workach plastikowo-jutowych i tzw. big bagach. Mateusz Ochocki / KFP
Urzędnicy zawiedli, biznes zarobił. Strach pozostanie, bo chodzi o niebezpieczne odpady.
Dymiący komin Port Service.Andrzej J. Gojke/KFP Dymiący komin Port Service.
Krzysztof Pusz, były prezes gdańskiej firmy Port Service.Łukasz Ostalski/KFP Krzysztof Pusz, były prezes gdańskiej firmy Port Service.

Krzysztof Pusz lubił mówić o sobie, że przez ludzi biznesu jest postrzegany jako ktoś, kto „otwiera drzwi”. Niedawno stał się podejrzanym o popełnienie przestępstwa przeciwko środowisku. Ten działacz opozycyjny, dobry znajomy Lecha Wałęsy, szef jego gabinetu na początku prezydentury, przez kilka lat wicewojewoda pomorski, nie chce być inicjałem, woli pełne nazwisko. Zarzuty prokuratorskie uważa za błahe: wbrew pozwoleniu magazynował większe ilości odpadów w miejscach do tego nieprzeznaczonych, w nieszczelnych opakowaniach. Chodzi o ogromną ilość ziemi z Ukrainy skażonej różnymi groźnymi substancjami.

Od 2007 r. Pusz był prezesem firmy Port Service w Gdańsku. Dysponuje ona jedną z dwóch największych w Polsce instalacji, które służą do spalania odpadów niebezpiecznych (druga jest w Dąbrowie Górniczej). Port Service zajmuje się też unieszkodliwianiem zanieczyszczeń ropopochodnych, likwidacją rozlewów awaryjnych w akwenach portowych, uzdatnianiem zanieczyszczonych gruntów i osadów.

Pusz jest dumny z biznesowych osiągnięć w Port Service.  W ciągu 5 lat wyprowadziłem tę firmę na prostą – wylicza. – Już w 2008 r. miałem zyski. Spłaciłem 5 mln zł bieżącego długu i kredyt 14 mln zł, prywatne pożyczki udzielone firmie przez jej właścicieli. Ostatnie spłaty były w styczniu 2012 r. Gdy odchodziłem, zostawiłem 6 mln zł na koncie.

Do rozstania doszło w lipcu 2012. Podkreśla: na własną prośbę. Powód – niezgoda na sposób podziału zysków. Firma jest własnością kapitału niemieckiego. Wcześniej właściciele zatrudniali tu innych „otwieraczy drzwi”. Jak rządził AWS – z prawicy, jak rządziła lewica – z SLD.

Trujący kąsek

– Dla Port Service to był kontrakt życia – mówi Pusz o skażonej ziemi. – Tę brała od Ukraińców i bierze do dziś Dąbrowa Górnicza oraz spalarnie w Anglii. Jak dowiedziałem się o Dąbrowie, to zawalczyłem. Dałem 50 dol. taniej za tonę.

I przebił. Główny inspektor ochrony środowiska (GIOŚ) wydał zgodę firmie z Kijowa na przywiezienie do Gdańska 22 tys. ton ziemi. Skażonej między innymi HCB – heksachlorobenzenem, zaliczanym do grupy najbardziej szkodliwych substancji znanych współczesnej chemii. Kiedyś stosowano go do zwalczania grzybów w uprawie roślin. Obecnie jest zabroniony. Może uszkodzić wątrobę, system immunologiczny, obniżyć płodność, ma właściwości rakotwórcze.

Ukraina nie ma spalarni odpadów niebezpiecznych. Polska do 2003 r. też nie miała. Hanna Dzikowska, dziś szefowa Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska (RDOŚ) w Gdańsku, pamięta, jak z ramienia Urzędu Wojewódzkiego nadzorowała likwidację mogilników (składowiska substancji toksycznych, m.in. przeterminowanych środków ochrony roślin). Zawartość naszych mogilników zgodzili się unieszkodliwić Niemcy. Pamięta, jak to wyglądało: ludzie w maskach i kombinezonach ochronnych, opakowanie – beczki stalowe, i jeszcze zafoliowane, transport do Niemiec – specjalnie oznakowanymi samochodami. Potem dostali z Niemiec dokładne sprawozdanie, w jakich warunkach spalono, ile popiołów powstało i co z nimi zrobiono.

 

W Polsce podobna operacja wygląda zupełnie inaczej. Poczynając od tego, że odpady ukraińskie przybyły do Gdańska morzem i lądem w workach plastikowo-jutowych i tzw. big bagach. W maju 2012 r. Port Service z hałdami owych worków, często uszkodzonych, z wysypującą się ziemią, pokazała TVN (po sygnale zaniepokojonego obywatela). Choć raban powinni byli zrobić już w styczniu 2012 r. inspektorzy Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska (policja środowiskowa), którzy przyszli skontrolować, w jakich warunkach spalane są odpady medyczne.

Worki z ziemią zajmowały tysiące metrów kwadratowych, nawet tzw. tace przeciwrozlewowe, teren potrzebny do użytkowania innej instalacji. A w pozwoleniu Port Service widniał zapis, że firma może trzymać odpady na powierzchni 450 m kw. – Zbaraniałem – mówi Pusz. – Wcześniej nie sprawdzałem, co mam w pozwoleniu. A WIOŚ nigdy nie zgłaszał zastrzeżeń. Uznałem, że to prosty błąd, że gdzieś zgubiono zero. Od razu napisałem do Urzędu Marszałkowskiego o zwiększenie placu do 4500 m kw.

Wystąpił też o zgodę na magazynowanie w „opakowaniach”. Do tej pory pozwolenie, jakim dysponował zakład, obejmowało precyzyjnie określone typy metalowych kontenerów. A skażona ziemia, za zgodą GIOŚ, przyjeżdżała w workach. Błyskawicznie, bo po 10 dniach, Urząd Marszałkowski przychylił się do prośby i 10-krotnie powiększył powierzchnię magazynową, dopisał też bliżej niezdefiniowane „opakowania”. Gdy WIOŚ kończył kontrolę, w papierach już wszystko grało.

Zadławienie

Marszałek i jego ludzie dziś bronią swoich decyzji. Inaczej zareagował wojewoda pomorski. W podległej mu WIOŚ doszło do zmian kadrowych. Nowym szefem został Zbigniew Macczak, prawnik, były zastępca komendanta wojewódzkiego policji (prawdziwej, nie środowiskowej). WIOŚ nałożył na Port Service karę – za magazynowanie odpadów w miejscach do tego nieprzeznaczonych. Zebrało się 6,7 mln zł.

Na firmę już wcześniej nakładano kary z różnych powodów. Ale zwykle umarzano, gdy uporządkowała sprawy. Prawo pozwala na taką zabawę. Pusz pamięta, że gdy obejmował stanowisko prezesa, na firmie też ciążyła kara, później umorzona. Jak będzie teraz?

Na razie inspektorzy zapowiadają kolejną karę – za przekroczenie terminu magazynowania. Bo skażona ziemia nie została spalona – jak żąda prawo – w ciągu roku od daty sprowadzenia. Firma zdążyła przyjąć 15 tys. ton (z 22 tys. zakontraktowanych). Na przywóz reszty GIOŚ cofnął zgodę. Według pozwolenia, możliwości spalarni to 11 tys. ton odpadów rocznie przy spalaniu w temperaturze 1100 st. C i 16 tys. ton przy temperaturze 850 st. C. Ale przez rok zdołano spalić 9 tys. ton. Pod koniec stycznia 2013 r. 6 tys. ton wciąż czekało na unieszkodliwienie. Ukraiński kąsek był tak duży, że Port Service zaczął się nim dławić. Według WIOŚ wydajność spalarni, na którą opiewało pozwolenie, była zawyżona. Instalacja jest stara. Należało się liczyć z awariami. Papier można oszukać, rzeczywistości nie.

– To strasznie dewastowało instalację, było żrące – opowiada o odpadach z Ukrainy Pusz. – Po kilku miesiącach aż się przeraziłem – przestoje były dłuższe i częstsze niż normalnie. Po 3–4 tygodniach trzeba było zatrzymywać instalację i oczyszczać, choć normalnie robiliśmy to co 6 tygodni. Dawniej cysterna ługu wystarczała na miesiąc, teraz tyle zużywaliśmy przez tydzień.

Ług jest dozowany automatycznie, zależnie od zawartości HCB w odpadach. Im wyższa, tym więcej ługu pobiera instalacja. Gdy kamery pokazały rozwalone worki z ziemią, urzędnicy GIOŚ i WIOŚ uspokajali opinię publiczną, że średnie stężenie HCB w ziemi z Ukrainy wynosi tylko 1,6 proc. Średnie stężenie to wielkość wysoce umowna. Nikt nie miesza przecież tysięcy ton, żeby je zbadać. Prokuratura, która później zleciła analogiczne badania, uzyskała wyniki mocno odbiegające od wielkości, którymi operowały WIOŚ i GIOŚ czy to uspokajając opinię publiczną, czy to tłumacząc wydanie zgody na przewóz w workach. Były próbki, w których po uśrednieniu HCB stanowiło ponad 21 proc. zawartości.

Gdy Port Service znalazł się na celowniku kontroli z prawdziwego zdarzenia, okazało się też, że z tym, co spalarnia wysyła w powietrze, też nie wszystko jest jak należy, choć wcześniejszy obowiązkowy monitoring tego nie ujawniał.

 

Toksyczne wymiociny

Żużle i popioły pozostające po spaleniu odpadów powinny trafić na specjalne składowisko odpadów niebezpiecznych (Radomsko, Konin; koszt przyjęcia 1 tony – ok. 800 zł). Na zlecenie Port Service woziła je firma braci G.

Bracia mają żwirownię we wsi Ełganowo (gmina Trąbki Wielkie k. Gdańska). Prowadzą firmę Piotr BET i Mich BUD, zajmującą się robotami budowlanymi i transportem. Firma wybierała żwir i za zgodą starosty gdańskiego rekultywowała wyeksploatowane fragmenty kopalni. Mieszkańcom okolicy dawał się we znaki ruch ciężarówek. – Jesienią 2011 r., gdy ruch bardzo się nasilił, napisałem do Okręgowego Urzędu Górniczego w Poznaniu, żeby sprawdzili, co tu się dzieje – opowiada Błażej Konkol, wójt Trąbek Wielkich. – Zrobili kontrolę. Okazało się, że firma wydobyła 274 tys. ton żwiru poza koncesją. Marszałek województwa naliczył za to karę – 11,2 mln zł. Zostali też zobligowani do odbudowy naruszonej skarpy. Z materiału naturalnego, jak ziemia z wykopów, z ogródka, ale także po rekultywacji.

Czesław Makowski mieszka niedaleko żwirowni. Z okna na piętrze obserwował wywrotki. Widział, że zwożą „czarną zupę”, jakieś plastiki, brudy. W lipcu 2012 r. zgłaszał to wójtowi i przewodniczącemu rady gminy. Inni alarmowali wcześniej. I nic. – Należało to skontrolować – powtarza Makowski. W końcu jeden z kierowców – źle potraktowany przez pracodawcę – powiedział, o co chodziło.

W październiku 2012 r. wybuchła afera: bracia G. częścią popiołów z Port Service uzupełniali skarpę w żwirowni. W pobranych próbkach, które wyglądały na popioły i żużle, stwierdzono obecność atrazyny (fungicyd, środek ochrony roślin przed grzybami, wycofany z użytku – 440-krotne przekroczenie dopuszczalnej zawartości) i HCB (18-krotne przekroczenie). W wodzie, która zbiera się na dnie żwirowni, też stwierdzono przekroczenia, choć znacznie mniejsze. Niewielkie przekroczenia były także w żwirze kupionym ze żwirowni (na boisko, piaskownicę i kościelny parking).

Z dokumentów wynika, że 3,6 tys. ton popiołów i żużli trafiło, jak powinno, na składowiska odpadów niebezpiecznych. Ile zaginęło po drodze? Ile odpadów powinno powstać w wyniku spalania, wciąż nie wiadomo. Ponieważ to skażona ziemia, szacuje się, że nawet 7080 proc. pierwotnej masy (czyli ponad 7 tys. ton). Wiadomo też, że gdyby odpady zostały spalone prawidłowo, w wymaganej temperaturze, to substancje w nich zawarte nie przesiąkałyby do wody. No i w popiołach nie byłoby niedopalonych szmat. Wniosek: spalarnia była niesprawna, zbyt obciążona albo zbyt się śpieszono z robotą i z wywózką.

Prokurator i WIOŚ nadrabiają teraz niedostatki wcześniejszych kontroli. Okazuje się, że nie tylko z odpadami z Ukrainy biznesmeni jechali na skróty (i w różne miejsca).

Wyjaśniana jest sprawa ziemi z wykopów pod różne inwestycje, m.in. pod Centrum Solidarności. Jej uzdatnienie kosztowało inwestora 900 tys. zł, ale w Port Service jej nie widziano.

Czas biegnie. W żwirowni nic się nie dzieje. Teren nie został nawet zabezpieczony. Dyrektor Dzikowska z RDOŚ zleciła ekspertyzę, żeby ocenić zagrożenie rozprzestrzenienia się zanieczyszczeń ze żwirowni do wód powierzchniowych i podziemnych. Wnioski są niepokojące: „Nie można wykluczyć dopływu zanieczyszczeń do głównego, użytkowego poziomu wodonośnego”. W jednych miejscach te zanieczyszczenia mogą się pojawić po 1,5 roku, po 3 latach. Do najbliższej studni na wschód od żwirowni mogą dotrzeć po 4 latach. Choć ujęcie wiejskie w Ełganowie nie jest zagrożone.

Braci G. wezwano do usunięcia odpadów niebezpiecznych z Ełganowa, oczyszczenia wód w wyrobisku i założenia monitoringu (koszt usunięcia i szkód szacowany jest nawet na 20 mln zł). Urzędy, które lekką ręką wydawały zgody i nie reagowały na niepokojące sygnały (także starosta gdański czy nadzór górniczy), po szkodzie mają problemy z oceną zdarzeń. Nawet na oczywiste dowody, że stało się coś złego, odpowiadają: ale w papierach jest, jak należy.

Jednak z papierami też jest problem. Prokurator po analizie przepisów unijnych doszedł do wniosku, że skażona ziemia z Ukrainy w ogóle nie powinna trafić do Polski. Od 2000 r. prawo unijne zabrania sprowadzania jakiejkolwiek ziemi (względy fitosanitarne) ze sporej grupy państw, w tym także z Ukrainy. W 2005 r. UE ustanowiła tymczasowe odstępstwa dla ziemi skażonej pestycydami. Decyzja ta – czytamy w informacji z Ministerstwa Rolnictwa „nie została jednak wdrożona do polskiego porządku prawnego (…) w obecnym stanie prawnym import do Polski z Ukrainy ziemi nie jest możliwy”. Na razie Niemożliwe leży na hałdzie.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Czym są uczucia między robotami a ludźmi?

Jak autorka niemieckiego „Die Zeit” próbowała zaprzyjaźnić się ze „sztucznym inteligentem”, Botrisem.

Ana Mayr, [tł.] Adam Krzemiński
14.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną