Rynek

Świńska wojna polsko-ruska

Afera z polską wieprzowiną u naszych wschodnich sąsiadów

Na polskich eksporterów padł blady strach, że Rosjanie znów mogą nałożyć na naszą żywność embargo. Na polskich eksporterów padł blady strach, że Rosjanie znów mogą nałożyć na naszą żywność embargo. Alexander Demianchuk/Reuters / Forum
Wiemy tyle: zamiast polskiej słoniny w transporcie do Rosji znalazł się hiszpański „szpik”. Intryga jest porywająca. Ciekawe, kto tu komu podłożył świnię?
Kontrola rosyjskiej służby weterynaryjnej w jednym ze sklepów mięsnych.EAST NEWS Kontrola rosyjskiej służby weterynaryjnej w jednym ze sklepów mięsnych.

Ze sztabu nieprzyjaciela, czyli Rosyjskiej Federalnej Służby Nadzoru Weterynaryjnego i Fitosanitarnego (Rosselkhoznadzor) wyszedł komunikat, że winni są Polacy. Znów oszukują. W ciężarówce, która miała wieźć wyłącznie wieprzowinę pochodzącą z łukowskich zakładów mięsnych Wierzejki, rosyjskie służby odkryły coś, czego nie miało prawa w niej być. „20 ton hiszpańskiego szpiku” – doniosły rosyjskie media. Przemycone mięso, tym razem niemieckie, ujawniono też w dostawie z zakładów w Mościbrodach, należących do posła PSL. Stąd obecne restrykcje.

Od kilku dni każdy transport polskiej wieprzowiny jest na granicy rosyjskiej dokładnie kontrolowany. TIR trzeba wyładować, a potem załadować z powrotem. Rosjanie sprawdzają, czy za paletami dostawcy figurującego w dokumentach przewozowych nie kryje się towar zupełnie innej firmy. Na polskich eksporterów padł blady strach, że Rosjanie znów mogą nałożyć na naszą żywność embargo. Dobrze pamiętają, jakie straty ponieśliśmy, gdy ogłosili zakaz w 2005 r.

Sprawa przemytu, który spowodował sankcje, wydaje się oczywista, ale Piotr Zdanowski, współwłaściciel rodzinnej firmy Wierzejki, zapewnia, że on niczego nie przemycał. Mało tego, to on czuje się ofiarą trafioną przypadkowym nabojem. Kto więc pierwszy strzelił? To musi już wyjaśnić prokuratura. Tylko która? Nasza czy rosyjska? Ano właśnie, mamy kolejny problem. Na razie wyjaśniają obie, każda swoje.

Dowodów niewinności rodziny Zdanowskich jest kilka. Poznały je już polska prokuratura, ABW oraz główny lekarz weterynarii Janusz Związek. Pierwszy dowód to film monitorujący załadunek i plombowanie transportu w Wierzejkach. Na taśmie widać, że 21 palet z wieprzowiną owiniętych jest niebieską folią. Ale na taśmach nakręconych przez Rosjan, którzy zatrzymali transport na granicy, palety pokrywa folia biała. To nie są te same palety. Kto i gdzie dokonał wymiany? Wyjął towar z Wierzejek i zastąpił go hiszpańskim? Co zrobił z naszym? Żeby na te pytania odpowiedzieć, trzeba by zobaczyć środek filmu.

Oddajcie termograf

Zdaniem Piotra Zdanowskiego sprawę wyjaśnić można w 10 godzin, jest prosta. – Każda ciężarówka musi mieć zainstalowany termograf – tłumaczy. To urządzenie – na podstawie zmian temperatury – rejestruje każde otwarcie drzwi chłodni ciężarówki. Z jego zapisu odczytać można czas, w którym to się stało. Jeśli zapis termografu porówna się z trasą, jaką przebył TIR, można dojść także do tego, gdzie się to stało. Czyli ustalić, kto jest winien przemytu. Dostawca czy przewoźnik?

Dlaczego więc ciągle nie znamy winowajcy? Bo Rosjanie nie odesłali ciężarówki do Polski. I, być może, wcale jej nie odeślą, chociaż się o to zwróciliśmy. Niby dlaczego mieliby to zrobić? Przewoźnika wybierał przecież odbiorca towaru z Wierzejek, czyli firma moskiewska. To on wskazał, że chce, aby polską słoninę dostarczył mu przewoźnik rosyjski, co odbiega od obowiązujących standardów. Za transport zwykle bowiem odpowiada nadawca. Ale – klient nasz pan. I to rosyjski klient ustalał z przewoźnikiem trasę przejazdu, również odbiegającą – jak się okazało – od weterynaryjnego dokumentu transportowego wystawionego w Polsce. Miała biec przez Białoruś i Litwę, a tymczasem kontrabandę zatrzymano na przejściu z Łotwą. Dlaczego ciężarówka jechała tamtędy, skoro nie powinna?

Słowem, najważniejsze dowody rzeczowe, czyli termograf i ciężarówka, są obecnie w posiadaniu Rosjan. Powinni je nam oddać. Na razie jednak dobrej woli z ich strony nie widać. Z zeznań Zdanowskiego wynika, że winowajcy przemytu także należałoby szukać po rosyjskiej stronie. – Wierzejki starają się o przekazanie zakwestionowanego transportu mięsa do badania przez polskie służby weterynaryjne, ale ze strony rosyjskiej jest blokada informacji – narzeka Zdanowski. Przytacza też kolejny dowód swojej niewinności. Dlaczego odbiorca rosyjski, który za słoninę z Wierzejek przedpłacił (czyli zapłacił za nią z góry, bo taki standard obowiązuje w polsko-rosyjskich stosunkach handlowych), nie żąda od dostawcy zwrotu pieniędzy? Przecież zapłaconego towaru nie dostał? Powinien czuć się pokrzywdzony. Ale, jak widać, się nie czuje.

Do wyjaśniania afery zaangażowano także ambasadę polską w Madrycie. Z dyplomatycznego wywiadu wynika, że do Polski nie wysłano żadnej partii hiszpańskiej słoniny – informuje Janusz Związek. Wniosek jest oczywisty: kontrabandy dokonano poza granicami naszego kraju. A, przy okazji warto wiedzieć, że to, co wszystkie polskie media (powtarzając za rosyjskimi) nazywają „szpikiem”, dla Rosjan oznacza co innego niż dla nas. To taki rodzaj słoniny, w Rosji uznawany za wielki przysmak. Jada się ją, krojąc w cieniutkie plasterki. Tak jak w Polsce szynkę parmeńską. Słonina hiszpańska jest też do polskiej niepodobna i od niej ponaddwukrotnie droższa. Za naszą klienci rosyjscy płacą po 4 zł za kg, za iberyjską – aż 9 zł.

Milczenie Rosjan w sprawie termografu można interpretować różnie. Może wiedzą, że winowajcy przemytu powinni szukać u siebie? To wersja prawdopodobna, ale nie jedyna.

 

Obrazy i urazy

Nasze wzajemne stosunki, także handlowe, naszpikowane są ogromną dozą nieufności oraz pretensji. Każda strona lepiej pamięta krzywdy, których doznała, niż te, jakich była sprawcą. Jesteśmy z Rosją jak stare małżeństwo, które przy każdej awanturze wypomina sobie stare winy. A jest co wypominać.

W stosunkach handlowych doskwiera zwłaszcza okres lat 2005–06, który każda ze stron także pamięta inaczej. My im – embargo, które nałożyli wtedy na polską żywność. Sporo wtedy straciliśmy. Do blokady Rosjanom wystarczyło samo podejrzenie, że 24 polskie świadectwa weterynaryjne, bez których nasze mięso nie mogło wjechać do Rosji, mogą być fałszywe. Podejrzenie do polskiej prokuratury zgłosił polski główny lekarz weterynarii. Rosjanie pamiętają, że tamta sprawa była łatwa do wyjaśnienia, a polskim służbom zabrało to jednak aż dwa lata. No to teraz może oni każą poczekać nam?

Za rządów PiS, LPR i Samoobrony głównym eksporterem polskiego mięsa do Rosji była pruszkowska firma Alsero Romualda Robaczewskiego. To on stał się główną ofiarą tamtego embarga. Jednak strzały padły z polskiej strony. Dwaj posłowie PiS powiadomili prokuraturę oraz ABW o podejrzeniu popełnienia przez Robaczewskiego przestępstwa. Jeden z tygodników doniósł, że „rynek eksporterów mięsa został opanowany przez prywatno-państwowy polsko-rosyjski układ”. Układu nie wykryto, ale Alsero już nie odzyskała dawnej pozycji. Rozwiązano też, założone przez Robaczewskiego, Polsko-Rosyjskie Stowarzyszenie Handlowe.

Dziś Robaczewski rozmawiać nie chce, choć z Rosją handluje nadal. Dziwi się tylko, że Polska, mając do zdobycia tak atrakcyjny rynek, nie jest nawet w stanie na rosyjskich targach żywności zorganizować wspólnego stoiska. Na ostatnich, oprócz Alsero, była tylko Bakoma.

Dla Wierzejek czekanie na wyjaśnienie, kto przemycił hiszpańską słoninę, jest niezwykle kosztowne. Aż 30 proc. przychodów firmy pochodzi z eksportu do Rosji. Dzięki klientom rosyjskim obroty rosły w tempie 20 proc. rocznie. Teraz w podobnym tempie mogą się kurczyć. Główny lekarz weterynarii, nie czekając na zakaz Rosjan, skreślił na razie Wierzejki z listy eksporterów do Rosji. Stronnictwo białej flagi? Niekoniecznie. Raczej obawa, by afera z hiszpańską słoniną nie odbiła się na innych eksporterach żywności. Miesiąc wstrzymania handlu z Rosją oznacza dla Wierzejek 7 mln zł strat. Dla wszystkich eksporterów żywności miesiąc embarga oznaczałby straty rzędu 100 mln euro.

Polskie urazy każą nam restrykcje eksportowe traktować jako rosyjską chęć uderzenia w polskie interesy. Broń polityczną. Chyba niesłusznie, a w każdym razie nie do końca. Jeszcze większe pretensje mogliby mieć bowiem Hiszpanie i Niemcy. Ale ich nie żywią, bo obie strony sporo mają „za uszami”.

Rosja ma kompleks, że Zachód jej, jako klienta, nie szanuje. Że unijni eksporterzy, bo dotyczy to nie tylko firm polskich, ciągle uważają, że Rosjanom można sprzedać towar gorszej jakości, a tamci słono za niego zapłacą. Więc Rosjanie od lat usiłują udowodnić, że to już nieaktualne. Kupują, ale jednocześnie piętrzą bariery biurokratyczne. Wymagają więcej niż inni. Ustanawiają normy wyższe od tych, które obowiązują na rynku unijnym.

Do pierwszej wpadki

Chętni do handlu z Rosją muszą ustawić się w kolejce. To tak zwana prelista, którą w Polsce prowadzi Główna Inspekcja Weterynaryjna. W kontaktach z pozostałymi krajami UE obowiązuje podobna procedura. Rosja z każdym rozmawia osobno. Jak już chętnych do eksportu zbierze się wystarczająco dużo, na inspekcję do Polski przyjeżdżają przedstawiciele inspekcji rosyjskiej, Rosselkhoznadzor. Sprawdzą każdą firmę i jeśli uznają, że spełnia ich wymagania, przyznają certyfikat upoważniający do eksportu. – Z branży mięsnej uprawnienia na rynek rosyjski mają już 63 firmy – twierdzi Witold Choiński, szef Polskiego Mięsa. Upoważniają do eksportu także na rynek białoruski i kazachski. O podobne certyfikaty muszą się starać także producenci z innych branż. Najwięcej ich mają mleczarze oraz producenci pasz.

Michał Rowecki, właściciel zakładów mięsnych Carnis z Koła, na przyznanie certyfikatu czekał kilka miesięcy. Uznaje, że było warto. Do Rosji od października ubiegłego roku sprzedaje mrożoną wieprzowinę. Na początku było ciężko. Klient, którego Rowecki poznał na targach żywności w Moskwie, był wobec niego bardzo nieufny. Twierdził, że kilka lat wcześniej sporo stracił na interesach z Polakami. Zapłacił za towar wcześniej, a potem otrzymał niepełnowartościowy. Polacy z kolei domagają się przedpłat ze strachu, że rosyjscy klienci nie zapłacą. Takich przypadków też było dużo, stąd – wysoki wzajemny poziom nieufności. Rowecki ze współpracy z rosyjskimi kontrahentami jest bardzo zadowolony. O wiele mniej – z polskich polityków. Uważa, że tak dobrego klienta jak Rosja powinni bardziej dopieszczać. Mieć z nim kontakty o wiele bliższe. – Kiedy do Moskwy przyjeżdża duński minister rolnictwa, to dla podniesienia rangi delegacji towarzyszy mu królowa oraz największy producent świń – twierdzi Rowecki. Nasi politycy do Moskwy przyjeżdżać nie lubią.

 

Certyfikat na eksport do Rosji obowiązuje do pierwszej wpadki. Jeśli na granicy okaże się, że towar nie spełnia wyśrubowanych rosyjskich norm (np. zanieczyszczenia mikrobiologicznego), dostawca trafia na tzw. żółtą listę ostrzegawczą. To oznacza, że kolejnym 10 dostawom rosyjscy inspektorzy przyglądać się będą niezwykle dokładnie. Kolejne wpadki oznaczać mogą zawieszenie uprawnień sprzedaży do Rosji.

Unijni eksporterzy zaliczyli ich mnóstwo. O wszystkich przeczytać można w Internecie, na stronach Rosselkhoznadzor. Obowiązuje pełna jawność. W końcu Rosja jest już członkiem Światowej Organizacji Handlu. Wśród czasowo zawieszonych są też firmy polskie, m.in. Polski Koncern Mięsny Duda z Grąbkowa, a także kilku producentów pasz.

Eksporterzy są zgodni. Rosjanie z pewnym zrozumieniem podchodzą do przekroczenia norm sanitarnych; każdemu może się zdarzyć. Ale kontrabandy nie tolerują. Oszukiwać się nie pozwolą. To narusza ich poczucie godnościmówią producenci. Za przemyt ląduje się na liście czerwonej, oznaczającej bezterminowy zakaz sprzedaży do Rosji. Powrót z listy czerwonej na zieloną może okazać się niemożliwy.

Pod flagą biało-czerwoną

Polskie media nie piszą o świńskiej wojnie między Rosją a Hiszpanią, a tymczasem trwa ona w najlepsze, choć bez politycznego kontekstu. Iberyjska słonina, która tak smakuje rosyjskim klientom, nie może legalnie wjechać do Rosji, ponieważ eksportowe certyfikaty większości hiszpańskich firm zostały zawieszone. Dostawy nie spełniały rosyjskich norm. Sprzedawać swojej żywności do tego kraju nie może też 120 producentów niemieckich. W ostatnich dniach na listę zawieszonych trafili też Duńczycy. Nie mogą do Rosji wwozić swojej wołowiny. Nie pomogły wizyty królowej.

Hiszpanie i Niemcy, którzy zlekceważyli wymagania wschodnich klientów, czasowo stracili dobry rynek zbytu. Ich miejsce zajęli Polacy. W ostatnich latach nasz eksport żywności do Rosji rośnie w dwucyfrowym tempie. Tamtejszym konsumentom smakują nasze jabłka, sery, wieprzowina, wołowina i mrożonki. W ubiegłym roku sprzedaliśmy ich do Rosji za 1,1 mld euro. W tym handel idzie jeszcze lepiej, obroty w ciągu pierwszych siedmiu miesięcy wzrosły o 13 proc. Ale szybko możemy ten rynek stracić, zwłaszcza jeśli ulegniemy pokusie łatwego i nieuczciwego zarobku.

Na opinię mediów rosyjskich, że „Polacy znów oszukują”, zapracowała nie tylko afera ze „szpikiem” oraz podkładanie niemieckiego mięsa pod polskie dostawy z Mościbrodów. Przykładów nieuczciwości jest więcej. Spółdzielnia Mleczarska Polmlek z Lidzbarka Warmińskiego zdobyła rosyjski certyfikat na eksport. Ale dotyczy on tylko jednego z jej trzech zakładów – skontrolowanego przez inspektorów Rosselkhoznadzoru. Spółdzielcy z Polmleku (w firmie nikt dziś na ten temat rozmawiać nie chce) wysłali do odbiorcy produkty z zakładów niemających uprawnień, ale nakleili na nie etykiety tego, który certyfikat posiadał. Oszustwo się wydało, kiedy Rosjanie zdrapali to, co na wierzchu. Polmlek już z nimi nie pohandluje. Odium nieuczciwości spada na innych.

Przy swobodnym przepływie towarów na całym unijnym rynku pokusa oszukania Rosjan jest duża. Niemieckie czy hiszpańskie firmy, które straciły uprawnienia eksportowe na rosyjski rynek, nie straciły ochoty, by na nim zarabiać. Szukają wspólników, którzy jeszcze certyfikaty mają. Bo przecież rosyjscy konsumenci wciąż mają apetyt na iberyjską słoninę. Kontrabanda wydaje się łatwa, a na pewno kusząca. Wymieniając towar, można dużo zarobić. Albo wszystko stracić.

O trudnych sprawach (a do takich z pewnością należą stosunki polsko-rosyjskie) Rosjanie mówią, że „bez wodki nie rozbieriosz”. Obecnie najmodniejszą zakąską do wódki jest w Rosji hiszpańska słonina. A to sprawy nie ułatwia.

Polityka 37.2013 (2924) z dnia 10.09.2013; Rynek; s. 40
Oryginalny tytuł tekstu: "Świńska wojna polsko-ruska"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Historia

O Niemcach, którzy z konieczności zostali Polakami

Książka naszego redakcyjnego kolegi Piotra Pytlakowskiego „Ich matki, nasi ojcowie”, której fragment publikujemy, opowiada o losach niemieckich dzieci mieszkających na ziemiach, które po II wojnie światowej przypadły Polsce.

Piotr Pytlakowski
15.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną