Rynek

Maszynka do robienia suplementów

Świetny biznes na paralekach

Andrzej Furman (pierwszy z prawej) z synami (od lewej): Wojciechem, Jackiem, Tomaszem. Andrzej Furman (pierwszy z prawej) z synami (od lewej): Wojciechem, Jackiem, Tomaszem. Piotr Waniorek/Forbes / Newspix.pl
Rynek suplementów diety wart jest w Polsce 3,2 mld zł. Najwięcej zarabia na nim firma Aflofarm, należąca do rodziny Furmanów z Pabianic: ojca i jego trzech synów.
Aflofarm Farmacja Polska Sp. z o.o. została założona na początku lat 90. przez Andrzeja Furmana, do niedawna także posiadacza większości udziałów.Piotr Waniorek/zelaznastudio.pl/Newspix.pl Aflofarm Farmacja Polska Sp. z o.o. została założona na początku lat 90. przez Andrzeja Furmana, do niedawna także posiadacza większości udziałów.
Skarg na nieetyczne reklamy suplementów Aflofarmu jest coraz więcej. Skarg na nieetyczne reklamy suplementów Aflofarmu jest coraz więcej.

Artykuł w wersji audio

Suplementy diety zrobiły furorę, bo – wbrew nazwie – wydają się pigułką na lepsze życie. Lekarze zaczynają jednak alarmować, że niekoniecznie pomagają, a nawet mogą szkodzić. Na razie jednak producenci, z Aflofarmem jako niekwestionowanym liderem, idą jak burza: branża suplementów corocznie odnotowuje dwucyfrowy wzrost sprzedaży.

Aflofarm Farmacja Polska spółka z o.o. została założona na początku lat 90. przez Andrzeja Furmana, do niedawna także posiadacza większości udziałów. Od kilku tygodni w KRS, jako wspólnicy, figurują już tylko jego trzej synowie. Jacek, obecnie prezes firmy, Tomasz i Wojciech. Nie jest jednak tajemnicą, że faktyczna władza nad firmą nadal pozostaje w rękach Andrzeja. Żaden z właścicieli nie jest ani lekarzem, ani farmaceutą. Tylko Andrzej produkcji leków przyglądał się przez lata – jako główny księgowy pabianickiej Polfy.

Furmanowie od dawna mogliby się znaleźć w pierwszej setce najbogatszych Polaków, np. „Forbesa”, ale nie lubią pchać się na afisz. Trochę jednak by chcieli – zwłaszcza Jacek. Więc kwietniowy numer „Sukcesu” „wycenia” Andrzeja Furmana na 976 mln zł i umieszcza go na 18 miejscu listy największych przedsiębiorców. Według miesięcznika majątek Furmana w ciągu ostatniego roku prawie się podwoił. W 2013 r. wart był tylko 549 mln zł. (W tym swoim braku konsekwencji Furmanowie są bardzo konsekwentni: najpierw Andrzej nie godzi się na rozmowę z POLITYKĄ, potem jako warunek stawia obecność przy niej wszystkich trzech synów. Świetnie).

Kiedy w 2005 r. branżowy magazyn „Menedżer zdrowia” obliczył ich majątek na 230 mln zł, senior Andrzej w wywiadzie dla lokalnej gazety skomentował krótko: „Nie docenili”. Żadnej innej sumy jednak nie wymienił. Dziś media same tylko wydatki Aflofarmu na reklamę szacują, opierając się na cennikach, na 900 mln zł rocznie. W rzeczywistości są one, rzecz jasna, o wiele mniejsze. Aflofarm kupuje reklamy hurtem. Wbija się w pamięć telewidzów i radiosłuchaczy (większość wydatków lokuje w mediach elektronicznych, część w poradnikowej, kolorowej prasie kobiecej) wiele razy dziennie. Pracownik jednego z domów mediowych mówi więc, że wysokość rabatów dla Aflofarmu może sięgać nawet… 95 proc. cen. Co nie zmienia faktu, że pabianicka firma jest dziś w Polsce największym reklamodawcą. Przebiła zarówno telekomunikację, jak i samochody. To jej reklamy zachęcają do jedzenia tłustych żeberek, bo Proliver i tak ochroni naszą wątrobę. A potem cała gama Linei skutecznie odchudzi. Braveran wzmoże potencję, a NeoMag zlikwiduje skurcze. Reklamy zapewniają, że specyfiki Aflofarmu są dobre na wszystko. Na zmęczenie nóg, kaszel palacza, zaparcia. Dlatego tak irytują lekarzy, bo nie tylko sprzedają złudzenia, ale także zniechęcają do wizyty u doktora. Firma produkuje dziś ok. 200 suplementów diety; także trochę leków starej generacji, co uzasadnia używanie w nazwie słowa Farmacja.

Talentu do biznesu zazdroszczą Furmanom zarówno wielkie międzynarodowe koncerny farmaceutyczne, np. ­GlaxoSmithKline, jak i największa polska firma farmaceutyczna Adamed, własność Macieja i Małgorzaty Adamkiewiczów. Na razie Aflofarm jest nie do pobicia. Ze sprawozdania finansowego firmy za 2012 r. (za 2013 jeszcze nie złożyła) wynika, że sprzedała za prawie 524 mln zł, a jej zysk netto wyniósł ponad 27 mln. Byłby jednak wielokrotnie większy, gdyby sporej jego części nie „zjadły” reklamy. Ostatnio Aflofarm odniósł spektakularne zwycięstwo nad Glaxo. Koncern musiał wycofać z aptek ogromną partię Rutinoscorbinu (z powodu zauważonych przez siebie drobnych zanieczyszczeń), najbardziej popularnego specyfiku w Polsce, ludzie proszą więc teraz w aptekach o Rutinaceę, produkt Aflofarmu. Często podsuwają im ją sami aptekarze, jako taki sam lek. Do niedawna reklamowany był w telewizji przez Jolantę Kwaśniewską.

Ta zbieżność nazw nie jest przypadkowa. – Nasza strategia była jasna, choć nigdzie nie została zapisana – mówi były pracownik pabianickiej firmy. – Szukaliśmy leków, które najlepiej sprzedają się na rynku, a potem staraliśmy się zrobić ich odpowiedniki, o podobnym składzie i nazwie. Tyle że dużo tańsze. Rutinacea miała być tańszą wersją Rutinoscorbinu. Chwyciła. Do tej pory wielu farmaceutów i w zasadzie wszyscy klienci nie zdają sobie sprawy z zasadniczej różnicy. Rutinacea nie jest lekiem. Jest suplementem diety. Podobnie jak większość pozostałych produktów Aflofarmu. Właściciele aptek chętnie ją sprzedają, ponieważ – dzięki reklamom – klienci chętnie kupują. Reklamy suplementów napędzają więc aptekarzom biznes, zwłaszcza że marże są spore. Odkąd państwo dyktuje sztywne ceny na leki refundowane, farmaceuci najwięcej zarabiają właśnie na suplementach. Oni też korzystają na tym, że konsumenci nie odróżniają leków od suplementów. Na tym opiera się prawdziwa biznesowa strategia firmy. Prawie robi wielką różnicę. Także w pieniądzach.

 

Po co nam Polfa?

Aflofarm wystartował w 1993 r. Andrzej Furman miał już za sobą epizod z hurtownią farmaceutyczną Aflopa. Założył ją w 1988 r., ale gdy zmieniły się przepisy i handel lekami przestał przynosić tak duże zyski, hurtownię sprzedał i ze wspólnikami się pożegnał. W samą porę, bo wkrótce potem ABW zarzuciła jej właścicielom wyprowadzanie pieniędzy z firmy.

Synowie jeszcze studiowali, gdy Andrzej Furman stał się producentem. Nazwę Aflofarm Farmacja Polska uzasadniało zaledwie kilka pozycji. – Produkowaliśmy wtedy syrop na kaszel, Herbapect, na licencji greckiej, wodę utlenioną i jakieś proste płyny dla szpitali – pamięta były pracownik.

Mogło się wydawać, że Furman płynie pod prąd. Polski przemysł nie wytrzymywał konkurencji. Fabryki padały jak muchy. Zarabiało się nie na produkcji, ale na handlu na łóżkach polowych. Pabianice coraz bardziej popadały w ruinę. Także najwięksi pracodawcy w mieście, m.in. producent ręczników i pościeli Pamotex. Coraz większe kłopoty przeżywała miejscowa Polfa. Inne zakłady farmaceutyczne poprzednie rządy zdążyły sprzedać międzynarodowym koncernom (poznański kupiło Glaxo), ale rząd SLD-PSL prywatyzować nie chciał. Ostatnie trzy Polfy w kraju: pabianicką, Tarchomin i warszawską połączono w Polski Holding Farmaceutyczny. Co tylko przedłużyło agonię.

Kiedy więc kolejny rząd postanowił jednak pabianicki zakład sprywatyzować, wszyscy byli przekonani, że kupi go Aflofarm. Andrzej o tym myślał, ale w końcu nawet nie stanął do przetargu. – Może dlatego, że zdawał sobie sprawę z przerostów zatrudnienia i chciał uniknąć roszczeń pracowników? – zastanawia się Stanisław Kasprzyk z firmy IMS, zajmującej się analizą rynku farmaceutycznego, prywatnie przyjaciel Furmana. Kasprzyk podziwia Furmana za odwagę inwestycyjną. Aflofarm zbudował w okolicach Pabianic trzy wielkie nowoczesne fabryki. Daje pracę setkom ludzi.

Dziś dawna Polfa jest własnością firmy farmaceutycznej Adamed, która wchodzi także na rynek suplementów diety. Tak naprawdę do realizacji strategii Aflofarmu nie była po prostu potrzebna. Swój finansowy sukces oparł on przecież nie na produkcji leków – na tym polu z koncernami farmaceutycznymi trudno by się było mierzyć – ale na suplementach diety. Do tego ośrodki badawczo-rozwojowe nie są potrzebne. Trzeba tylko powielić skład leku, który z sukcesem sprzedaje konkurencja, i dobrze go zareklamować.

Zasługą ojca było wymyślenie strategii – mówi pracownik Aflofarmu. Ale bez syna Jacka o obecnym sukcesie nie byłoby mowy. Młody prezes jest miłośnikiem filmu, niespełnionym reżyserem, który w rodzinnej firmie odpowiada za marketing. To na jego zaproszenie kilka scen z Cezarym Pazurą do „Kariery Nikosia Dyzmy” kręcono w Aflofarmie. Ojciec był potem wściekły, bo ekipa zostawiła po sobie bałagan. Jest pedantem, o czym wiedzą nawet sprzątaczki. Trawnik przed firmą musi być strzyżony dokładnie na dwa centymetry. – Andrzej zabrał nawet ze sobą do Londynu firmowych ogrodników, żeby zobaczyli, jak pielęgnuje się trawniki – twierdzi jego przyjaciel.

Reklamy po bandzie

Kiedy już synowie, po studiach, przyszli do pracy w firmie, ojciec ich nie rozpieszczał. Jacek, chociaż współwłaściciel, trafił do działu marketingu, którego szefową była wtedy Anita Błochowiak, działaczka SLD. W końcu Błochowiak odeszła, uznając, że niczego Jacka już nie nauczy. Dzisiaj jednak pomysły marketingowe prezesa coraz częściej stają się źródłem kłopotów. Na reklamy Aflofarmu skarżą się konsumenci i lekarze.

Ośmioletnia córka pani Z. wraz z koleżankami z klasy nagle postanowiły się odchudzać. Dziewczynki zwróciły się do rodziców o kupienie im tabletek Linea 20+ po obejrzeniu reklamy w przeznaczonym dla dzieci kanale Nickelodeon. Spot pokazuje młodą, szczupłą dziewczynę, która jednak uznaje, że jest jej za dużo, i zapewnia, że dzięki pigułkom „schudnąć można w każdym wieku”. Jedna z matek, przerażona zachowaniem dzieci, zwróciła się do Komisji Etyki Reklamy ze skargą. „Nie dawajmy naszym dzieciom dodatkowych powodów do tego, by czuły się niedowartościowane, i bez tego ciągle są bombardowane kultem szczupłej (ale nie do końca zdrowej) sylwetki. Uważam tę reklamę za wysoce niebezpieczną i szkodliwą, zwłaszcza na kanale przeznaczonym dla młodych osób”. Komisja skargę uznała, ale może jedynie reklamy zakazać. Żadnych kar finansowych na reklamodawcę nakładać nie może. Teraz reklama odchudzającego suplementu pojawia się już tylko w kanałach dla dorosłych. Niech rodzice pilnują, aby nie oglądały jej dzieci.

Ale skarg na nieetyczne reklamy suplementów Aflofarmu jest coraz więcej. Np. reklama preparatu Wzrostan „wprowadza widzów w błąd, sugerując, że dzięki niemu dzieci mogą rosnąć szybciej, a także – pośrednio – sugerując, że niski wzrost jest zawsze wynikiem jakichś braków żywieniowych” – czytamy w kolejnej skardze konsumenta do Komisji Etyki Reklamy. Niezorientowani rodzice, którzy widzą, że ich dziecko nie rośnie, zamiast jak najszybciej udać się z nim do lekarza, mogą pobiec do apteki po Wzrostan. „Reklama nie może nadużywać zaufania odbiorcy ani też wykorzystywać jego braku doświadczenia lub wiedzy” – pisze autor skargi.

Z odpowiedzi Aflofarmu na zarzuty w sprawie Wzrostanu przebija dokładnie przemyślana strategia. Przecież lektor w reklamie mówi tak: „W okresie wzrostu dzieci mogą potrzebować odpowiedniego wspomagania”. Nie można zatem stwierdzić, że niski wzrost jest zawsze wynikiem braków żywieniowych, gdyż w treści został użyty czasownik „mogą”. Komisja w tym przypadku jest bezsilna, a lekarze już nie bardzo wiedzą, kogo można alarmować.

 

Istota biznesowego pomysłu Aflofarmu oraz innych producentów (także międzynarodowych koncernów farmaceutycznych) suplementów diety opiera się na bałaganie prawnym, jaki panuje w całej Unii Europejskiej. Ten bałagan tworzy swoistą szarą strefę, o której konsumenci nie mają zielonego pojęcia. Dla nich Wzrostan, Proliver, Rutinacea są lekami, ponieważ kupują je w aptece. To celowe zagranie, chodzi właśnie o to, by kupujący myślał, że kupuje lek, chociaż nabywa suplement. W myśl prawa – jest on zupełnie innym towarem. Nie leczy (jak obiecują reklamy), tylko uzupełnia dietę. Dzięki temu trickowi producenci suplementów nie podlegają licznym ograniczeniom, jakie wiążą się z produkcją leków. I nie łamią prawa.

Więc Aflofarm tłumaczy Komisji Etyki Reklamy to, co starannie kamufluje przed konsumentem: „Suplement diety to środek spożywczy, którego celem jest uzupełnienie normalnej diety, będący skoncentrowanym źródłem witamin lub składników mineralnych lub innych substancji wykazujących efekt odżywczy lub inny fizjologiczny. Wzrostan żadnym lekiem nie jest, to tylko suplement. Zawiera składniki zalecane w celu prawidłowego rozwoju kości u dzieci, wobec tego naturalnym skojarzeniem z tym związanym jest proces wzrostu”. Producent nigdzie nie mówi wprost, że preparat gwarantuje szybszy wzrost dziecka. On tylko to sugeruje.

Wyroby lekopodobne

Cała tajemnica sukcesu producentów suplementów diety polega na umiejętnym żonglowaniu definicjami leku, suplementu, a także wyrobu medycznego. Dla olbrzymiej większości konsumentów są to produkty tożsame. Ale podlegają zupełnie innym rygorom prawnym. Więc na kolejną skargę do Komisji Etyki Reklamy, tym razem na Iladian Direct Plus, producent odpowiada zdziwieniem. Autor skargi, lekarz, zarzuca reklamie, że łamie Kodeks Etyki Lekarskiej oraz Prawo farmaceutyczne. Bohaterka spotu Agnieszka Cegłowska podaje się bowiem za lekarza, specjalistę ginekologii i położnictwa, zachęcając do używania specyfiku, mimo że żadna z substancji w nim zawartych „nie posiada udowodnionego naukowo działania przeciwwirusowego i wspomagającego odporność”. Czyli reklama wciska ludziom kit.

Wciska, ale zgodnie z prawem. Gdyby Iladian Direct Plus był lekiem, producent złamałby prawo. Naraziłby się na poważne konsekwencje. Ale „Aflofarm Farmacja Polska Sp. z o.o. z siedzibą w Pabianicach jest producentem produktu o nazwie Iladian Direct Plus, który ma status wyrobu medycznego, a nie – produktu leczniczego” – informuje firma. I ograniczeniom Prawa farmaceutycznego nie podlega.

Do suplementów diety Prawo farmaceutyczne także nic nie ma. – Żeby lek trafił do aptek, muszą być zrobione badania kliniczne, jakościowe czy potwierdzające fakt, iż jest dla nas bezpieczny – wylicza Ewa Jankowska, prezes Polskiego Związku Producentów Leków bez Recepty, do którego należą też niektórzy wytwórcy suplementów. – Sama rejestracja leku trwa minimum 210 dni od jego zgłoszenia do Narodowego Urzędu Rejestracji Leków. Jest też kosztowna, to wydatek rzędu kilkuset tysięcy złotych. Tych barier nie musi pokonywać suplement. Wstawia się go do aptek i już. O fakcie powiadamia się tylko (nie czekając na żadne zezwolenie) głównego inspektora sanitarnego.

Do dr. Jarosława Woronia, specjalisty farmakologii klinicznej oraz szefa Uniwersyteckiego Ośrodka Monitorowania i Badania Niepożądanych Działań Leków w Krakowie, spływają z całego kraju informacje o niepokojących działaniach ubocznych wielu medykamentów. Działanie leków, także tych bez recepty, dokładnie bowiem się monitoruje. Nawet po ich rejestracji. Po to, aby w przypadku zagrożenia zdrowia konsumentów można było je wycofać z rynku albo co najmniej zamieścić w ulotce informację o możliwości wystąpienia efektów niepożądanych. Ale suplementy są poza prawem chroniącym nasze zdrowie. – Coraz więcej osób zgłasza poważne przypadki wynikające z konsumpcji suplementów diety. Unijne prawo nie przewiduje jednak monitorowania uzupełniaczy diety, a więc także wyciągania wniosków z działań niepożądanych – mówi dr Woroń. To zaczyna być groźne.

W przypadku leków lekarz lub instrukcja informują, z jakimi innymi medykamentami nie powinny być stosowane. Suplementy także mogą wchodzić w niepożądane reakcje z lekami, ale konsument nie ma się skąd o tym dowiedzieć. Z informacji, które zbiera dr Woroń, wynika np., że suplementy zawierające miłorząb japoński (reklamowane jako poprawiające pamięć) mogą powodować poważne krwawienia u osób przyjmujących jednocześnie leki przeciwzakrzepowe. Z kolei preparaty z żeń-szeniem okazują się groźne dla niektórych pacjentów leczących się na nadciśnienie.

Gdyby chodziło o lek, minister zdrowia już dawno zostałby rozliczony z braku reakcji. Ale w produkcję suplementów diety nie wolno mu się wtrącać. Podlegają bowiem, tak jak produkcja kiełbasy, ministrowi rolnictwa. Nikt suplementu przed wypuszczeniem na rynek nie bada, nikt nie obserwuje jego działania. Nikt wreszcie nie przywoła do porządku producentów suplementów, ponieważ oni prawa nie łamią. Prawo na to pozwala, a producenci pigułek na lepsze – zdrowe, długie i szczupłe – życie tylko z tego korzystają.

PS Andrzej Furman odwołuje umówione spotkanie. Postanowił, wraz z synami, że jednak nie będą rozmawiać z dziennikarzami.

Polityka 17.2014 (2955) z dnia 21.04.2014; Rynek; s. 45
Oryginalny tytuł tekstu: "Maszynka do robienia suplementów"
Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Rynek

Jak PGNiG dosala Zatokę Pucką

Dlaczego mieszkańcom nadmorskiego Kosakowa przeszkadza, że morze jest słone?

Ryszarda Socha
12.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną