Na początku czerwca przyleci do Polski holenderska para królewska, którą tamtejsi przewoźnicy poprosili o pomoc w obronie przed polską konkurencją. Jeszcze w latach 90. Holendrzy nazywali siebie z dumą „przewoźnikami Europy”. Jednak dekadę temu przegrali walkę z polskimi przedsiębiorcami.
Jedna piąta przewozów międzynarodowych w Unii wykonywana jest przez polskie spółki, Holendrzy mają trzy razy mniejszy udział. Polacy zostawili z tyłu Niemców, Hiszpanów i Francuzów. Właściciel wyszkowskiej firmy transportu drogowego Darpol Dariusz Wójcik tłumaczy sukces ciężką pracą. – Polska firma jest otwarta siedem dni w tygodniu, a na Zachodzie w piątek po południu już wszystko jest pozamykane aż do poniedziałku – stwierdza. Jego 26 ciężarówek jeździ od Hiszpanii po Rosję, przede wszystkim na zlecenie zagranicznych kontrahentów. Także dla nich pracuje inna firma: białostocka spółka Adampol, która zdobyła 3 proc. europejskiego rynku transportu samochodów osobowych. W 1990 r. zaczynała od jednej zużytej przyczepy, a założyciel Adam Byglewski nie miał zdolności kredytowej. Jednak nie zrażał się przeciwnościami, skupił wokół siebie zespół oddanych pracowników i dorobił się niemal 400 własnych autotransporterów.
Z kolei Mirosław Maszoński z Sulęcina rozpoczynał w 1996 r. przewozy krajowe dostawczakami. Ciężka praca po kilkanaście godzin na dobę i zdobycie zaufania klientów umożliwiło mu rozbudowę floty do 250 ciężkich samochodów z nadwoziami wielkopojemnymi.
Polscy przewoźnicy uzyskują zlecenia głównie na Zachodzie; 28 tys. działających w Polsce międzynarodowych przewoźników zebrało tylko z zagranicznych zleceń ponad 5,2 mld euro przychodów. Natomiast polscy nadawcy wydali na samochodowe usługi przewozowe u zagranicznych podwykonawców o 2,7 mld euro mniej.